Komunikacja w piłce ery ułamków sekund. Weszło na Kongresie Wiedzy o Szkoleniu
Weszło

Komunikacja w piłce ery ułamków sekund. Weszło na Kongresie Wiedzy o Szkoleniu

Stereotypy wokół polskiej myśli szkoleniowej są niemal wyłącznie komediowe: od zwracania uwagi, że polskiego trenera poza Polską nie chcą, przez głębokie przekonanie, rozciągające się na tak zwany teren, że polska szkoła trenerska tapla się z radością w anachronizmach godnych minionej epoki.

Podsycane to jest nawet w kinie, by wspomnieć scenę filmu „Być jak Kazimierz Deyna”, gdzie na boisku wokół pól trener Z-klasowej drużyny najpierw zapowiada, że u niego się – cóż – przede wszystkim zapierdala, a potem każe wszystkim zrobić czterdzieści kółek. Można powiedzieć: dowcip, dowcip grubymi nićmi szyty. Owszem, to prawda, owszem to tylko żart. Ale ten żart, korzystający z przesady, poniósł się całkiem szeroko również dlatego, na wyrósł na czymś realnym – na negatywnych przekonaniach.

Wczoraj miałem okazję odwiedzić Kongres Wiedzy o Szkoleniu Piłkarskim we Wrocławiu, czyli konferencję stricte trenerską i widziałem z bliska jak wygląda obecne kształtowanie mentalności trenerów. Wyjechałem stamtąd przekonany, że podobne żarty to dzisiaj opieranie się na wygodnym, bo śmiesznym, ale micie. 

***

Przez piętnaście lat kariery byłem treserem. Dopiero później zostałem trenerem.

Tadeusz Huciński

***

ODDAJ WŁADZĘ PODOPIECZNEMU

2

Polski trener w stereotypie często występuje jako trener dyktator.

Co więcej, to przez wielu wciąż wizja do zaakceptowania: przecież to on odpowiada za wynik, jest reżyserem całości, to normalne, że musi mieć do tego narzędzia i autentyczną władzę. Można się spierać o formę zarządzania, ale jego autorytet jest niepodważalny.

Profesor Tadeusz Huciński – trzydzieści lat pracy trenerskiej, teoretyk kultury fizycznej, psycholog sportu, odznaczany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, obecnie wprowadzający swoją metodologię w Stali Rzeszów – sam przyznaje, że przez połowę swojej kariery był właśnie kimś takim: graczem przy szachownicy, który rozstawia pionki.

Potem jednak przeszedł wewnętrzną rewolucję, którą dzisiaj ujął w spójny system myślenia o tym jak powinno się współpracować ze sportowcem, bez względu na dyscyplinę i wiek. Podstawą tej nowej filozofii jest oddanie władzy sportowcowi.

Nie przekonuje was to, prawda? Czytacie i myślicie zapewne: no tak, mało, że dzisiaj choćby piłkarze wchodzą trenerom na głowę, mało, że plotkuje się o zwalnianiu szkoleniowców przez szatnię, mało, że i tak mają do powiedzenia więcej niż kiedykolwiek, to jeszcze kolejny ukłon?

To da się zrobić ich jeszcze więcej?

Głowa nie będzie trenerów bolała od tych ukłonów?

Wiem, że ja bym tak pomyślał, więc wejdźmy tam, gdzie wejść trzeba: w szczegóły.

Tadeusz Huciński na KWOSP nie dotarł z przyczyn zdrowotnych, został zatrzymany w szpitalu w Gdańsku – zadzwonił nawet na otwarcie wykładu, przeprosił, a wykład poprowadził jego asystent i długoletni współpracownik, Tomasz Wilczewski. Niemniej wciąż wykładał on metodologię stworzoną przez profesora, bo to przecież Huciński zauważa, że nawet wpływ edukacji socjalistycznej sprawia, że jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia: nauczyciel mówi jak jest, a trener mówi co mamy robić. To komunistyczna spuścizna, która różnymi kanałami zaszczepiała ideę: władza to podstawa. Tymczasem sam, na własnym doświadczeniach, później potwierdzanych choćby hiszpańskim systemem szkolenia młodzieży, doszedł do wniosku, że model, w którym trener od A do Z odpowiada całą szkoleniową ścieżkę, jest o wiele za mało plastyczny jak na tak nieprzewidywalną kwestię jaką jest rozwój młodego zawodnika.

Duet Huciński/Wilczewski zwraca uwagę na to, że największym motorem jest w każdej czynności wewnętrzna motywacja. Każdy może powiedzieć sam: czy gdy był motywowany czynnikami z zewnątrz robota szła lepiej – bo ktoś kazał, bo trzeba było, bo pieniądz – czy wtedy, kiedy motywacja pochodziła z niego samego, bo naprawdę chciał dla siebie w tym się rozwijać?

Wiedza o technice, diecie, motoryce, najróżniejsze ćwiczenia są dzisiaj na wyciągnięcie ręki, ale największa wiedza, najbogatsza, nie będzie znaczyła nic, jeśli się z nią nie dotrze do podopiecznego – jego upodmiotowienie, szukanie zawsze tego, by rozbudzić w nim wewnętrzną motywację, zamiast zwykłego rozkazu „masz to zrobić, bo tak mówię”, jest w pewnym sensie filozoficznym fundamentem metodologii Hucińskiego. Sportowiec tylko służebny w stosunku do wymagań trenera, który tylko robi to co się od niego wymaga, to sportowiec mniej zaangażowany. Motywacja zewnętrzna, poza tym, że jest słabsza, jest też wyczerpywalna: cały czas potrzebuje większych bodźców.

To się przekłada na wszystkie sceny z życia szatni. Ktoś coś zmalował, na przykład się spóźnił? Naturalną formą jest karanie bezpośrednie – liczba pompek, czy u zawodowców kara finansowa. Ale sam znam takie przykłady więzi między piłkarzami a szatnią w Ekstraklasie, gdzie największą karą dla zawodnika była nie jakaś symboliczna kwota czy dwa kółka, tylko zawód trenera. Sumienie, nie przysiady. To jest „regulamin dyscyplinarny”, ale wewnętrzny – na wykładzie poruszono nawet jako odwołanie „Zbrodnię i karę”, choć to oczywiście zupełnie inna półka przewinienia. Zamiast krzyczeć, to myśleć – tak kiedyś powiedział Huciński.

Wilczewski pokazywał też taki przykład z treningu. Dziecko przyszło do niego, że ktoś go zaczepił, jakoś mu dokuczył. Zamiast zareagować, przejąć odpowiedzialność, Wilczewski zapytał: no i co z tym zrobisz? Nie ma brania na siebie odpowiedzialności za czyn, tylko przekazywanie jej młodemu zawodnikowi. Oczywiście łatwo tu sobie wyobrazić odpowiedź: pójdę oddam. Łatwo dać się ponieść wyobraźni, że zrodzi się konflikt. Ale, po pierwsze, trener czuwa, po drugie, w wieloletnim doświadczeniu Wilczewskiego nic takiego się nie zdarzyło, najwyżej on sam kierował tę dwójkę to ćwiczeń, które opierały się na współpracy, względnie zsyłał im mediatora – trzecią osobę do grupy, taką, z którą obie miały dobry kontakt. Natomiast sama sytuacja, w której trener nie rozwiązuje sam konfliktu, budzi proces kreatywny u piłkarza i odpowiedzialność: muszę coś wymyślić, a nie liczyć, że ktoś zrobi coś za mnie.

Tak samo jest w ścieżce rozwoju. W metodzie Hucińskiego trzeba zostawić młodemu sportowcowi sporą swobodę co do wyznaczenia jej kierunku. On sam musi czuć i wiedzieć w czym będzie się rozwijał. Oczywiście nie zostawiamy wolnej amerykanki, ale trener jest przewodnikiem, a nie alfą i omegą mówiąca co i jak. W ten sposób w zawodniku powstaje wewnętrzna motywacja, bo rozwija to, do czego czuje sam największą smykałkę. Naturalnie znowu możemy sobie wyobrazić zespół piłkarski, w którym wszyscy chcą strzelać bramki – niemniej to znowu wyzwanie dla zdolności interpersonalnych trenera, bo nie ukrywajmy, ta metoda wymaga od niej bardzo wiele, znacznie więcej niż tylko zdobycie wiedzy, a potem rozkazy w oparciu o nią.

Ta metoda wymaga sztuki spojrzenia na zawodnika jego oczami. Czego on chce, czego oczekuje, jakie są jego motywacje, jakie niepewności, niepokoje. Pomaga znajomość piramidy Maslowa czy typów psychologicznych – nie będę tu się wdawał w szczegóły, powiem, że bazowali na typach osobowości Carla Gustawa Junga – wszystko jednak w tym celu, że tylko w sportowcu, którego zna się pod takim kątem, da się znaleźć ścieżkę do wewnętrznej motywacji. Oczywiście czasem to wyjdzie samo, jak we wszystkim, ale też w każdej drużynie jest szereg tych, którzy na którymś etapie mają z tym problem – czy z grą dla tego zespołu, czy na danej pozycji, czy ze sportem w ogóle. Który trener nie zna sytuacji, gdy piłkarz jest zmęczony nie treningiem, a samym przychodzeniem na trening? Gdy trening nie sprawia frajdy, często zdaniem duetu Huciński/Wilczewski dzieje się tak dlatego, że trening nie należy do piłkarza.

Trener w tej metodologii nie wrzuca piłkarzy do jednego worka. Ma typ młodego sportowca, który aktualnie jest słabszy w grupie, ma kogoś, kto bywa niegrzeczny, ma przerastającego całą grupę? Zorganizowanie jednorodnych zajęć to katastrofa dla wszystkich. Musi organizować tak trening, by najsłabszy był najbardziej zadowolony, niegrzeczny zainteresowany, a ten uzdolniony miał trzeci program.

Można wskazać oczywistą różnicę w skupieniu zawodnika, gdy przychodzi się do niego z rozkazem, a gdy on przychodzi z pytaniem; można o tym jak Huciński wskazywał, że młody zespół Wilczewskiego przed poznaniem metody składał z samych małych wersji Wilczewskiego; można, ale to temat zbyt rozległy, powstała o nim cała książka – szukajcie jak chcecie, metoda jest nazywana IMOPEKSIS – tu zdołamy zarysować ten główny jej element.

Na panelu z pytaniami były takie, które faktycznie wydawały mi się zasadne. Była historia trenera, który mówi, że rodzice jednemu z jego podopiecznych zawsze dawali dużo luzu, a teraz on po prostu wpadł w złe towarzystwo; chcą mu właśnie ten luz odebrać i jest tylko gorzej. Gra już nie toczy się o piłkę, a o życie. Wiadomo, że każdy przypadek jest indywidualny, nie jest to metoda uniwersalna, która rozwiąże wszystko – to raczej sposób myślenia, dający pewne narzędzia, ale ostatecznie wszystko w rękach szkoleniowca. Na pewno jednak zgadzam się ze słowami Hucińskiego, który zwracał uwagę, że są w niej pewne tropy wykraczające poza sport, które mogą młodemu człowiekowi pomóc w umiejętnościach społecznych i zostaną na całe życie, jeśli oczywiście proces ich zaszczepienia będzie bezproblemowy.

***

RYZYKO I KREATYWNOŚĆ

image0

Drugim prelegentem był Mateusz Ludwiczak, autor książki „Dorastanie w grze”, który odpowiada za metodologię w Akademii Piłkarskiej Reissa. Szybko okazało się, że wykład jest bardzo komplementarny z poprzednim: także mówił o skierowaniu uwagi na zawodników, wychodząc od cytatu Konfucjusza:

„Powiedz mi, a zapomnę, pokaż mi, a zapamiętam, pozwól mi zrobić, a zrozumiem”.

Zdaniem Ludwiczaka są dwie szkodliwe metody uczenia piłkarzy. Pierwsza to szkolenie jak z taśmy produkcyjnej, gdzie wszystkich uczymy na jedno kopyto. Druga to próba zrobienia z młodych graczy profesorów, czyli przeładowywanie wiedzą teoretyczną. Co więcej, często te dwie szkoły są ze sobą wymieszane.

Podstawą u Ludwiczaka jest świadomość decyzji piłkarza, nie odtwórczość. Piłkarz nie może być na boisku tylko trybikiem, ma być autorem. To w teorii trudne do pogodzenia, no bo jak? Damy wszystkim wolność i biegają jak stado baranów? Gdzie taktyka? Gdzie odpowiedzialność, gdzie podział ról, przecież współczesny futbol to cała masa konkretnych obowiązków.

Dlatego piłkarz ma poznać strukturę pomysłów, by w tych ramach znaleźć coś swojego, móc tworzyć. Znowu: to narzędzia, a nie ścisły plan.

Esencją wystąpienia Ludwiczaka były też ćwiczenia praktyczne, część kładąca nacisk na problemy z komunikacją, inne pokazujące jak różne są osoby w każdej zawiązującej się grupie. Szczególnie ciekawe było jedno:

– Sześć osób, w tym jedna w leżącej na ziemi obręczy;

– Gra miała polegać na tym, że osoba w obręczy wyskakuje z niej, dotyka kogoś, wraca do obręczy – za taką akcję ma punkt;

– Gdy wyszła z obręczy, każdy mógł wskoczyć na jej miejsce, udaremniając akcję.

Raz, że pokazywało to jak różnie kolejne osoby myślą, aż po gościa godnego NASA, bo poruszał się wraz z obręczą, ciągnąc ją wszędzie za sobą. Najczęściej jednak dominowało asekuranctwo, nawet zostawanie jedną nogą cały czas w obręczy, wychylenie i atak, choć przecież taka akcja nawet nie była punktowana.

Marek Śledź, szef akademii Rakowa, zauważył tu szerszy problem naszej piłki: strach przed ryzykiem. Obawiamy się, żeby nie stracić, obawiamy się, żeby nie przegrać. A bez ryzyka nic w piłce nie będzie. Ludwiczak stwierdził natomiast, że to obawa przed błędem, z czym też jego zdaniem mamy problem, a przecież czy to jak wyskoczysz i stracisz, to znaczy, że już pozycji nie odzyskasz?

***

MAREK ŚLEDŹ I DNA RAKOWA

IMG_0587

Wielu z trzystu uczestników na pewno czekało na wystąpienie Marka Śledzia, jednego z tych, którzy kładli fundamenty pod Akademię Lecha Poznań, a dzisiaj osobę odpowiadającą za budowę od podstaw akademii Rakowa Częstochowa.

Akademia w Rakowie – a chyba i nie tylko ona – ma konkretne motto:

„WYNIK SPORTOWY POWINIEN BYĆ EFEKTEM, A NIE CELEM”.

Śledź przekonywał, że każdy, kto pracuje w akademii, szybko poznaje to hasło, a nigdy nie zapominają o nim przypominać, towarzyszy wszystkim spotkaniom. To ono wyznacza wartość, to z nim się identyfikują.

Gdy wynik sportowy jest celem nadrzędnym, można  – co działo się w piłce wielokrotnie – zrobić go doraźnie. Jest sukces, jest świętowanie, ale to sukces, na swój sposób, pusty, który nie buduje nic trwałego. Wynik jako efekt, a nie cel, to zupełnie inna ścieżka, to położenie ciężaru na mocne zaplecze.

Śledź opowiedział o podstawach akademii Rakowa, tego jak jest zorganizowana. Przypomniał, że jedynym sprawdzianem jest mecz, to jest wiedza którą przywiózł z Dinama Zagrzeb. Mówił:

– Albo ktoś grać umie, albo nie. Jeśli ktoś umie coś w treningu, a nie umie tego w meczu, to znaczy, że tego nie umie.

Dlatego wszystkie ćwiczenia w akademii Rakowa odnoszą się do meczu. Nie wiem w jak konkretny sposób, ale z zasady nie powinno być żadnych zajęć, które są, by tak rzec, same dla siebie.

Znowu Śledź: – Nie ma wartości w środku treningowym, w którym zawodnik działa odtwórczo, nie myśli o tym jak wykonuje ćwiczenie, a sytuacja nie zmusza go do zaangażowania intelektualnego. W każdym ćwiczeniu ma trenować proces decyzyjny. Wszystkie środki treningowe muszą go mieć, bo taki jest też mecz.

Poza tym ćwiczenia powinny mieć jednocześnie elementy techniki, motoryki, taktyki, czyli znowu, tak jak mecz.

Śledź wchodził w szczegóły, znowu zebrało się też polskiej piłce. Podstawowe fazy meczowe to oczywiście – upraszczając – faza z piłką i bez piłki. Przytaczał anegdotę, gdzie do Michała Probierza przyszedł zawodnik i powiedział, że woli grać bez piłki. I jest to zabawne, ale ma sens głębszy – bez piłki można wcielić się w zawodnika o cechach jak z MMA, walka, sto wślizgów. Tu dajemy radę. Gorzej, gdy trzeba kreować, a to dziś nie tylko rola playmakera, a każdego zawodnika, nawet nie tylko przy piłce, bo mowa i o szukaniu pozycji, na którą można podać.

Raków ma oczywiście ustandardyzowany styl gry wszystkich swoich zespołów – chce grać piłką, ofensywnie i strzelać wiele bramek. Śledź zapewniał, że jak młody Raków przegra 2:5, to nie spyta dlaczego stracili pięć, tylko dlaczego nie strzelili sześciu. Trudno powiedzieć czy to będzie docierać aż do pierwszej drużyny, kto śledził w zeszłym sezonie Raków może sądzić, że taki jest plan, ale chwilowo, z potrzeby utrzymania, go zawieszono. Na pewno jednak w samym szkoleniu graczy ciężko nie dostrzec atutów próby stworzenia kreujących zamiast przeszkadzających.

Niemniej Śledź też zauważa: – Ja będę prowokować ofensywę, kreację. Ale modelu gdy nigdy nie zamkniemy, bo piłka się zmienia, jest ewolucja stylu. Ale można mieć DNA i my je mamy.

Poziom szczegółowości był tu bardzo głęboki, choć drzewo analizy sytuacji na mikroboisku, czyli wydzielonym kilkumetrowym promieniu zakreślonym od piłki. Tutaj znowu wracaliśmy do modelu przewodniego Kongresu: komunikacji. Śledź był przekonany, że dzisiaj komunikacja boiskowa to nie krzyk „podaj”, nawet nie gest – na to nie ma czasu w futbolu, w którym tak wiele znaczą ułamki sekund. Komunikacja na najwyższym poziomie to komunikat, którym jest już samo posiadanie piłki, jakiś ruch zawodnika.

To brzmi dość zawile, ale w uproszczeniu – rozwiniętym w drzewie analizy sytuacji – ten kto ma piłkę wie, że ma z nią zrobić Postęp, a inni wiedzą, że mają wtedy szukać sobie pozycji, gdzie można zagrać z Postępem. W tym momencie więc samo przejęcie, każdy ruch, jest już komunikatem co kto ma robić, a zakorzenionym głęboko w nawyku, wychodzącym z DNA klubu, zaszczepianym od lat:

Oto komunikacja futbolu, którym rządzi szybkość.

Wyjeżdżałem z KWOSP z refleksją, że owszem, to tylko jedna konferencja trenerska. Są ich w Polsce tysiące. Może nie jest reprezentatywna. Ale zabawne, że akurat ta tak daleko odchodziła od stereotypów, prawie jakby z nimi chciała usilnie walczyć, tak z osławionym gloryfikowaniem jazdy na dupie, jak z krzykiem i autorytarnością trenera.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (3)