Kryzys, kryzys i po kryzysie. Na ŁKS znów da się patrzeć
Weszło

Kryzys, kryzys i po kryzysie. Na ŁKS znów da się patrzeć

Kazimierz Moskal zapewne wciąż ma jeszcze noce, w trakcie których budzi się zlany zimnym potem, gdyż przyśnił mu się na przykład Davit Schirtladze upokarzający jego piłkarzy, ale chyba najwyższa pora napisać, że najgorsze jego ŁKS ma już za sobą. Siedem punktów w meczach z Koroną, Górnikiem i Rakowem to co prawda za mało, by już teraz wygrzebać się ze strefy spadkowej, ale z taką grą i dzięki nowemu zestawieniu składu, które udało się wypracować, dość regularnie powinny wpadać kolejne. 

W dzisiejszym starciu beniaminków to łodzianie wyglądali tak, jakby mieli na koncie kilka oczek mniej niż powinni, co często podkreśla się w kontekście ekipy Marka Papszuna. Spodziewaliśmy się dość wyrównanego meczu ze wskazaniem na gości z Częstochowy, którzy na razie w Ekstraklasie pokazali trochę więcej jakości, ale to spotkanie wyglądało tak, jakby było oderwane od tego, co działo się w ciągu ostatnich dwunastu kolejkach.

Zastanawiamy się, dlaczego oczekiwania tak rozjechały się z rzeczywistością i do głowy przychodzą nam przynajmniej trzy sprawy.

Po pierwsze: ŁKS zagrał naprawdę kozacko. Po prostu. Być może był to najlepszy występ Ramireza i spółki od drugiej kolejki i wyjazdowego starcia z Cracovią. Nawet w wyżej wygranym meczu z Koroną to nie hulało tak dobrze. Taki Piotr Pyrdoł zdaje się rosnąć z meczu na mecz, Michał Trąbka również ma dużo jakości, generalnie przemeblowanie w środku pola, w którym nie ostał się nikt z trójki Piątek-Kalinkowski-Wolski, wychodzi zdecydowanie na plus. Co więcej – ŁKS potrafił też zagrać na zero z tyłu, w lidze po raz pierwszy od inauguracji.

Po drugie: Raków zagrał bez Browna Forbesa, co należy połączyć z końcówką punktu pierwszego. Przed sezonem nigdy byśmy tak nie powiedzieli, ale były gracz Korony szybko wyrósł na kluczową postać w ekipie beniaminka. Strzela gole, odwala kawał roboty. A o Musioliku można powiedzieć co najwyżej tyle, że się stara. Przed tym spotkaniem chłopak miał 544 minuty w lidze w tym sezonie bez gola i bez asysty (plus 90 w Pucharze Polski), a dziś, choć rozegrał całe zawody, dorobku nie poprawił. Okazje miał kapitalne. Przy stanie 0-1 w sytuacji sam na sam najpierw trafił w Malarza, a później w boczną siatkę. Przy stanie 0-2 uderzył w dobrej sytuacji głową, ale praktycznie w sam środek bramki. W drugiej połowie raz nie zdążył do zagranej wzdłuż bramki futbolówki, a następnie podjął fatalną decyzję o dograniu do nikogo w dogodnej sytuacji. To już Kolew w ciągu swoich 30 minut pokazał się z lepszej strony, a trudno o gorszą obelgę.

Po trzecie: Raków chciał zaskoczyć ŁKS swoim ustawieniem, ale nie wyszło. Już przywykliśmy, że beniaminek z Częstochowy gra trójką w tyłach, z wahadłowymi i dwójką graczy za plecami napastnika, ale dziś Marek Papszun uznał, że lepiej może sprawdzić się tradycyjna czwórka z tyłu. Nie przeszkodziło mu nawet to, że nie dysponuje nominalnym bocznymi obrońcami, bo zarówno Jarosław Jach, jak i Kamil Piątkowski, to przecież stoperzy. Nie napiszemy, że to właśnie oni odstawali od reszty, ale wyglądali słabo. Cała drużyna była jakby zagubiona w swoich poczynaniach. Nawet te sytuacje Musiolika nie wynikały z jakichś dopracowanych schematów rozegrania, a bardziej z waleczności i błędów. Na składną akcję trzeba było czekać do ostatniego kwadransa, gdy w polu karnym poklepali Domański z Kolewem, ale pierwszy niecelnie uderzył.

Zwycięstwo ŁKS-u dwa do zera po golach Ramireza i Guimy to zapewne wypadkowa wyżej wspomnianych rzeczy i kilku innych czynników. Mogło być nawet wyżej, bo Sekulski zmarnował rzut karny po tym, jak sam oszukał w szesnastce Jacha i był faulowany, ale raczej będzie mu to wybaczone. I tak jak generalnie w stosunku do beniaminków można mieć sporo zastrzeżeń, tak dzisiaj drużyny, które jeszcze wiosną grały w pierwszej lidze, stworzyły przyzwoite widowisko.

screencapture-207-154-235-120-mecz-463-2019-10-26-18_53_23

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (5)