Cracovia też z genem pucharowego frajerstwa
Weszło

Cracovia też z genem pucharowego frajerstwa

Jest 18 lipca, nowy sezon Ekstraklasy jeszcze nie wystartował, a my już mamy za sobą dwa przerżnięte dwumecze w eliminacjach europejskich pucharów. Pięć meczów, zero zwycięstw. Żałość tym większa, że Cracovia odpadła tylko w trochę mniej frajerskich okolicznościach niż Piast Gliwice. Również miała rywala jak najbardziej w zasięgu, świetnie zaczęła i na własne życzenie tego nie utrzymała. 

Początek był wymarzony. Szybka kontra, Rafa Lopes dobrze przyjął piłkę po dalekim zagraniu Bojana Cecaricia i strzelił sprzed pola karnego. Wyglądało to na trochę kulane uderzenie, ale jednak było bardzo precyzyjne, a Martin Jedlicka raczej nie zrobił wszystkiego co mógł i wpadło. 1:0, mamy to!

Do końca pierwszej połowy „Pasy” raczej kontrolowały przebieg wydarzeń, nie licząc jednego uderzenia gości z dalszej odległości, po którym musiał się wysilić Michal Pesković. Za to podopieczni Michała Probierza powinni podwyższyć prowadzenie. Kilka razy przejmowali piłkę na połowie przeciwnika i raz po takim przechwycie sześciu (!) zawodników Cracovii znalazło się  w polu karnym gości! Jedlicka z trudem sparował jednak strzał Sergiu Hanki. To miało się zakończyć czymś znacznie konkretniejszym. Po chwili niecelnie z bliska próbował jeszcze Michał Helik.

Wszystko wyglądało ok, chwilami były nawet efektowne wymiany podań, ale przecież nasze klubowe drużyny są zainfekowane jakimś tajemniczym pucharowym frajerstwem, oznaczającym, że jeśli chwilowo jest dobrze, to zaraz będzie źle. Zawsze znajdzie się ktoś, kto coś odwali. Zawsze. Zaczęła się druga połowa i ten parszywy gen błyskawicznie dał o sobie znać. Pierwsza akcja Dunajskiej, wrzutka z lewej strony i kompletnie niepilnowanemu przez całą akcję Connorowi Ronanowi piłka idealnie siadła przy wbiegnięciu. Co robił człapiący Janusz Gol? Kogo krył Diego Ferraresso? Chętnie byśmy się dowiedzieli.

1:1, Cracovia zaczęła robić w gacie. Wicemistrzowie Słowacji do przerwy kompletnie nie mogli pograć po swojemu i chyba częściej tracili piłkę po bezmyślnych wykopach niż „Pasy”, a przecież techniczne i kombinacyjne granie to miał być atut Dunajskiej. Gdy jednak doszło do wyrównania, tylko Pesković utrzymywał swój zespół przy życiu. Krakowianie co najwyżej tworzyli trochę szumu w polu karnym rywala, goście zaś stwarzali sytuacje. Pesković ratował kolegom dupę po strzałach Erica Ramireza, Zsolta Kalmara i Marko Divkovicia. Szczególnie tą ostatnią interwencją nam zaimponował.

Można mówić, że Cracovia miała trochę pecha. Bo miała. Pelle van Amersfoort w drugiej połowie i w pierwszej części dogrywki trafiał w poprzeczkę. W dwumeczu łącznie obijał tę część bramki trzykrotnie. Kiedy Cracovia przegrywała, cisnęła ostro, mogło coś wpaść wcześniej niż już po 120. minucie. Ale jeśli popełnia się takie błędy jak Michał Helik, to takie gadanie nie ma sensu. Kop z półobrotu we własny ryj. Niedługo po rozpoczęciu dogrywki Helik zupełnie odleciał myślami, stracił piłkę przed polem karnym, a Pesković po uderzeniu Ramireza z czuba akurat jeden jedyny raz się nie popisał, jakoś się nie skoordynował z interwencją i przeleciało mu między nogami.

Wszystko, co działo się później, to już był łabędzi śpiew. Nie umiemy wygrywać meczów na styku z rywalami o podobnej klasie. Jak jest 50 na 50, decydują szczegóły, kwestie mentalne i tak dalej, przeważnie to druga strona choćby minimalnie bardziej się wykaże, nie kopnie się w czoło i bierze swoje. My jak te biedaki zostajemy z niczym, zaskoczeni i skonfundowani, bo rzecz jasna miało być inaczej.

Słowacy mogą śmiać się nam w twarz. W tamtym sezonie pogonili nas dwukrotnie, teraz po raz trzeci. Ligę mają dużo gorzej opakowaną, ale jak widać, czysto piłkarsko możemy czuć się gorsi. Smutne.

Cracovio, wracaj do szeregu. Skupiaj się na lidze. Przeanalizuj mecz. Wyciągaj wnioski. Powiedz sobie kilka męskich słów w szatni. W tym jesteśmy mistrzami świata.

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

KOMENTARZE (69)