W podartych butach, po wyboistej drodze – Aston Villa wraca do Premier League
Anglia

W podartych butach, po wyboistej drodze – Aston Villa wraca do Premier League

Finał zeszłorocznych play-offów Championship niepocieszony John Terry zakończył w kompletnej rozsypce. Przegrał ostatni wielki mecz w swojej karierze. Łzy cieknące po policzkach Anglika to widok, który zawsze z mściwą satysfakcją przyjmuje wielu brytyjskich kibiców, nie znoszących Terry’ego za jego dawne grzechy i grzeszki. Wówczas Aston Villa poległa w starciu z Fulham i powrót do elity – za którym podążają prestiż i kosmiczne pieniądze (plus/minus 170 milionów funtów) – trzeba było odłożyć na później. Konkretnie – na wczoraj. The Villans tym razem zatriumfowali na Wembley, a Terry – już w roli członka sztabu szkoleniowego, nie stopera – mógł wznieść w górę zaciśnięte pięści i zagrać na nosie krytykom. Kosztem swojego starego druha, Franka Lamparda.

Dla Aston Villi miniony przed momentem, zakończony wytęsknionym sukcesem sezon był już trzecim z rzędu na poziomie Championship. Dziś, wobec awansu, wydaje się to nieprawdopodobne, ale jeszcze po piętnastu ligowych kolejkach ekipa z Villa Park znajdowała się na szesnastym miejscu w tabeli i wyglądało na to, że nie załapie się nawet do play-offów, już nie mówiąc o ewentualnym zwycięstwie w tychże. Sprawy miały się naprawdę krucho. Tymczasem wiosną sytuacja odwróciła się o 180 stopni i podopieczni Deana Smitha zanotowali nawet serię dziesięciu zwycięstw z rzędu. Grając ładnie, z polotem, wbrew stereotypom na temat zaplecza Premier League.

Screenshot_2019-05-28 2018–19 Aston Villa F C season - Wikipedia

Start sezonu 2018/19.

– Aston Villa to jedna z najfajniej grających drużyn w Championship – mówi Paweł Smoliński, analityk piłkarski i pasjonat angielskiej piłki. – Duet Jack Grealish – Tammy Abraham po prostu mnie urzeka, chyba najbardziej w całej lidze. Ten pierwszy chyba w końcu wskakuje na najwyższy poziom. W zeszłym sezonie podobne wrażenie robił w lidze James Maddison i, jak było widać, furorę zrobił także w Premier League. Zresztą – dziś typową piłkę „kick and rush” grają jedynie zespoły z dna tabeli. Typowe, taktyczne prostactwo to na przykład Rotherham United. Z lepszych zespołów pod taki styl można ewentualnie podpiąć Birmingham City, gdzie wszystkie piłki zgarnia nieśmiertelny Lukas Jutkiewicz. Choć nawet tej drużyny  nie można łatwo zaszufladkować. Aston Villa nie jest jakimś wyjątkiem na tle ligi – każda z drużyn uwikłanych w walkę o awans starała się operować piłką po ziemi, utrzymywać się przy niej.

Ładna gra ładną grą, lecz kłopotów i perturbacji było sporo. Ktoś powie: co tu się dziwić, takie uroki zaplecza Premier League. I rzeczywiście, będzie to celna uwaga, bo nie tylko Aston Villa przeżyła w trakcie jednego sezonu bolesny upadek i wspaniały wzlot. Niektóre kluby doświadczyły zresztą tego w odwrotnej kolejności, na swoje nieszczęście. Jednak historia drużyny z Birmingham, jeżeli przystroić ją w szerszy kontekst, jest wyjątkowa.

Spadek = upadek?

Poprzedni sezon był dla Aston Villi już 144. w dziejach klubu. Mówimy wszak o jednej z najstarszych, najbardziej zasłużonych angielskich drużyn piłkarskich. The Villans to klub, który swoje największe sukcesy odnosił jeszcze w XIX wieku, wielokrotnie zdobywając mistrzostwo kraju w epoce wiktoriańskiej. Potem już tak różowo to nie wyglądało, choć ekipa z Birmingham sięgnęła jeszcze po krajowy tytuł w 1910 i 1981 roku, a to drugie osiągnięcie poprawiła gratisowo sensacyjnym triumfem w Pucharze Europy. Droga do tamtego zwycięstwa była zresztą niesamowicie kręta i wyboista.

queen-victoria-2-1514478998

Gdyby królowa Wiktoria Hanowerska kibicowała Aston Villi, miałaby sporo powodów do świętowania. Swoją drogą – wielkim sympatykiem The Villans jest obecnie książę William.

Klub do sukcesów poprowadził charyzmatyczny manager, Ron Saunders. Jeden z tych złotoustych, bezczelnych angielskich bossów, których czas nieubłaganie przemija w realiach współczesnego – nazwijmy to – korporacyjnego futbolu.

Saunders najpierw wprowadził Aston Villę z powrotem do angielskiej ekstraklasy, by potem ustabilizować pozycję klubu w elicie i ostatecznie sięgnąć z nim po mistrzostwo Anglii, na które kibice z Villa Park czekali przeszło siedem dekad. Dorzucił też w międzyczasie do gabloty dwa Puchary Ligi Angielskiej. Przez cały mistrzowski sezon 1980/81 manager skorzystał z usług ledwie… czternastu piłkarzy, a przecież wówczas w First Division grało się aż 42 mecze w sezonie. Jednak Saunders był przekonany, że nie potrzeba mu więcej ludzi, żeby zakłócić dominację Liverpoolu na krajowym podwórku. I wyszło na jego. Zresztą – zawsze musiało wyjść na jego, nawet gdy akurat nie miał racji.

– Nazywają mnie „Mr 110%” – bo właśnie takiego zaangażowania wymagam od swoich zawodników i zachęcam kibiców, żeby okazywali nam dokładnie taki sam poziom wsparcia – charakteryzował swoje metody szkoleniowe sam Big Ron. Nie było u niego miejsca na zabawę z piłką. Zwracał szczególną uwagę na ustawienie zespołu, zwłaszcza po stracie futbolówki. Do sportu podchodził metodycznie, bez fantazji. – U mnie masz grać jak zawodowy piłkarz. Chcesz się cieszyć futbolem? Wypieprzaj pokopać sobie piłkę do parku – usłyszał kiedyś od swojego trenera Ken McNaught, były obrońca Aston Villi. Wymowne.

Krnąbrny charakter szkoleniowca sprawił, że po-mistrzowska sielanka w Birmingham dobiegła końca w mgnieniu oka. Polujący na podwójną koronę Saunders zamarzył sobie parę wzmocnień – chciał obronić tytuł w kraju i dorzucić do tego triumf na arenie europejskiej, a nie sposób grać na wielu frontach z ledwie czternastką wartościowych zawodników. Stawiał twarde warunki. Jednak w kieszeni właściciela klubu zasyczał wąż. Nie tylko nie wzmocniono składu, ale też podjęto próbę renegocjowania kontraktu samego managera na krótszy i mniej intratny. – Ron to świetny facet i doskonały fachowiec – zapewniał Ron Bendall, właściciel The Villans. – Za trzy lata chętnie podpiszemy z nim kolejną umowę. Lecz ja jestem biznesmenem i nie mam ochoty podpisywać kontraktów, które mogą być przedłużanie w nieskończoność. Piłka nożna przeżywa w naszym kraju poważną recesję, a ludzie, którym zależy na klubie muszą zdawać sobie sprawę z istnienia takiego terminu jak „zadłużenie”.

Saunders wpadł w furię. Uniósł się honorem i z hukiem opuścił klub po ośmiu latach kadencji. I to w momencie, gdy Aston Villa zakwalifikowała się już do ćwierćfinałów Pucharu Europy. Stery objął jego asystent, wieńcząc dzieło swojego niedawnego szefa. W finale najbardziej prestiżowych rozgrywek piłkarskich Starego Kontynentu angielska drużyna pokonała niespodziewanie Bayern Monachium. Kibice nie zapomnieli jednak właścicielowi, w jaki sposób obszedł się z klubową legendą. Napisali nawet okolicznościową piosenkę, która po angielsku się całkiem nieźle rymuje, a po przetłumaczeniu brzmi mniej więcej tak:

„Wygraliśmy ligę, wygraliśmy puchar, a teraz Ronnie Bendall wszystko nam spierdolił!”.

3E5D7FC200000578-4347212-image-a-45_1490387933970

Ron Saunders potrafił świętować.

– Jestem managerem, a nie jakimś urzędasem. Dowodzę drużyną, nie interesuje mnie papierkowa robota – awanturował się jeszcze potem targany rozgoryczeniem Saunders. – Odrzuciłem dwie oferty prowadzenia reprezentacji Anglii, żeby tu zostać. A oni pokazali, że we mnie nie wierzą. Na dodatek, ku rozpaczy fanów z Villa Park, manager podjął się wkrótce pracy w drużynie lokalnego rywala The Villans, czyli w Birmingham City. Choć to już temat na inną opowieść.

Jednak ta krótka historyjka spod szyldu „kiedyś to było” doskonale obrazuje, jak przewrotnie toczą się czasami futbolowe koleje losu. Na początku lat osiemdziesiątych Aston Villa miała niepowtarzalną okazję, żeby wymościć sobie wygodną pozycję wśród największych potęg brytyjskiego futbolu. Rozgościć się wśród nich na długie lata. Lecz jej właściciel bał się odważnych ruchów i wolał raczej zrezygnować ze współpracy z wybitnym, choć niełatwym w obyciu managerem, niż zapewnić mu odpowiedni komfort pracy, ryzykując przy tym finansowo. W efekcie klub pożegnał się z angielską ekstraklasą sześć lat po tym, jak znalazł się na piłkarskim Olimpie.

I na początku bieżącej dekady Aston Villę dopadły te same demony, co również zakończyło się degradacją.

Prepared, czyli gotowi… na najgorsze

Z perspektywy czasu może się wydawać, że wszystko co złe w najnowszych dziejach Aston Villi zaczęło się wraz z odejściem Martina O’Neilla. Choć ten błyskotliwy okularnik nie wzbogacił klubowej gabloty żadnym pucharem, trzeba mu oddać, że radził sobie na Villa Park naprawdę nieźle. Trzy razy z rzędu zajmował szóste miejsce w Premier League, którą w tamtym okresie (2006-2010) śmiało można było określać mianem najlepszej ligi świata. W sezonie 2008/2009 The Villans bardzo długo utrzymywali się nawet na podium. O’Neill otwarcie wtedy przyznał, że priorytetem jest utrzymanie wysokiego miejsca i kwalifikacja do Champions League. Możliwe, że palnął o kilka słów za dużo, ponieważ presja wyraźnie spętała nogi piłkarzy, którzy przez dziesięć kolejnych spotkań nie potrafili zwyciężyć.

Trofeów ostatecznie zabrakło, bramy Ligi Mistrzów pozostały zaryglowane na cztery spusty, ale świetna gra Garetha Barry’ego i Johna Carew, a także rozbłysk talentu Jamesa Milnera, Stewarta Downinga czy Ashleya Younga to bez wątpienia zasługa zdolnego menadżera. W Second City Derby – meczach przeciwko Birmingham City – The Villans zwyciężali za jego kadencji wręcz seryjnie. Cztery starcia, cztery triumfy, w tym sławne 5:1.

O’Neill powiedział „pas” w 2010 roku. Powodem miały być… a jakże, nieporozumienia w kwestiach finansowych, konkretnie chodziło o konstrukcję budżetu transferowego.

Trener nie krył rozżalenia: – Ogromnie podobał mi się czas spędzony w Aston Villi. To wielka boleść, kiedy opuszcza się tak wspaniały klub. Właściciel klubu, Randy Lerner, uspokajał, że obie strony rozstały się w nastrojach przyjacielskich, ale po prostu nie potrafiły wypracować wspólnej wizji rozwoju klubu. Tymczasem wkrótce właśnie ta „wizja” Lernera zaczęła być postrzegana jako przyczyna marazmu The Villans. Dawny obrońca klubu, Duńczyk Martin Laursen, nie szczędził gorzkich słów: – Żeby radzić sobie w Premier League, musisz zatrudniać porządnych piłkarzy. Lerner w sposób oczywisty ponosi pewną odpowiedzialność za to wszystko, bo nie dba o klub tak bardzo jak powinien, od kiedy postanowił go sprzedać.

14031138-0-image-a-53_1558996826146

Randy Lerner.

Amerykański multimiliarder zechciał znaleźć kupca na Villę jeszcze w 2014 roku, chociaż już równolegle z odejściem O’Neilla zaczął głosić takie zamiary, być może chcąc zaszantażować lekko atakujących go zajadle krytyków. Ci jednak niespecjalnie wzruszyli się groźbami. Stowarzyszenie Aston Villa Supporters Trust regularnie nękało go pytaniami o to, kiedy wreszcie odda ich ukochaną drużynę w ręce kogoś, kto naprawdę ma ochotę nią zarządzać i w nią inwestować. Nie przekonała ich filozofia właściciela, zakrawająca o rozdwojenie jaźni: – Jako biznesmen, staram się myśleć długofalowo. Ale jestem też kibicem mojego klubu, więc pożądam natychmiastowych sukcesów. Próbuję to połączyć. Angielski futbol jest na rozdrożu, liga stała się międzynarodowa. My budujemy lokalny biznes.

Aston Villa należała jeszcze wówczas do wąskiego grona siedmiu drużyn, które nigdy nie spadły z Premier League. Dzisiaj jest już tych drużyn sześć.

Zmartwychwstanie z turbulencjami

W sezonie 2015/16 Randy Lerner najadł się szaleju. Choć w drugiej połowie poprzednich rozgrywek zatrudniony w roli strażaka Tim Sherwood cudem uratował The Villans przed spadkiem, stracił robotę już w październiku 2015 roku. Spotkało się to z licznymi głosami oburzenia w środowisku, na takie potraktowani kolegi po fachu wściekł się między innymi Mauricio Pochettino. Przez parę dni drużynę poprowadził Kevin MacDonald, potem sprawy w swoje ręce wziął Francuz, Remi Garde. Ale opcja francuska też nie wypaliła, bo były szkoleniowiec Olympique Lyon wyleciał ze stołka w marcu. Pomimo początkowych zapewnień, że teraz to właśnie Garde ma być twarzą i filarem długofalowego projektu przebudowy zespołu.

Jeden sezon, czterech szkoleniowców. Zakończyło się to wszystko – rzecz jasna – absolutną katastrofą i degradacją. Ekipa z Birmingham wygrała zaledwie trzy mecze w lidze, kompromitując się na całej linii.

Właściciel całą winę za kataklizm wziął uczciwie na siebie, a podczas posezonowej konferencji prasowej ze wzruszeniem wspominał najwspanialsze chwile, jakie przeżył z klubem. Lecz nikt nie dał się nabrać na te ckliwe gadki. Wszyscy kibice Villi mieli już serdecznie dość Lernera i jego niekończących się podchodów pod znalezienie nowego inwestora. Zgodnie z hasłem zawartym w herbie klubu – „Prepared” – sympatycy The Villans gotowali się już na najgorsze, czyli postępujący upadek klubu. Wybawienie przyszło jednak niespodziewanie. Z Dalekiego Wschodu.

Latem 2016 roku Lerner – po dziesięciu latach od kupna drużyny – zdołał wreszcie znaleźć właściwego kontrahenta i sprzedał Aston Villę za 76 milionów funtów, oddając ją w ręce chińskiego biznesmena, Tony’ego Xia. Nowy właściciel klubu nie był z Anglią szczególnie mocno związany, stąd wielu mogło być zaskoczonych jego gwałtownie objawionym zamiłowaniem do futbolu i klubu z Birmingham. Xia to geniusz – rodzice ponoć posłali go do szkoły gdy miał ledwie cztery lata, fałszując jego dane, by uniknąć prawych konsekwencji takiego postępku. W wieku czternastu lat chłopiec zaczął studia na uniwersytecie w Pekinie, a wkrótce potem trafił na amerykański Uniwersytet Harvarda. W ramach wymiany studiował też w Anglii, na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Tony-Xia

Tony Xia w akcji.

Wtedy właśnie kumple zabrali go na mecz Aston Villi. Chińczykowi nie wystarczył jednak pamiątkowy szalik albo koszulka, która przypominałaby mu o tamtej przygodzie. Tak mu się spodobało na stadionie, że aż… kupił sobie cały klub piętnaście lat później. A kibice dostali to, czego chcieli: po degradacji z klubu czmychnęła oczywiście większość gwiazd, ale na ich miejsce pojawiło się szesnastu nowych zawodników, którzy kosztowali w sumie grubo ponad 50 milionów funtów. Wraz z początkiem sezonu drużynę objął też Roberto Di Matteo. Jakkolwiek spojrzeć, zwycięzca Ligi Mistrzów. Jednak jego przygoda szybko dobiegła końca z uwagi na żałosne rezultaty, a wtedy do akcji wkroczył Steve Bruce. Były manager Birmingham City, którego kibice The Villans nazywali kiedyś „tłustym, kartoflanym łbem”.

Xia – jak przystało na fachowca w dziedzinie nowych technologii – zapowiadał, że chce uczynić z klubu zespół nowej generacji, lidera przemian w świecie futbolu. Z Bruce’em na kierownicy… te plany brzmiały dość kontrowersyjnie. No i w pierwszym sezonie jego klub ugrzązł w środku tabeli, katastrofalnie rozpoczynając rozgrywki. Rok temu – Aston Villa poległa, choć dopiero w finale play-offów.

Im dalej zaś w las, tym bardziej w całej tej romantycznej historii coś zaczęło niepokojąco zgrzytać.

– Po dwóch latach, odkąd Dr Tony Xia objął klub, trzeba wreszcie znaleźć odpowiedź na fundamentalne pytanie: kim on właściwie jest? – pisał rok temu Johnny Phillips ze Sky Sports. – Znamy kilka szczegółów z jego życiorysu, ale niewiadomych jest jeszcze więcej. Wciąż trudno oszacować realną wartość jego majątku i prawdziwe intencje, jakimi kierował się przy zakupie klubu. Następnie dziennikarz przeanalizował najnowsze raporty finansowe z Chin, wedle których wszystkie biznesy, z którymi powiązany jest właściciel The Villans notują dramatyczne notowania. Straty tu, tam i jeszcze tam. – Chociaż ostatnie lata Randy’ego Lernera zwieńczył spadek, klubowe finanse znajdowały się w dobrej kondycji. Istniała szansa na zbudowanie podstaw solidnego klubu, z nowym stadionem i bazą treningową. Wygląda jednak na to, że nowy właściciel chce grać va banque i jak najszybciej wrócić do Premier League. Jest jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Jedyna nadzieja w tym, że mu się to uda.

Cóż – nie udało się. Fulham zwyciężyło na Wembley w finale play-offów z 2018 roku, John Terry się rozpłakał ku uciesze hejterów. Oparta w dużej mierze na doświadczonych zawodnikach ekipa, z niezatapialnym managerem u steru, nie sięgnęła po pełną pulę, choć momentami kręciła na zapleczu Premier League zdumiewające rezultaty. Zrobił się problem. Oczywiście finansowy.

Screenshot_2019-05-28 2017–18 Aston Villa F C season - Wikipedia(1)

Finisz sezonu 2017/18.

Okazało się, że właściciel ma olbrzymie kłopoty z uwolnieniem swojego majątku, zakleszczonego w chińskich inwestycjach i w efekcie staje się niemalże niewypłacalny. Do tego niezbyt roztropna polityka transferowa i kontraktowa sprowadziła na klub potężną burzę z piorunami. Okazało się, że Aston Villa lada moment może zniknąć z piłkarskiej mapy, a – rzekomo – rozkochany w klubie właściciel, który tak ochoczo walczył o dobre imię swojej drużyny w twitterowych wojenkach, ma związane ręce.

Wyszły na jaw mrożące krew w żyłach szczegóły – The Villans każdego miesiąca notowali straty finansowe w wysokości pięciu dużych baniek.

Powrót do elity w wytartych trampkach

Tony Xia musiał podzielić się swoim skarbem. Oddał pakiet kontrolny akcji (55%) w ręce Nassefa Sawirisa i Wesa Edensa. Ten pierwszy to egipski multimiliarder, według listy Forbesa – czwarty najbogatszy mieszkaniec Afryki. Edens zaś jest Amerykaninem – również obrzydliwie bogatym, co oczywiste. To wielki pasjonat sportu – poza udziałami w Aston Villi, ma też w swoim portfelu pakiet akcji Milwaukee Bucks (NBA) i FlyQuest (eSport). Według talkSPORT, jeżeli chodzi o listę najbogatszych właścicieli angielskich klubów, Villa plasuje się na trzeciej pozycji w rankingu.

Xia cały czas dokazuje w mediach społecznościowych, ogłaszając wszem i wobec swoją miłość do klubu, lecz jego wiadomości nie są już przyjmowane tak ciepło, jak jeszcze kilka lat temu. Fani nie mogą mu darować, że prawie wysadził w powietrze klubowy budżet swoją nieostrożną polityką i koniec końców, wyszedł na kompletnego gołodupca.

Choć z drugiej strony – jeszcze poprzedni właściciel był ostrożny aż do przesady i jemu także się obrywało. Trudno dogodzić kibicom z Villa Park.

Facade_of_the_Holte_End,_Villa_Park

Villa Park.

Nowi właściciele zapowiedzieli potężne inwestycje w klub, na czele z jego infrastrukturą. Zaczęli od 70 milionów funtów, które – wpompowane na samym starcie działalności – pozwoliły uratować Villę przed bankructwem. Awans do Premier League i wiążący się z nim zastrzyk gotówki to idealny sposób, żeby rozpocząć nowy rozdział w dziejach klubu. Ku uciesze księcia Williama, Toma Hanksa, Ozzy’ego Osbourne’a i Davida Camerona. Całkiem niezła kibicowska ekipa.

Jako się rzekło – początek sezonu nie zwiastował sukcesu.

Drużyna pod wodzą Bruce’a zaczęła rozgrywki marnie i wkrótce doświadczony manager ustąpił miejsca Deanowi Smithowi, który z wspomnianym Johnem Terrym stworzył kapitalny duet trener-asystent. Legendarny obrońca Chelsea to inspirująca postać dla młodszych kolegów. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że grałem z nim w jednej drużynie. Gdy dowiedziałem się, że go mamy, budziłem się każdego dnia uśmiechnięty – opowiadał Jack Grealish, wychowanek i gwiazda The Villans. – Uwielbiam to, jak bardzo mu na wszystkim zależy. Dopóki go nie spotkałem, nie wierzyłem w to. Uczestniczyć z nim w treningach to jak zdjąć gwiazdkę z nieba.

Sam Terry za wszelką cenę chciał puścić w zapomnienie ubiegłoroczną porażkę, jaką poniósł jeszcze w roli piłkarza. – Pewnego dnia chcę odwrócić się za siebie, spojrzeć w przeszłość i poczuć dumę z naszego awansu – mówił Anglik przed sezonem. – Musimy tego dokonać. To moja aspiracja. Chcę to kiedyś wspominać jako także i mój sukces. Musimy przywrócić klub tam, gdzie jego miejsce.

Tym razem nie było mowy o żadnych transferowych szaleństwach. The Villans przystąpili do rozgrywek skromnie, ostrożnie. Zwycięski finał play-offów to bardziej miła niespodzianka niż wyczekiwany rezultat.

Duży w tym sukces samego managera, Deana Smitha. Pod jego wodzą na całego eksplodowały talenty Tammy’ego Abrahama i Jacka Grealisha. Co ciekawe, ten drugi w finale przeciwko Derby County zagrał w kompletnie zdewastowanym obuwiu. Młody gwiazdor twierdzi, że ten komplet butów przynosi mu szczęście. – Były zupełnie nowe, kiedy wracałem po kontuzji. Strzeliłem w nich kilka goli i zaliczyłem kilka asyst. Wtedy stwierdziłem, że to moje szczęśliwe buty i musiałem je zatrzymać – opowiadał szczęśliwy Grealish w pomeczowym wywiadzie.

ZJ-k9kpTURBXy9mYzVmYTAxMTlkZGExZjI5ZmMxZTJlMzI0Zjc0NWM2YS5qcGeSlQLNAxQAwsOVAgDNAvjCw4GhMAE

Szczęśliwe bute Grealisha.

Trzeba przyznać, że moc obuwia 23-latka działa, bo Aston Villa zasłużyła na zwycięstwo przeciwko Derby County. Choć po meczu można było się lekko skonfundować, obserwując kipiącego z euforii Johna Terry’ego i podłamanego Franka Lamparda. Dwóch przyjaciół z boiska, teraz po przeciwnych stronach barykady.

Po końcowym gwizdku nie brakowało szumnych zapowiedzi i wzruszeń. Trener Smith opowiadał o odwiedzinach u swojego ojca, cierpiącego na demencję: – Wpadłem do mojego staruszka w piątek przed meczem i udało mu się utrzymać go z otwartymi oczami przez dwie minuty. Powiedziałem: „gdy następnym razem cię odwiedzę, będę managerem z Premier League”. Uśmiechnął się i przytaknął Mam nadzieję, że cokolwiek zrozumiał. Demencja to okropna choroba. Ale jego reakcja mi wystarczyła.

– Premier League to właściwe miejsce dla Aston Villi – dodał manager. – Historia, kibice, rola klubu w mieście – wierzę, że to po prostu jest elitarna drużyna w Anglii i nie mówię tego tylko z perspektywy jej trenera i kibica. Dokonaliśmy wiele, żeby awansować. Kilka razy upadliśmy. Ostatni sezon był bardzo, bardzo trudny. Każdy, kto doświadczył porażki na Wembley z Fulham, ten bardzo mocno to przeżył. W tym momencie muszę też podziękować mojemu przeciwnikowi. Gole w finale strzelili El Ghazi i McGinn. To on ich tu ściągnął, oddajmy mu to. Teraz musimy kontynuować pracę. Potencjał – z takimi właścicielami – jest olbrzymi.

Ile wyjdzie z tych szumnych zapowiedzi? Trudno powiedzieć. Zdarzało się, że drużyny robiące znacznie lepsze wrażenie na zapleczu niż Aston Villa później w Premier League zbierały bęcki od prawie każdego rywala. Z drugiej strony – nowi właściciele klubu odgrażają się, że chcą uczynić Aston Villę najpotężniejszym zespołem na świecie.

Kibice zdają się w to wierzyć. Alexander Carson z SB Nation pisze:

„Dwanaście miesięcy temu, Villa była w potrzasku. Osiem lat temu była klubem, który porzucił nadzieje na bycie w ligowym topie. Teraz jest idealny moment na powrót do Premier League. Stabilna grupa właścicieli. Chętni do inwestowania, o wielkich ambicjach. Nie zainteresuje ich natychmiastowy powrót na zaplecze. Managerem jest kibic Villi, który okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nasz największy talent jakimś cudem wciąż tu jest, ma 23 lata i jest gotowy, by zostać kapitanem zespołu w Premier League. Jest wart miliony funtów, a my nie musimy go sprzedać.

May 27, 2019 - London, United Kingdom - Mile Jedinak and John Terry of Aston Villa celebrate during the Sky Bet Championship match at Wembley Stadium, London. Picture date: 27th May 2019. Picture credit should read: James Wilson/Sportimage(Credit Image: © James Wilson/CSM via ZUMA Wire) FOT. ZUMA/NEWSPIX.PL POLAND ONLY! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Czy w składzie są dziury? Absolutnie. Trzeba będzie wykonać latem sporo roboty, żeby pchnąć klub do przodu. Awans sam sobie nie powinien być dla nikogo celem. Są finanse, są liderzy, są utalentowani zawodnicy. Można mierzyć wyżej. Dzisiaj możemy sobie tylko wyobrażać nasz powrót do Premier League. Być może jutro zaczniemy marzyć o powrocie europejskich pucharów na Villa Park? Znów mamy przed sobą jasną przyszłość”.

Brzmi to pięknie, czyż nie?

Na razie jednak – proza życia. Tuż po awansie trzeba zapłacić 30 milionów poprzedniemu właścicielowi. Randy Lerner zagwarantował sobie tę kasę, oddając klub przed laty. I to chyba największa obawa dla kibiców The Villans – żeby kolejne właścicielsko-organizacyjne kłopoty i niesnaski nie popchnęły klubu z powrotem tam, skąd tak wielkim wysiłkiem i tak dużym kosztem udało się ekipie z Birmingham wydostać.

MK

fot. newspix.pl

KOMENTARZE (3)