Reklama

Trzej muszkieterowie, którzy zapewnili Legii mistrzostwo

redakcja

Autor:redakcja

21 maja 2018, 18:57 • 3 min czytania 77 komentarzy

Sezon zakończony, czas na rankingi, podsumowania, rozliczanie winnych i nakładanie wieńców laurowych na głowy zwycięzców. Legia Warszawa obroniła mistrzowski tytuł – w stylu, co tu gadać, beznadziejnym, ale jednak. Sztuka jest sztuka, mistrzostwo jest mistrzostwo. Wypada zatem wyróżnić bohaterów z cienia, którym Warszawa również zawdzięcza, kolejną już, triumfalną fetę.

Trzej muszkieterowie, którzy zapewnili Legii mistrzostwo

Zgodnie z kanonem przyjętym w awanturniczych powieściach Alexandre’a Dumasa, wytypowaliśmy trzech najbardziej zasłużonych dla Legii herosów.

ATOS: NENAD BJELICA

Wielki bohater Warszawy. Już w ubiegłym sezonie odegrał istotną rolę w mistrzowskiej kampanii Jacka Magiery, natomiast w tym roku niemal w pojedynkę poprowadził Legię do tytułu. W Warszawie na pewno przez lata będą pamiętać nieprawdopodobną jesień w wykonaniu Lecha – kiedy poznaniacy zdemolowali Legię 3:0, żeby potem zanotować serię pięciu meczów bez zwycięstwa. Dla odmiany – Legia równolegle zwyciężyła pięć razy z rzędu. Magia Bjelicy.

Reklama

Kiedy Lech wygrał sezon zasadniczy, nie przegrywając przy Bułgarskiej ani jednego meczu, mogło się wydawać, że chorwacki szkoleniowiec jednak zapomniał o swojej przychylności wobec warszawskiej drużyny. Nic bardziej mylnego – zdobycie przewagi własnego stadionu nad głównymi rywalami do mistrzostwa okazało się zasłoną dymną, bo niepokonany u siebie Kolejorz przerżnął w grupie mistrzowskiej wszystkie mecze rozgrywane przed własną publiką, wyciągając tym samym pomocną dłoń do Legii i umożliwiając tejże udaną pogoń za uciekającym mistrzostwem.

Bjelica chyba sobie nawet wpisał te mistrzowskie tytuły z Legią w CV, bo momentalnie po opuszczeniu Poznania zgłosiło się po niego Dinamo Zagrzeb, pewnie rozochocone sukcesami, odnoszonymi na obczyźnie przez specjalistę od bon motów. Czy przełoży polskie doświadczenia na ojczysty grunt? Rijeka może zacierać ręce.

PORTOS: EDUARDO

Doświadczenie, klasa piłkarska nabyta na Zachodzie, inteligencja w grze – bez tych cech, które zagwarantował Eduardo w rundzie finałowej, o tytule dla Legii mowy by być nie mogło. Dwa występy, w sumie 80 minut spędzonych na murawie w kluczowych starciach sezonu. Co prawda bez bramek, ale czy 35-letnich napastników wypada w ogóle z takich drobnostek rozliczać? Nie po to się ich do klubu ściąga.

No właśnie, a po co się ich ściąga? Oddajmy głos Dariuszowi Mioduskiemu. – Eduardo to lis pola karnego. Kogoś takiego nam brakowało, co było doskonale widoczne choćby w meczu z Wisłą Płock, który przegraliśmy 0:2. Śmiem twierdzić, że gdybyśmy mieli wtedy Eduardo, to tamtego spotkania byśmy nie przegrali.

Prezes Legii ewidentnie ma zdolności profetyczne. W rundzie finałowej Eduardo akurat przeciwko Wiśle Płock wystąpił. Efekt – 3:2 dla podopiecznych Klaufricia.

Reklama

Jedziemy dalej. – Liczę, że Eduardo przyciągnie kibiców na trybuny, bo wierzę, że ludzie chcą przychodzić na gwiazdy, albo oglądać je w telewizji – ekscytował się Mioduski. I nie ma co ukrywać, koszulki Radovicia, Pazdana, Kucharczyka czy Niezgody wylądowały gdzieś głęboko w kącie szafy. Kiedy do klubu trafił piłkarz z tak ścisłego europejskiego topu jak Eduardo, kibice natychmiast zapomnieli o lokalnych bohaterach i pokochali nowego napastnika od pierwszego wejrzenia.

Marketingowo – strzał w dziesiątkę. Sportowo – podwójna korona. Czego chcieć więcej?

ARAMIS: DOMINIK FURMAN

Choć rozmaite koleje losu skierowały go do wspomnianej już Wisły Płock, to Furman wciąż nie zapomniał, skąd mu wyrastają nogi i udało mu się dołożyć cegiełkę do tego, że mistrzostwo pozostaje na Mazowszu. Co prawda nie w Płocku, ale też nie ma co się wdawać w zbyt szczegółową geografię. Ostatecznie lider Nafciarzy wciąż czuje się chyba bardziej związany z Legią, niż ze swoim obecnym klubem.

I dał temu wyraz w bezpośrednim starciu obu drużyn – podopieczni Furmana Jerzego Brzęczka w heroiczny sposób odrobili dwubramkową stratę do rywali i byli już o krok, żeby urwać Legii bezcenne punkty, gdy nagle trener środkowy pomocnik gości postanowił – w niepojętym przypływie altruizmu – oddać piłkę na własnej połowie i tym samym umożliwić Wojskowym akcję na wagę trzech oczek.

– I tak Legia, panowie. I tak Legia mistrzem! – w pełni zasłużenie triumfował wczoraj Furman.

https://twitter.com/Pan_Jozek1/status/998280081582772224

*

Od nas – serdeczne gratulacje! Możecie, panowie, śmiało wznieść bojowy okrzyk: „Jeden za wszystkich, wszyscy za Legię!”.

fot. Newspix.pl

Najnowsze

Komentarze

77 komentarzy

Loading...