Wisła niesprzedawalna
Weszło

Wisła niesprzedawalna

Gdzieś blisko szczytu listy oczywistości dotyczących Ekstraklasy znajduje się stwierdzenie, że Wisła Kraków potrzebuje pieniędzy. By ustalić jak bardzo, wystarczy wsłuchać się w słowa Piotra Obidzińskiego, który wprost mówi zarówno o wysokości zadłużenia Białej Gwiazdy, jak i o wysokości zysków, które klub jest w stanie wygenerować. Nad wszystkim niczym ścinający głowę topór wisi jednak groźba – spadek z ligi (czytaj: przede wszystkim brak dużego hajsu z tytułu praw telewizyjnych) oznaczałby, że można gasić światło. Są oczywiście inne sposoby, by środki pozyskiwać i akurat władzom Wisły pomysłowości w tym zakresie odmówić nie można, ale jednocześnie nie da się nie zauważyć, że pewne możliwości znikają. Jedną z nich jest na przykład zarabianie na piłkarzach, o co prawdopodobnie będzie Białej Gwieździe trudno nawet w Ekstraklasie. 

W trakcie ostatnich dwóch okienek krakowskiemu klubowi udało się zarobić na Jesusie Imazie, Martinie Kostalu i Marko Kolarze. Żadne z tego świetne strzały, w złotych za całą trójkę wyszło mniej, niż Legia skasowała za Sebastiana Szymańskiego w zachodniej walucie. Jednak – po pierwsze – nie mówimy o młodych talenciakach z Polski, a wśród kupców nie było Dinama Moskwa, tylko Jagiellonia i FC Emmen, a – po drugie – w sytuacji Wisły nawet stosunkowo niewielkimi kwotami nie wypada gardzić. Dlatego też Biała Gwiazda była otwarta na dalszą sprzedaż zawodników. Jest zmuszona, by na to liczyć. Problem pojawia się w momencie, w którym zaczynamy zastanawiać się nad tym, za kogo krakowianie mogliby przytulić trochę siana.

Kolejni kandydaci wykruszają się jeden po drugim. Niektórzy na własne życzenie.

PLOCK 22.09.2019 MECZ 9. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20 POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN PLOCK: WISLA PLOCK - WISLA KRAKOW NZ KAMIL WOJTKOWSKI FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Rozsiądźcie się wygodnie, opowiemy wam historię. Trochę śmieszną, w gruncie rzeczy chyba bardziej straszną, ale nie o rozrywkę nam tutaj chodzi (no dobra, o nią trochę też). Dotyczy piłkarza, który pewnie i ma jakiś potencjał, być może jest on nawet spory, ale za nic nie potrafi go uwolnić. Jeśli zastanawialiście się kiedyś nad tym, co go ogranicza, być może odpowiedź znajdziecie poniżej.

Kamil Wojtkowski powinien urodzić się w Grecji lub w innym kraju, w którym nie przykłada się wielkiej wagi do spóźnień. Uwielbia je, o takich gościach mówi się, że nie pojawiliby się na czas nawet na własnym pogrzebie. Na jego nieszczęście w polskiej szatni piłkarskiej – szczególnie takiej, w której roi się od przedstawicieli „starej szkoły” – dyscyplina jest dość istotna. Wojtkowski testował cierpliwość wszystkich wokół, aż w końcu się doigrał – z ust Macieja Stolarczyka usłyszał, że jeszcze jedno spóźnienie i do klubu może już w ogóle nie przychodzić.

Poważna sprawa, bo szef postawił sprawę na ostrzu noża. Dlatego tym większym szokiem dla wszystkich było to, że następnego dnia Wojtkowski nie tyle nie pojawił się w klubie na czas, co… w ogóle nie przyszedł.

Klub: – Gdzie ty, do cholery, jesteś?
Wojtkowski: – Miałem wypadek samochodowy!

Wypadek to wypadek, trudno – najważniejsze, że nic się nie stało. Sprawę uwiarygodnił fakt, że kolejnego dnia Wojtkowski pojawił się w klubie na piechotę. I z czasem zapewne wszyscy zapomnieliby o sprawie, gdyby nie fakt, że ten rzekomo uszkodzony dzień wcześniej samochód zawodnik Białej Gwiazdy zaparkował kilkaset metrów dalej – wystarczająco blisko, by nie umknęło to uwadze kolegów z drużyny.

Następnie mamy klasykę szatniowego humoru – po cichu przechwycone zostały kluczyki do auta, które zostało przeparkowane. Gdzie? A na sam środek boiska treningowego!

Jeśli jeszcze macie wątpliwości, zmierzamy do jednego – skoro dobrzy piłkarze zaczynają się od szyi w górę, to Wojtkowski raczej takim nie zostanie. Powiedzieć, że szeroko rozumiany mental nie jest jego mocną stroną, to nic nie powiedzieć. Niedawno 21-latek dostał powołanie do młodzieżowej reprezentacji prowadzonej przez Czesława Michniewicza. Przyjechał na zgrupowanie, ale za chwilę wyjechał. No pech, kontuzja (choć podobno dość „kontrowersyjna”). Jednak nawet w tak bardzo krótkim czasie przez swoje dziwne zachowanie na kadrze Wojtkowski i tak zdążył wszystkich do siebie zrazić. Efekt jest taki, że kolejne zaproszenie przed meczami z Bułgarią i Czarnogórą już nie przyszło. Czy przyjdzie w przyszłości? Gdybyśmy mieli obstawiać, to postawilibyśmy, że nie.

I doskonała szansa na promocję poszła się… no, wiadomo. Znając wszystkie zakulisowe historie, na boiskowe dokonania Wojtkowskiego patrzymy trochę inaczej. Czekamy i czekamy aż zacznie zgłaszać gotowość do bycia liderem Wisły, ale chyba się nie doczekamy. Miał ten chłopak kilka przebłysków, ale jego bilans w barwach Białej Gwiazdy jest wręcz żenujący. 3 gole i 2 asysty w 61 meczach to wynik, po którym powinien się spalić ze wstydu każdy stricte ofensywny zawodnik. By wypracować jedną bramkę dla swojego klubu, Wojtkowski potrzebuje średnio prawie 550 minut. Każdy poważny dyrektor sportowy taką statystykę skwituje śmichem. Przykładowy Sebastian Szymański w Legii gola lub asystę dawał co niecałe 222 minuty. Równie przykładowy Kamil Jóźwiak robi to co około 230 minut. Co ciekawe, w obu przypadków mówiło się i mówi, że liczby powinny być lepsze.

Dla Wojtkowskiego pozostają one jednak sferą marzeń. Choć jeśli chłopak w głowie rzeczywiście ma tylko fiu bździu, co podejrzewaliśmy już po obserwacji poczynań gracza w mediach społecznościowych, jego marzenia dotyczą pewnie trochę innych rzeczy.

KRAKOW 15.09.2019 IV LIGA PILKA NOZNA SPORT FUTBOL WISLA II KRAKOW - CRACOVIA II KRAKOW NZ MATEUSZ LIS FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Ale Wojtkowski nie jest jedynym graczem Białej Gwiazdy, w którym jeszcze kilka miesięcy temu widziano potencjał sprzedażowy, a dziś trudno wyobrazić sobie, że ktoś chce wyłożyć za niego jakiekolwiek pieniądze. Innym jest Mateusz Lis. Jego perypetie nie są tak „barwne” i nic w tym dziwnego, bo to pozytywny gość, który do wszystkiego podchodzi z większą pokorą niż młodszy kolega, ale sama historia jest zastanawiająca.

Dlaczego? Ano dlatego, że jeszcze w poprzednim sezonie w zasadzie można było Lisa nazywać synkiem Stolarczyka. Jak wskoczył do bramki za Michała Buchalika w trzeciej kolejce (szykowany był od początku sezonu, ale odniósł kontuzję), gdy ten obejrzał czerwoną kartkę w Białymstoku, tak został w niej do samego końca sezonu. Jesienią popełniał błędy, ale trener budował go zarówno decyzjami, jak i wypowiedziami, co zresztą zwróciło się w dalszej części rundy, bo Lis wskoczył na fajny poziom i kilka punktów Białej Gwieździe wybronił. Nie do końca utrzymał formę wiosną i cierpliwość trenera w końcu się skończyła, ale pech chciał, że Buchalik w derbach na boisku spędził tylko nieco ponad pół godziny i opuszczał je na noszach.

Na koniec sezonu Lis dostał też niespodziankę – przez fochy Bartłomieja Drągowskiego załapał się do kadry na młodzieżowe mistrzostwa Europy i gdyby coś stało się Kamilowi Grabarze, prawdopodobnie to on wskoczyłby między słupki.

Wydawało się, że ten fakt rzutem taśmę jeszcze tylko pomoże sprzedać Lisa już po jego pierwszym sezonie w Ekstraklasie. Zainteresowanie było – co prawda nie z najsilniejszych lig, co prawda nie za naprawdę duże pieniądze, ale sami słyszeliśmy o Belgii i MLS. Więcej – w okresie przygotowawczym w zasadzie już godzono się z odejściem dotychczasowego bramkarza numer jeden, dając więcej pograć innym.

No i niespodzianka – choć transfer był bliziutko, Lis w Krakowie został, ale po to, by… oglądać to, co w bramce robi Michał Buchalik. Z biznesowego punktu widzenia decyzja kompletnie się nie broni, drugi sezon w bramce mógłby przecież podbić wartość Lisa, czego na pewno nie robi siedzenie na ławce. Ze sportowego, na który trener musi przecież patrzeć w pierwszej kolejności? Ujmijmy to tak – większej różnicy nie ma. Wydaje się, że Buchalik jest po prostu bardziej przewidywalny, co ma swoje i dobre, i złe, bo niczego spektakularnie nie zawali, ale też nie zrobi przewagi, broniąc głównie to, co powinien obronić. Gdy porównamy średnią naszych not, lekką przewagę ma Buchalik (4,93 do 4,83), a gdy zestawimy ze sobą skuteczność obron, trochę wyższą w poprzednim sezonie wykręcił Lis (69,5% do 67,5% – ekstrastats.pl).

Tak czy siak – Wisła traci potencjalny zarobek, a należy pamiętać, że w Lisa przecież pół bańki zainwestowała. Złotych, a latem był wyceniany na pół miliona euro.

BIALYSTOK 23.08.2019 MECZ 6. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20: JAGIELLONIA BIALYSTOK - WISLA KRAKOW --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: JAGIELLONIA BIALYSTOK - WISLA CRACOW MARTIN POSPISIL VUKAN SAVICEVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Trzeci rzucający się w oczy przypadek to Vukan Savicević. Na Czarnogórca, który pełnił głównie rolę rezerwowego w Slovanie Bratysława, udało się w najtrudniejszym okresie wysupłać jakieś środki, ale szybko okazało się, że był tego warty. W rundzie wiosennej wyrósł na jedno z odkryć Ekstraklasy, zdążył wskoczyć do rankingów najlepszych środkowych pomocników w lidze, a kapitalna postawa spowodowała, że Savicević wrócił też do swojej reprezentacji. I w końcu dostał w niej poważną szansę, bo wcześniej nieregularnie jeździł na zgrupowania i przez trzy lata ledwie zaliczył debiut.

Ale tak wysoko zawieszona poprzeczka oznacza dziś głównie to, że mówimy o jednym z największych zjazdów tego sezonu.

25-letni zawodnik, który z Wisłą ma podpisany kontrakt do 2021 roku z opcją przedłużenia o kolejny rok, bardzo rzadko przypomina siebie z poprzedniego sezonu. W zasadzie udało mu się to tylko raz, w spotkaniu z ŁKS-em, które Wisła wysoko wygrała. Poza tym – szczególnie w tych trudnych momentach, gdy trzeba było pociągnąć zespół we właściwym kierunku – Savicević nie zaproponował nic więcej niż ligowy przeciętniak. Na przykład – ot, żeby nie szukać daleko – młody Sylwester Lusiusz z Cracovii.

Jeszcze raz odwołamy się do naszych not – wiosną była kapitalna średnia 5,92, a teraz Czarnogórzec wykręcił równe 4,00.

Może to kwestia urazu, który utrudnił przygotowania i wyeliminował go z dwóch pierwszych spotkań. Może pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, że lepiej się gra, gdy u boku jest zdrowy (i w formie) Vullnet Basha. Może… Na pewno można powiedzieć za to, że Savicević zjechał do poziomu ligowego dżemiku, a w piłce za dżemik nikt przy zdrowych zmysłach nie płaci.

***

Patrzymy na pozostałych piłkarzy Wisły i – delikatnie rzecz ujmując – biegających milionów czy nawet setek tysięcy euro nie widzimy. Tu dzieciarnia, tam geriatria, a jeśli wiek się zgadza, to u przeciętniaków. Wychodzi na to, że chuchać i dmuchać trzeba na Aleksandra Buksę. Choć z tego co słyszymy, to ta skala talentu, przy której wskazana jest spora cierpliwość, bo drobne powinny zastąpić grube miliony, ale dopiero w perspektywie kilku lat.

Fot. FotoPyK/400mm.pl

KOMENTARZE (8)