Diamentowa Liga wystartowała. Polacy na razie na drugim planie
Inne sporty

Diamentowa Liga wystartowała. Polacy na razie na drugim planie

Piątka Polaków reprezentowała nas w pierwszym mityngu z cyklu Diamentowej Ligi w tym sezonie. Żaden z nich nie podbił jednak stolicy Kataru, a dziesięć tysięcy dolarów za zwycięstwa zgarniali lekkoatleci z innych państw. Na poziom nie mogliśmy jednak narzekać, bo ten był naprawdę solidny. A to przecież dopiero początek sezonu.

Zresztą sam mityng rozpoczął się najlepiej, jak tylko mógł. Na 400 metrów przez płotki Dalilah Muhammad wybiegała nie tylko najlepszy czas w tym roku (takich w Dosze padło dziś dużo, co akurat dziwić nie może), ale i rekord mityngu. A to już spore osiągnięcie. Nas jednak bardziej interesowało to, jak zaprezentują się Piotr Małachowski, Piotr Lisek, Adam Kszczot, Michał Haratyk i Konrad Bukowiecki. Czyli nasza eksportowa piątka, która poleciała do Kataru.

Ujmując to krótko: szału nie było, kapeluszy nie uchyliliśmy, staniki nie latały. Z drugiej strony jednak oni wszyscy szykują się zapewne na mistrzostwa świata, więc słabsze wyniki przesadnie dziwić nie mogą. Tym bardziej, że w tym roku kalendarz imprez jest skonstruowany dziwnie. Docelowa impreza będzie miała miejsce nie w sierpniu, jak to zwykle bywa, a dopiero na przełomie września i października. Czyli w takim okresie, gdy normalnie wszyscy zwijaliby manatki i jechali na zasłużone wakacje.

Stąd trzeba było przemyśleć model przygotowań i startów. Zrobił to między innymi Adam Kszczot, który kompletnie odpuścił sezon halowy, a skupił się za to na treningach. Efekty? Na razie ledwo widoczne, ale jak się dokładniej przyjrzeć, to da się je dostrzec. Bo już w swoim pierwszym starcie na 800 metrów Polak wykręcił czas poniżej minimum kwalifikacyjnego na MŚ (co dało mu siódme miejsce). Został tym samym szóstym lekkoatletą z naszego kraju, któremu ta sztuka się udała – po chodziarzach i biegającej maratony Karolinie Nadolskiej. Ta ostatnia jednak na mistrzostwach nie planuje się pojawić. Od razu uspokajamy: Kszczot na pewno do Kataru wróci by walczyć o medal.

Siódme minimum, niedługo później, wywalczył Michał Haratyk. I to nie tylko na mistrzostwa świata, bo w swojej czwartej próbie pchnął kulą 21 metrów i 18 centymetrów, co oznacza, że już może być pewien startu na igrzyskach w Tokio. Wynik sam w sobie genialny jednak nie był i dał mu piąte miejsce. Trzy lokaty niżej uplasował się Konrad Bukowiecki, który spalił aż cztery próby. Rządził – zgodnie z przewidywaniami – Ryan Crouser z odległością 22,13 m.

Swojego bohatera miał też dzisiaj rzut dyskiem. Został nim Daniel Stahl, który w najkrótszym(!) rzucie osiągnął 69,50 m. Najdłuższy? O metr i sześć centymetrów dalej. To nie tylko najlepszy wynik na świecie w tym roku, nie tylko rekord mityngu, ale i rekord całej Diamentowej Ligi, w której do tej pory nigdy nie przekroczono granicy 70 metrów. A Stahl zrobił to dziś trzykrotnie! Tym samym wymazał z kart historii rekord… Piotra Małachowskiego. A skoro o Polaku mowa, to napiszemy krótko: nie rzucał źle, ale daleko mu do takich wyników. W najlepszej próbie osiągnął 64,45 m i zajął szóste miejsce. A nie był to konkurs, o którym powiedzielibyśmy, że jest „znakomicie obsadzony”.

Zresztą podobnie jak konkurs skoku o tyczce, w którym Piotr Lisek zajął czwarte miejsce. Polak nie przeskoczył wysokości 5,61 m i wyraźnie było widać, że to „jeszcze nie to”. Biegł stosunkowo wolno, brakowało tej dynamiki i, jak ujęli to komentatorzy, dało się dostrzec, że Piotrek jest jeszcze „w treningu”. Efekty powinny przyjść z czasem, a kiedy już się to stanie, będziemy mogli oczekiwać rekordów i zwycięstw. W znakomitej formie już teraz był za to Sam Kendricks, który bez większego trudu przeskoczył tyczkę zawieszoną na wysokości 5,80 m i wygrał cały konkurs.

I tu w teorii moglibyśmy zakończyć tę relację. Bo reszta konkurencji przebiegła dla nas bez większych emocji, bo i zwykle dominowali konkretni zawodnicy. Weźmy 1500 metrów mężczyzn, gdzie pierwsze siedem miejsc zajęli wyłącznie Kenijczycy. Wielkie napięcie towarzyszyło jednak innemu biegowi – na 800 metrów kobiet. Czemu? Bo na liście startowej znalazło się nazwisko Caster Semenyi. Dodajmy, że wpisana została na nią dopiero wczoraj. Powód oczywisty: odrzucenie jej apelacji i nakaz zbicia poziomu testosteronu, który jednak… wchodzi do życia dopiero 8 maja. Dziś więc biegaczka z RPA mogła jeszcze wystartować na swoich warunkach.

I, tradycyjnie, rywalki zostawiła daleko w tyle. Przybiegła z czasem 1:54,98. To nie tylko rekord tego sezonu, ale i całego mityngu, a przy okazji jeden z najlepszych czasów w historii tej konkurencji. Nie okazała jednak przesadnej radości, a potem – już w strefie dla mediów – na pytanie dziennikarza, czy zastosuje się do decyzji i nakazu CAS, odpowiedziała wprost: „Hell no”. A tego chyba nie musimy tłumaczyć.

Jeśli więc możemy coś napisać przed kolejnymi imprezami z cyklu Diamentowej Ligi, to to, że z pewnością towarzyszyć będą im wielkie emocje. Nie tylko te dotyczące samej rywalizacji.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (1)