Jeśli zdobędziemy mistrzostwo, przyjadę na trening na koniu!
Weszło Extra

Jeśli zdobędziemy mistrzostwo, przyjadę na trening na koniu!

Benedikt Zech to człowiek pełen sprzeczności. Z jednej strony ceni stabilizację, przez całe życie był związany piłkarsko z rodzinnym regionem, Vorarlbergiem, a w lokalnym klubie z Bundesligi, Rheindorf Altach, spędził siedem lat i dorobił się kapitańskiej opaski. Z drugiej strony jest niezwykle ciekawy świata i na wakacje nie jeździ do hoteli all inclusive, a do Ugandy czy Birmy, na pierwszym miejscu jego liście podróżniczej listy marzeń znajduje się nurkowanie z rekinami. Po 29 latach stwierdził, że czas na coś nowego także w piłce. I tak znalazł się w Szczecinie.

Zech to też doskonały przykład na to, jak przemyślane transfery robi Pogoń. Typowy klub Ekstraklasy pozyskuje zwykle piłkarzy na bazie kontaktów menedżerskich, dzwoni do agentów i pyta: czy masz dla mnie piłkarza na tę i tę pozycję?

Pogoń działa inaczej. Benedikta Zecha obserwowała na żywo aż osiem razy. Pierwszy telefon do niego wykonała pół roku przed zatrudnieniem. Piłkarza przekonywał telefonicznie Kosta Runjaić, został także zaproszony do Szczecina na rekonesans, podczas którego poznał wizję i szefostwo klubu, a szef skautów zaprezentował mu szeroką analizę wideo jego gry, pokazując cechy, których poszukuje Pogoń u środkowego obrońcy.

Wywiad z nowym stoperem Pogoni. Poznajmy się.

***

Dlaczego Uganda, a nie Malediwy, Dubaj, Zakynthos?

Bo kocham przygody. Pojechaliśmy tam na “gorilla trekking”, czyli podróż śladem goryli. Wraz z żoną mówiliśmy sobie: zróbmy to, bo kto wie, czy za trzy lata dalej będzie to możliwe. Zwierzęta są zagrożone, w taki sposób możemy je wesprzeć, przyczynić się do poprawy ich sytuacji. Lubimy eksplorować nowe miejsca. Tak długo jak nie mamy dzieci, będziemy mogli to robić, bo gdy już pojawi się potomstwo, nie rzucimy wszystkiego, by jechać do Ugandy. Cele urlopowe się zmienią, będą bardziej normalne. Chociaż znam szaleńców, którzy pojechaliby do Ugandy nawet z dzieckiem. Aż tacy nie jesteśmy. Szukamy przygód sami. I z ludźmi, których spotkamy na szlaku, bo w podróży możesz spotkać naprawdę szalonych ludzi.

Co było dla ciebie największym szokiem w Afryce? Człowiek z Europy czuje się zwykle, jakby trafił do innego świata. Przeczytałem, że 90% społeczeństwa Ugandy nie ma nawet dostępu do prądu. Brzmi przerażająco.

Nam trudno sobie to wyobrazić, a oni są do tego przyzwyczajeni i odbierają to jako coś normalnego. My w namiocie w sumie też nie mieliśmy prądu. Musieliśmy wytrzymać tak przez kilka dni. Dla Europejczyka to wyzwanie, ale warto je przeżyć. Inni zabrali ze sobą agregaty, z których czerpali prąd. No cóż, jadąc w taką podróż, musisz się wyposażyć.

Ale w Ugandzie nie zaskoczyło mnie w zasadzie nic. Byłem pozytywnie zaskoczony. O Afryce słyszy się tylko w kontekście biedy. Trafiliśmy do miejsca, w którym przyroda była bardzo zielona, a ludzie mieli co jeść. Chociaż nasz kierowca tłumaczył nam, że gdybyśmy pojechali na północ kraju, w stronę Sudanu, znaleźlibyśmy zupełnie inną przyrodę, bo nie ma tam zbyt wielu opadów. I faktycznie zobaczylibyśmy znacznie więcej biedy. W Ugandzie żyje się prościej. Moglibyśmy się od nich nauczyć takiego spokoju, opanowania. W Europie, szczególnie w większych miastach, żyje się nerwowo, wszystko dzieje się szybko. A czasami lepiej sobie odpuścić.

Jakie inne szalone miejsca odwiedziliście?

Birmę, w której byliśmy trzy tygodnie, a przy okazji zahaczyliśmy o Tajlandię. Tam zresztą spotkaliśmy Duńczyków, którzy polecali nam wyjazd do Ugandy. To jest najlepsze w podróżach: spotykasz innych ludzi, każdy ma swoje doświadczenia i możesz podkraść im dobre pomysły. Jest tak wiele miejsc, do których chętnie bym się wybrał. Afryka, Ameryka Południowa, Środkowa. Pytanie tylko, czy będę miał na to czas.

Co jest na pierwszym miejscu w planach podróżniczych?

Nurkowanie z rekinami. Można to zrobić w wielu miejscach na świecie. Zależy, w jakiej porze lecisz. Przez piłkę możliwy jest tylko wyjazd latem lub zimą, nie jesteś zbyt elastyczny. Do tej pory cały czas żyłem w Austrii, w swoim regionie, więc naturalnym było, że podczas urlopu koncentrujemy się na dalekich podróżach. Nie wiem, co będzie teraz. Może zaplanujemy urlop w domu, pojeździmy na nartach, spędzimy święta z rodziną? Teraz, kiedy mieszkam daleko od domu, chciałoby się każdą wolną chwilę spędzić z rodziną.

To w sumie spory paradoks, że lubisz tak ekstremalne podróże, a do 29 roku życia spędziłeś karierę w zasadzie w jednym miejscu, w regionie, z którego pochodzisz.

Zacząłem podróżować, gdy poznałem swoją żonę. Ona jest bardzo żądna przygód, ciągle powtarza “zróbmy coś szalonego”. Chciałem wyjechać zagranicę. Miałem oferty z innych austriackich klubów, ale nawet nie podejmowałem tematu. Mówiłem jasno: chciałbym zrobić coś nowego, sprawdzić się w nowej sytuacji. Rozwijać się nie tylko piłkarsko, ale też jako człowiek. Opuścić swoją strefę komfortu.

Tutaj muszę porozumiewać się po angielsku, poznawać nowe słowa, uczyć się nowej kultury piłkarskiej. To rozwijające. Pogoń bardzo się o mnie starała, a mi spodobał się projekt jako całość. Zgłosili się bardzo szybko, co mnie bardzo zdziwiło. Pierwszy kontakt był już na początku roku. Polska liga nie jest u nas transmitowana, więc wszyscy mnie pytali: gdzie ty idziesz? Do Polski, serio?! Jesteś pewien?

Czytałem wywiady z tobą w austriackiej prasie i w każdym musisz się tłumaczyć z tego transferu, jakbyś jechał na koniec świata.

Dla Austriaków krajem, do którego jeździ się grać w piłkę, są Niemcy. Gdy pojawiła się informacja o mojej decyzji, byli… może nie zszokowani, ale bardzo zdziwieni. Musiałem długo tłumaczyć, dlaczego i po co. Dziś myślę, że to absolutnie dobra decyzja. Podoba mi się klub, drużyna jest bardzo dobra, mamy w szatni odpowiednie charaktery, więc łatwo się zintegrować, a miasto jest super. Wraz z żoną świetnie się tu czujemy.

WARSZAWA 21.07.2019 MECZ 1. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - POGON SZCZECIN 1:2 MATEUSZ PRASZELIK BENEDIKT ZECH FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Co Austriacy myślą o naszej lidze?

Nie znają jej. To działa w dwie strony, bo kiedy w Polsce pytam “co sądzisz o austriackiej lidze?”, też niewiele osób wie, co powiedzieć.

Bo jest totalnie nieinteresująca, skoro co roku wygrywa Salzburg!

To był jeden z powodów, dla którego chciałem odejść zagranicę. Choć teraz powiększono ligę, wcześniej w jednym sezonie grałeś z każdym klubem po cztery razy. Po stadionach mogłeś się poruszać z zamkniętymi oczami, a i tak trafiłbyś do szatni. Wiedziałeś, o każdej dziurze w murawie, kojarzyłeś wszystkich stewardów. Dodatkowo grałem cały czas w Vorarlbergu, więc znałem w klubie każdego, każdy zakątek. Zwłaszcza, że w małym klubie wszyscy trzymają się blisko. Wielu kibiców pomaga bezinteresownie. Przywiązujesz się do tych, którzy przychodzą oglądać każdy mecz. Z jednej strony fajne uczucie, z drugiej – chciałem zrobić coś nowego. Z tego względu była to trudna decyzja, nie ma co ukrywać.

Po pierwszym telefonie z Pogoni pomyślałeś sobie to, co pomyślałby sobie przeciętny Austriak na wieść o ofercie z polskiej ligi?

No jasne, zareagowałem tak samo jak ci wszyscy ludzie. “Co, do Polski?!”. Do żony mówiłem zawsze, że jestem otwarty na wszystko. Telefon zadzwonił raz jeszcze, zaproszono mnie do Szczecina i wizja Pogoni mnie przekonała.

Opowiedzmy sobie, jak cały proces transferu wyglądał krok po kroku. Pierwszy telefon odebrałeś na początku roku, kontrakt podpisałeś z początkiem maja. Wszystko potoczyło się bardzo sprawnie, Pogoń generalnie uchodzi za klub, który potrafi ściągnąć ciekawych obcokrajowców.

Pogoń zdobyła kontakt przez Davida Steca, który grał kiedyś z moim dobrym kolegą i od niego pozyskał numer do mojego menedżera. Pierwszy kontakt odbywał się przez agenta. Opowiedziano mu o wszystkim. Później zadzwonił już do mnie osobiście trener Kosta i opowiedział z detalami, co zamierzają, w jakim stylu grają, jaką filozofię ma klub. Spodobało mi się, więc zaproszono mnie do Szczecina, żebym wyrobił sobie pogląd na to, jak wygląda klub. Porozmawiałem z trenerem, dyrektorem sportowym, prezesem. Wracałem do domu z bardzo pozytywnymi odczuciami. W zasadzie od razu powiedziałem żonie:

– Wszystko mi przedstawili, jestem już przekonany. To będzie dla nas dobre miejsce.

No i podpisaliśmy.

Kostasa Triantafyllopoulosa, o czym opowiadał na Weszło, zaskoczyło, że Pogoń zaprezentowała mu wycinek wideo z konkretnych akcji i wytłumaczyła, dlaczego jest odpowiednim piłkarzem do tego stylu gry.

Ze mną było dokładnie tak samo. Szef skautów pokazał mi wideo z moimi zagraniami i powiedział, czego ode mnie oczekuje. Było też wideo z fragmentami gry Pogoni, bym poznał, w jaki sposób miałbym grać. Szef skautów oglądał mnie na żywo osiem razy. Byłem bardzo zaskoczony. To dało mi też poczucie, że mowa o profesjonalnym klubie, w którym praca jest wykonywana skrupulatnie. Miałem też poczucie, że klub cały czas się rozwija. Budują stadion, nowe boiska dla akademii. Jak tak na to patrzę, mam wrażenie, że Pogoń w długiej perspektywie będzie odgrywała znaczącą rolę w polskiej piłce.

Jakie cechy boiskowe sprawiły, że Pogoń uznała cię za zawodnika pasującego do systemu?

Chcieli po pierwsze doświadczonego zawodnika, a ja w ostatnim roku byłem w Altach kapitanem i potrafię wziąć odpowiedzialność za drużynę. Znaczenie miała też moja szybkość. Chcemy ustawiać się wysoko i utrzymywać się przy piłce, pressować, więc za mną zawsze jest dużo przestrzeni. Dlatego potrzebny był szybki obrońca. Dobrze czuję się z piłką przy nodze, a powiedziano mi, że szukają obrońcy, który wyczekuje na dobry moment, by zrobić coś nieoczywistego. Taki styl gry bardzo mi odpowiada, bo w przeszłości miałem trenerów, którzy nie byli za bardzo zainteresowani grą w piłkę. Ciągle słyszałem: “nie drybluj!”. Lubię mieć piłkę przy nodze, próbować kreować grę.

Chciałeś zmienić coś nie tylko sportowo, ale i życiowo. Inspiracją była małżonka, która – wnioskuję z tego, co mówisz – ma w sobie pierwiastek pozytywnego szaleństwa?

Tylko nie pisz tego, że jest szalona, bo będę miał problemy!

Uspokajam – w cudzysłowie!

Powiedziała mi otwarcie: nieważne, gdzie podpiszesz kontrakt, pojadę tam z tobą. Jeśli powiedziałaby “nie”, na pewno bym tutaj nie przyjechał. Cieszy mnie, że jest tak otwarta. Jarają ją nowe rzeczy. A nowe dla mnie jest wszystko, nawet samo życie w tak dużym mieście. W Voralbergu są same małe miasteczka i wioski (największa Bregencja liczy około 29 tys. mieszkańców – przyp. red.). Do tego język, życie daleko od domu, poznawanie nowych przyjaciół, dostęp do nowych ludzi. Podoba mi się to. Czuje się świetnie. Podczas przerwy na reprezentację byłem w domu pierwszy raz od trzech miesięcy. W tym czasie nie miałem myśli typu “chciałbym wrócić do domu”. Gdy podczas wolnego fizjoterapeuta mówił “lepiej żebyś został w klubie, popracujemy”, od razu się zgadzałem. Okazało się, że taka rozłąka to dla mnie żaden problem. To dobry znak, że czuję się tu naprawdę dobrze.

Przeczytałem w austriackich mediach, że w przeszłości miałeś ofertę z niemieckiej Bundesligi. Potwierdzasz?

Potwierdzam.

Z jakiego klubu?

Nie zdradzę. To był szczególny sezon, bo rundę jesienną skończyliśmy na pierwszym miejscu. Wielka sensacja, coś niemożliwego, zwłaszcza w lidze, w której gra Red Bull Salzburg. W Altach zdecydowano niestety, że muszę zostać, bo możemy zrobić coś wielkiego. Inne kluby też zgłaszały się po mnie w tym czasie. Niestety, my obniżyliśmy loty, a Salzburg okazał się zbyt mocny. Taka piłka, szkoda, szansę dostał ktoś inny. Polska liga – w porównaniu do tego, o czym mówię – jest bardzo wyrównana. Tabela jest bardzo płaska. Wygrasz mecz – jesteś drugi, przegrasz – jesteś ósmy. To sprawia, że liga jest atrakcyjna dla kibica. Zresztą ostatni sezon pokazał, że mistrzem może zostać klub, na którego nikt nie stawiał. W Austrii to bardzo ciężkie, Red Bull Salzburg jest zbyt dużą potęgą.

Przykładów nie trzeba daleko szukać: pierwszą porażkę odnieśliście z dołującą Wisłą Płock.

Nie grałem w tym meczu z powodu kontuzji, ale to nie było dla mnie żadne zaskoczenie. W tej lidze jest wszystko możliwe, możesz wygrać z każdym, z każdym też przegrać. Dlatego warto być głodnym, codziennie rozwijać swoją grę.

Z perspektywy kibica – po co oglądać austriacką ligę, skoro już przed pierwszą kolejką wiadomo, kto wygra?

Mniejsze drużyny cały czas się rozwijają i widać to choćby po pucharach. W tym roku mamy trzy drużyny w fazie grupowej – Salzburg w Lidze Mistrzów i dwie w Lidze Europy. Piłka w Austrii się rozwija, mamy dobrą drużynę narodową, która w poniedziałek powinna wygrać!

Z dzisiejszej perspektywy – byłeś gotowy na Bundesligę? Podołałbyś?

Tak, oczywiście. Nie możesz w siebie wątpić. Jeśli sam sobie powiesz “nie jestem na to gotowy”, będzie ciężko cokolwiek zbudować. Zawsze wierzę w siebie, zwłaszcza, że bardzo dobrze mi wtedy szło. Szkoda, że się nie udało, ale z drugiej strony nie siedzielibyśmy teraz w kawiarni i nie robili wywiadu.

OLIVA NOVA 26.01.2017 MECZ TOWARZYSKI --- FRIENDLY FOOTBALL MATCH: PIAST GLIWICE - SC RHEINDORF ALTACH 3:1 MICHAL PAPADOPULOS BENEDIKT ZECH FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Altach nazywany jest w Austrii klubem rodzinnym. Co to oznacza w praktyce? Spędziłeś tam siedem lat, to bardzo dużo. Gdy patrzyłem na kadrę zespołu, takich przypadków jest więcej.

Bardzo rzadko zdarza się, by tak wielu piłkarzy spędzało w jednym klubie tak długi czas. Tylko tego lata odeszło z klubu dwóch piłkarzy, którzy byli w nim siedem lat, dwóch, którzy byli dziesięć i jeden, który był pięć. Pytanie, czy to w ogóle dobra strategia? Co jest lepsze – często wymieniać kadrę czy stawiać na piłkarzy, którzy będą w klubie na długie lata? Moim zdaniem najlepsze jest wymieszanie proporcji. Żyliśmy tam jak rodzina. Każdy znał się od wielu lat, zawsze na boisku jest wtedy łatwiej, bo wiemy jak gramy, rozumiemy się nawzajem.

Zostawiłeś tam masę przyjaźni.

Piłka to szybki biznes, jedni przychodzą, drudzy odchodzą, a jak grasz z kimś po siedem lat w jednym klubie, zawierasz przyjaźń na całe życie. Próbuję utrzymywać relacje, dzwonić do kolegów, ale zawsze jest ciężko, bo poznałeś tyle osób, że nie jesteś w stanie do każdego regularnie dzwonić. Z drugiej strony jak wszyscy siedzą po tyle lat, to masz podstarzałą drużynę. To minus, dlatego rozumiem, że klub chce zrobić coś nowego i nie tkwić w stagnacji.

Dlaczego akurat ty dostałeś w Altach opaskę kapitańską?

Byłem drugim kapitanem, ale pierwszy, który spędził w klubie dziesięć lat, długo się leczył.  W sumie w tym klubie było tyle osób z dużym stażem, że powinieneś mieć dziesięciu kapitanów! Myślę, że potrafię dowodzić, brać odpowiedzialność na siebie, pasuje mi ta rola. Próbuję rozmawiać z młodymi, dawać im rady, pomagać, przekazywać doświadczenie.

Co uważasz za najważniejszą cechę kapitana?

Odpowiedzialność. Zwłaszcza w momencie, gdy nie idzie. Dowodzić grupą w dobrych czasach zawsze jest łatwo, ale dopiero w trudnych momentach możesz zobaczyć, kto bierze odpowiedzialność. Jak jesteś na morzu, nawet na sztormie nie możesz puszczać steru. Tak samo kapitan musi pokazywać: jestem tu. Gdy stracisz bramkę i każdy ma głowę spuszczoną, kapitan powinien naładować grupę pozytywną energią.

Ale też dać przykład, a ty nigdy nie obejrzałeś w karierze czerwonej kartki.

Bezpośredniej nie, tylko za dwie żółte. I mam nadzieję, że to nie nastąpi. Jak mówiłem, jestem szybkim obrońcą, więc nie muszę często uciekać się do wślizgów. Do tego sądzę, że jestem całkiem dobry w przewidywaniu, więc generalnie popełniam niewiele fauli.

U nas często wślizgi są doceniane: jedzie na tyłku, znaczy, że walczy.

No tak, ale wślizg to konieczność. Kiedy nie musisz ich robić, jest lepiej. Ludzie czasami myślą, że wślizg to coś dobrego, ale wślizg oznacza, że źle przeczytałeś grę.

Jakie wspomnienia wiążą cię z Tadeuszem Pawłowskim?

Pozytywne, bardzo cenię i lubię tego człowieka. Otwarty, ciepły, zawsze roześmiany od ucha do ucha. Prowadził mnie w U-19 i uczynił kapitanem mówiąc, że jestem w stanie wziąć odpowiedzialność za innych. Grałem u niego tylko rok, potem byłem już gotowy, by zrobić krok do pierwszego zespołu. W Voralbergu każdy go ceni. Na treningach zawsze chciał, byśmy grali w piłkę, a nie wykopywali do przodu. Ostatnio graliśmy we Wrocławiu i szkoda, że się nie spotkaliśmy. Mam nadzieję, że się to jeszcze uda.

David Stec opowiadał na Weszło o obowiązku służby wojskowej w Austrii, którą musi odbyć każdy mężczyzna. Byłeś w wojsku?

Nie.

Jak się wykręciłeś?

Miałem dyskopatię, a to schorzenie oznacza, że jesteś niezdolny do służby, nie spełniasz kryteriów. Wszyscy śmiali się:

– Jak to jest, jesteś sportowcem, a uznali, że jesteś niezdolny do służby?!

– No tak, dzięki Bogu!

Służba trwa pół roku i bardzo często na te pół roku tracisz możliwość gry w piłkę.

Pół roku w piłce – wieczność.

Jest też rozwiązanie kompromisowe dla sportowców. Niektórzy muszą stawić się na specjalnej jednostce tylko rano, a potem mogą trenować i spać u siebie w domu. Trochę luźniejsza forma.

Kiedy zacząłeś jeździć na nartach?

Gdy miałem cztery lata. Mamy u siebie bardzo dużo gór i stoków, na nartach może jeździć każdy.

Nie masz w kontrakcie zapisanego zakazu? To generalnie reguła, wiadomo – na stoku można nabawić się poważnej kontuzji.

Mam nadzieję, że nie mam. Dla polskich narciarzy to może niebezpieczny sport, ale ja pochodzę z gór! Urodziłem się z nartami. Ryzyko kontuzji jest u mnie takie jak przy joggingu (śmiech). Trener sam czasami spędza urlop na nartach, więc…

Zrozumie.

Mam nadzieję! Byłem całkiem niezły, załapałem się nawet do kadry w narciarstwie alpejskim. Za małolata rozpierała mnie energia: wstawałem rano, szedłem na stok się ścigać, a po południu trenowałem w piłkę na hali. Czasami życzyłbym sobie, by dalej mieć tyle siły, co ten dzieciak. W wieku dwunastu lat musiałem stanąć przed wyborem: piłka czy narty? Wybrałem piłkę.

Piłka zawsze była na pierwszym miejscu. Narciarstwo jest w Austrii bardzo popularne, sportem narodowym jest chyba piłka. Ciężko byłoby zostać topowym narciarzem. Jak weźmiesz stu najlepszych narciarzy z Austrii i stu z reszty świata, prawdopodobnie wyjdzie ci, że lepsi są ci z Austrii. Konkurencja jest bardzo duża. Ale cieszę się, bo byłem na kadrze, więc coś osiągnąłem i teraz potrafię świetnie jeździć na nartach, ale tylko dla przyjemności.

WARSZAWA 21.07.2019 MECZ 1. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - POGON SZCZECIN BENEDIKT ZECH MARKO VESOVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Jak małżonka czuje się w Szczecinie?

Bardzo dobrze, też jest pozytywnie zaskoczona miastem. Przed podjęciem decyzji nie była w Szczecinie, powiedziała tylko: “Jak mówisz, że jest dobrze, to będzie dobrze”. Zaufała. Ona też jest bardzo otwarta i szybko nawiązuje kontakty. Mamy co robić, nasza liczna rodzina ciągle nas odwiedza.

Jak liczna?

Bliska rodzina jest duża, mam dwóch braci i dwie siostry, a daleka jeszcze większa. W ten weekend przyjeżdżają moi rodzice, w następny teściowie. Ciągle coś się dzieje. A jeszcze jest cała masa wujków.

To dobrze, masz co robić po treningach.

Tak, ale…

Za dużo?

Nie, dobrze, gdy nie jesteś sam. Ale wszyscy chcą coś zrobić, coś zobaczyć. Mówię im tylko: ale ja nie jestem przewodnikiem!

Moi rodzice robią sobie na przykład wycieczkę po Polsce. Mamy dwa mecze u siebie, więc obejrzą pierwszy i wsiądą w auto by pojeździć, wrócą na drugi. Fajna sprawa.

W rozmowie z Mateuszem Janiakiem z PS mówiłeś, że kiedyś przyjedziesz na trening na koniu. Muszę pociągnąć temat – to kiedy?

Ha! Moja żona pracowała z końmi w Austrii i Szwajcarii i zawsze powtarzam jej: “kiedyś będziesz miała ubaw, będę jeździł na treningi konno, a nie samochodem!”. Ale jeszcze do tego daleko, bo najpierw muszę się w ogóle nauczyć jeździć konno. To nie taka łatwa sprawa. Mam wielki respekt do tych zwierząt, są bardzo eleganckie, ale mają też własną wolę, gdy siądziesz na górze i zwierzę zechce biec, nic nie zrobisz.

Żona pracowała z młodymi końmi, których nikt jeszcze nigdy nie dosiadał. I to była bardzo niebezpieczna robota. Musiała je uczyć, jak się zachowywać, gdy ktoś je dotknie, gdy ktoś będzie je dosiadał. Są nieprzystosowane do tego, że ktoś je dosiada, są w szoku. Z doświadczonymi końmi nie jest już tak niebezpiecznie. To były konie sportowe z bardzo dobrymi genami. Były uczone, a potem drogo sprzedawane. Do tego uczyła ludzi jeździć konno. Pracuje od kiedy ma szesnaście lat, więc to pierwszy raz, kiedy nie musi nic robić. Mówię jej, by korzystała z tego czasu i robiła to, na co ma ochotę.

Wiesz, że Ailton przyjechał kiedyś na trening na koniu?

To nie będę pierwszy?! Cholera jasna!

Zawsze możesz jako pierwszy zrobić z tego niecodzienny sposób na motywację.

OK, to zadeklaruję: jeśli zdobędziemy mistrzostwo, przyjadę na trening na koniu!

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. FotoPyK / własne

KOMENTARZE (0)