Korona wróciła do korzeni i znów była zespołem
Weszło

Korona wróciła do korzeni i znów była zespołem

Zawodnicy Korony Kielce teoretycznie powinni teraz spuścić nosy na kwintę. Znów nie wygrali (to już siedem kolejek), mimo że przez 2/3 meczu grali w przewadze jednego zawodnika. Strefy spadkowej opuścić się nie udało. Na dodatek chodziło o starcie z Wisłą Kraków, z kibicowskiego punktu widzenia zawierające element ekstra. Na papierze ten sam casus, co dzień wcześniej u Jagiellonii, która w podobnym momencie zaczęła grać 11 na 10 i Legii nie pokonała. Widzimy jednak kilka znaczących różnic.

„Jaga” męczyła się niemiłosiernie, nie miała żadnego pomysłu, grała wolno i ślamazarnie, praktycznie nie stworzyła sytuacji. Korona zaczęła jeszcze gorzej, bo gdy już z boiska wyleciał Rafał Boguski, Wisła wywalczyła rzut karny. Mateusz Spychała zachował się jak typowy żółtodziób, w totalnie bezmyślny sposób wyciął Michała Maka, który świetnie przyjął dalekie podanie Vukana Savicevicia i od razu wyprzedził rywala. Był już przy linii końcowej, bardzo możliwe, że niewiele by wskórał, ale Spychała o tym nie myślał. Zapewne nie myślał wtedy w ogóle. Jedenastka bez dyskusji, pewnie wykorzystuje ją Paweł Brożek, goście prowadzą.

Ale tutaj przechodzimy do różnicy na plus względem Jagiellonii. Korona od pierwszego gwizdka sędziego prezentowała się jak za starych dobrych czasów. Jazda na dupach, maksymalne zaangażowanie, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Piłkarskiej jakości nie za dużo, ale też bez szukania kwadratowych jaj, żadnych zbędnych filozofii. Pokazała również trochę charakteru, stracony gol jej nie załamał. Z animuszem zaczęła drugą połowę i błyskawicznie wyrównała, gdy Erik Pacinda wykończył idealne dośrodkowanie Michala Gardawskiego.

Wisła może mówić o szczęściu, że nie przegrała. Michała Buchalika ratował słupek po strzale Mateja Pućki i poprzeczka, kiedy do dośrodkowania jednocześnie wyskoczyli Ivan Marquez i Adnan Kovacević. Bywało, że goście sami sobie pomagali, jak w sytuacji, w której Maciej Sadlok na najwyższym stopniu ryzyka wybijał piłkę spod nóg Marcina Cebuli, którego świetnym wyrzutem uruchomił debiutujący w kieleckich barwach Marek Kozioł.

Korona zatem wciąż bez zwycięstwa, za to z nadzieją na lepsze czasy. Pokazała sama sobie, że może być drużyną, że jest w stanie walczyć od pierwszej do ostatniej minuty, że jak na ekstraklasowe warunki potrafi prezentować przyzwoity futbol. No i chyba jednak piłkarzom mocno ulżyło w związku z odejściem Gino Lettieriego. Jeśli pójdą dzisiejszym tropem – bez względu na to, kto zostanie trenerem – ten sezon nie musi być dla nich stracony.

Wisła z przebiegu meczu musi ten punkt szanować i to tak z pocałowaniem ręki. O ile Spychałę przy karnym można jeszcze tłumaczyć brakiem obycia, o tyle Boguski faulując Cebulę na czerwoną kartkę wykazał się zaskakująco daleko idącą naiwnością. Wydaje się bowiem, że pomocnik gospodarzy czując cały czas na plecach oddech ścigającego go przeciwnika niekoniecznie zrobiłby swoje w pojedynku z Buchalikiem. Nie mówimy przecież o snajperze wyborowym. A tak jeden z weteranów mocno skomplikował sprawę swoim kolegom i ma za co przepraszać.

korona wisla krakow grafa meczowa

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

KOMENTARZE (2)