Brazylia uratowała tę dekadę. Bez sensacji w finale Copa America
Weszło

Brazylia uratowała tę dekadę. Bez sensacji w finale Copa America

Brazylia po raz piąty organizowała Copa America i… po raz piąty je wtedy wygrała. Tegoroczny triumf może smakować wyjątkowo, bo oznacza on, że ta dekada nie zostanie zupełnie stracona dla seniorskiej kadry Canarinhos i będzie ona kojarzona z jakimś poważnym sukcesem, którego dotychczas brakowało. Rewelacyjne Peru i tak dokonało sztuki wchodząc do finału i jako pierwsze na tym turnieju strzelając gola Brazylijczykom. Przegrało jednak w pełni zasłużenie, co najlepiej podsumowuje fakt, że trzecią bramkę straciło grając w przewadze.

No właśnie, sędziowie. Leo Messi swoimi wyrazistymi jak nigdy opiniami po przegranym półfinale nałożył na arbitrów prowadzących finał gigantyczną presję. Mowa przecież była o korupcji i ustawianiu wszystkiego pod Brazylię. Co jak co, ale dziś panowie z gwizdkiem w żaden sposób gospodarzom nie pomogli, a wręcz mogli im lekko zaszkodzić.

Rzut karny dla Peru do kontrowersyjnych jeszcze nie należał. Thiago Silva zagrał piłkę ręką w taki sposób, że trudno mocniej dyskutować. Inna sprawa, że Roberto Tobar sprawiał wrażenie bardzo pewnego podjętej decyzji, a na sam koniec skorzystał jeszcze z VAR-u. Była to formalność, nic się nie zmieniło. Do siatki trafił weteran Paolo Guerrero, rozgrywający swój setny mecz w narodowych barwach.

Bardzo dyskusyjna była natomiast druga żółta kartka dla Gabriela Jesusa, do tego momentu walczącego o miano piłkarza meczu. Przy wyskoku mocno wszedł w rywala, nie używał jednak łokci, nie było w tym wielkiej brutalności. Ujmijmy to tak: gdyby chilijski sędzia nie pokazał kartki, na pewno byśmy do tego zdarzenia nie wracali. Wściekły Jesus nie mógł się pogodzić z wykluczeniem. Najpierw wyżywał się na obudowie VAR-u, później ryczał na schodach.

Zakładamy jednak, że teraz znajduje się już w zupełnie innym nastroju.

Jego udział w wygranym finale był bowiem gigantyczny. To on znakomicie asystował na 1:0, idealnie dośrodkowując do zupełnie opuszczonego przez obrońców Evertona, który zrobił swoje. Bramkę na 2:1 as Manchesteru City zdobył już osobiście, choć w tym przypadku chyba jeszcze większe brawa należą się jego kolegom. Firmino za pracę w defensywie i odbiór piłki na połowie przeciwnika, a Arthurowi za wyczekanie do końca i świetne podanie. Oba gole padały w bardzo ważnych momentach. Peruwiańczycy zdawali się zupełnie nie przejmować faktem, że na zakończenie rywalizacji w grupie dostali od Brazylijczyków 0:5. Zaczęli z animuszem i dopiero stracona bramka ich utemperowała. Kiedy natomiast Guerrero wyrównał, można było się nastawiać, że remis utrzyma się do przerwy, aż tu nagle padł drugi gol dla Kanarków.

Druga odsłona to już raczej kontrola boiskowych wydarzeń przez faworyta. Długo brakowało jednak kropki nad „i”. Gdyby Coutinho nie miał awersji do podań, a Firmino nie skiksował w bardzo dobrej sytuacji, byłoby znacznie spokojniej. A tak wykluczenie Jesusa zasiało ziarno wątpliwości, które zostało zdeptane dopiero po szalonym rajdzie Evertona, zakończonym kretyńskim faulem Zambrano. Kretyńskim, bo skrzydłowy (zapewne już niedługo) Gremio nie miał szans na dojście do piłki, znajdującej się w rękach Gallese. Sędzia ponownie po długim wyczekiwaniu skonsultował się z VAR-em i decyzję o karnym podtrzymał. Ciśnienie wytrzymał rezerwowy Richarlison i w praktyce było po wszystkim.

Brazylia po dwunastu latach – a po raz dziewiąty w historii – wygrała Copa America. Drużyna Tite rzadko porywa w typowo latynoskim stylu, ale potrafi być do bólu konsekwentna i została nagrodzona. A wszystko to bez leczącego 124. kontuzję Neymara.

Brazylia – Peru 3:1 (2:1)
1:0 – Everton 15′
1:1 – Guerrero 44′ karny
2:1 – Gabriel Jesus 45+3′
3:1 – Richarlison 90′ karny

Czerwona karta: Gabriel Jesus (70′ Brazylia, za dwie żółte).

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (6)