Miodowy tydzień Jana Sobocińskiego – dwa gole zawalone, teraz samobój
Weszło

Miodowy tydzień Jana Sobocińskiego – dwa gole zawalone, teraz samobój

Przy rzucie rożnym dla Jagiellonii zgubił krycie Bartosza Kwietnia. Przy drugim trafieniu białostoczan podał pod nogi Imaza, który asystował przy trafieniu Klimali. Teraz sam wpakował gola do własnej bramki. Jan Sobociński z ŁKS-u nie będzie o tym tygodniu opowiadał wnukom. Mamy wrażenie, że w ogóle nie będzie opowiadał – nigdy i nikomu. Bo to takiej serii to tylko siąść i płakać, a nie gadać.

Gdyby na szczycie listy cech pożądanych u obrońców widniał „mocny i dokładny przerzut lewą nogą”, to wychowanek ŁKS-u byłby najbardziej rozchwytywanym stoperem w lidze. Sęk w tym, że ekstraklasowicze – co dziwne – chcą obrońców, którzy potrafią bronić. Dobrze się ustawiają, grają świetnie w powietrzu, potrafią napsuć krwi napastnikowi, a przy tym nie narażają drużyny na straty bramek.

I niestety – choć o Sobocińskim słyszeliśmy dużo ciepłych słów – reprezentant młodzieżówki wygląda w Ekstraklasie tak, jak w swoich najgorszych meczach w I lidze. Nie chcemy się nad nim znęcać, bo widzimy tam jakieś rezerwy i Czesław Michniewicz też nie powołuje go tylko za to, że jest młody (to znaczy powołuje dlatego, ale taki już los kadry do lat 21, że Glika i Żmudy nie może). Natomiast Sobociński ostatnio nawet na tle słabej obrony ŁKS-u wyróżnia się jak zgrabna blondynka na mechatronice. Albo – żeby lepiej pasowało to porównanie do sytuacji Janka – jak metalowiec na koncercie Arki Noego. Raczej dobrego wrażenia nie robi.

Dziś załatwił zwycięstwo Śląskowi. Wiemy, że znajdą się tacy, którzy powiedzą „no sieknął w tej sytuacji samobója, ale gdyby jej nie trącił, to zawodnik gości i tak by wbił piłkę do siatki”. Natomiast rolą obrońcy jest doprowadzanie do sytuacji, gdzie wpieprzenie sobie piłki do bramki to nie jest jedyna opcja na zakończenie akcji rywala.

Trochę żałujemy, że dla dobra widowiska wrocławianie nie poszli za ciosem po tym golu, bo byli po prostu zdecydowanie lepsi od ŁKS-u. Nieźle wychodzili do pressingu, mieli argumenty na skrzydłach, pewnie bronili, zachowywali w miarę płynne tempo rozgrywania akcji. Brakowało tylko stempli – celnych strzałów. Obie drużyny oddały po dwa uderzenia, z którymi musieli zmierzyć się bramkarze. Patelnie miał Exposito, ale – coś nieprawdopodobnego – w idealnej sytuacji strzelił trzy metry od bramki.

Na pewno rozczarowani jesteśmy ŁKS-em, który tym razem słabo rozkładał akcenty w ofensywie (wróciło stare, dobre „wszystko do Ramireza”, a Ramirez miał przy sobie trzech rywali), totalnie niewykorzystanie napastnika (strzelamy, że Kujawa miał z piętnaście kontaktów z piłką), ale nader wszystko – koszmarne wychodzenie z piłką z własnej połowy. Zwłaszcza tuż przed przerwą, gdzie szybkość oddawania piłki Śląskowi wzrastało do tego stopnia, że zastanawialiśmy się kiedy Malarz wznowi grę z piątki podaniem do Exposito.

Po przerwie oglądaliśmy 45 minut zbierania energii na to, by w doliczonym czasie gry obejrzeć dwie naparzanki między legionem odzianym w białe koszulki i armią w zielonych barwach. Doceniamy partyzancką rolę Malarza, dzielną postawę armii wrocławskiej pod batutą Mączyńskiego, oskrzydlający atak konny Ramireza. Ale chcieliśmy obejrzeć mecz piłkarski, a nie trzy kwadranse wyczekiwania na jakieś szczypanie się po karkach. Sędzia Jakubik też nie był zauroczony poziomem tych walk, zaniechał punktowania, pokazał kilka kartek i odesłał piłkarzy do swoich narożników.

Śląsk wygrał trzeci mecz z rzędu i jest liderem. Zespół, który miał w tym sezonie taki epizod, gdy nie wygrał meczu przez 112 lat, trzy pokolenia i dwie zmiany biegunów na Ziemi. Tak, to właśnie ten Śląsk jest teraz liderem. Choć trzeba im oddać, że jak ostatnio widzi naprzeciw siebie cherlawego rywala, to wyciska go jak cytrynę. I o to, panie Lavicka, jak pan widzi, w tej lidze chodzi.

screencapture-207-154-235-120-mecz-504-2019-11-08-20_27_14

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (10)