Rocky z Warszawy obiecuje: będzie wojna, jakiej Filadelfia nie widziała
Inne sporty

Rocky z Warszawy obiecuje: będzie wojna, jakiej Filadelfia nie widziała

Maciej Sulęcki (27-1, 11 KO) to pięściarz pracujący, który żadnych wyzwań się nie boi. Od wielu miesięcy głośno domagał się dużej walki i wreszcie ją dostał. W nocy z piątku na sobotę w Filadelfii zmierzy się z miejscowym Gabrielem Rosado (24-11-1, 14 KO) – zawodnikiem dużo lepszym niż zdaje się to sugerować bilans jego walk. Jeśli Polak wygra, to wszystko wskazuje na to, że w kolejnym występie powalczy o wymarzony tytuł mistrza świata.

Ostatnie miesiące przyniosły długo oczekiwany przełom w karierze Sulęckiego, choć jego historia jest pod wieloma względami słodko-gorzka. Przez pierwsze lata kariery pokonywał wyraźnie wszystkich rywali podstawionych mu pod nos, ale rzadko kiedy wygrywał przed czasem. Na poważnie zaczęło się wymieniać jego nazwisko w kontekście większych rzeczy po efektownej wygranej z Grzegorzem Proksą (28-3) na gali Polsat Boxing Night w 2014 roku.

Przed pojedynkiem faworytem w oczach większości ekspertów był bardziej doświadczony przeciwnik. To była nie tylko rywalizacja młodości z doświadczeniem, ale także dwóch najbardziej utytułowanych trenerów zawodowego boksu w Polsce – Andrzeja Gmitruka i Fiodora Łapina. „Proksa podnosił się po ciosach Gołowkina, a po dwóch prawych Maćka pozostał na macie” – triumfował po wszystkim ten pierwszy.

Po tym zwycięstwie współpraca na linii Gmitruk – Sulęcki została jednak zawieszona. Pięściarz przeniósł się do USA, gdzie przez wiele miesięcy wykonywał kolejne postępy pod okiem Chico Rivasa. Nie kręcił nosem i nie narzekał – brał każdego rywala podsuniętego mu pod nos. Najlepszym okazał się Hugo Centeno (24-0), którego Polak w imponującym stylu znokautował w dziesiątej rundzie dosyć jednostronnego pojedynku.

To powinien być przełomowy moment, ale znowu tak nie było. Taki scenariusz powracał w karierze Sulęckiego tak często, że zdążył się do niego przyzwyczaić. Po wygranej z Centeno pauzował przez blisko rok. Wrócił dwiema walkami w Polsce… w niższej kategorii wagowej. Pięściarz, który przez całą karierą był zawieszony między wagą średnią (72,5 kg) i superśrednią (76,2 kg) potrafił zrzucić wagę poniżej granicy 70 kilogramów. Motywowała go pogoń za sportowymi wyzwaniami, które w niższym limicie wydawały się w tamtej chwili po prostu bardziej realne.

Po drodze pojawiały się jednak zgrzyty. W czerwcu 2017 roku Sulęcki publicznie zgłosił zastrzeżenia do pracy swoich promotorów. „Zasługuję na duże walki za duże pieniądze. Czekam na ruchy promotorów. Szkoda mi zdrowia na walki z frajerami” – napisał w mediach społecznościowych dwa dni po efektownym nokaucie nad Damianem Ezequielem Bonellim (23-1). Takie historie zdarzały mu się zresztą częściej.

Wyzwanie pojawiło się niemal z miejsca – „Striczu” wrócił do USA na walkę z Jackiem Culcayem (22-2), byłym tymczasowym mistrzem świata federacji WBA w kategorii junior średniej. To miał być prawdziwy test możliwości Polaka w niższej wadze i rzeczywiście tak było. Pojedynek miał dramatyczny przebieg – Sulęcki przez moment zdawał się być na skraju porażki przed czasem, ale przetrwał kryzys i finiszował w dobrym stylu. Po dziesięciu rundach sędziowie punktowali jednogłośnie na jego korzyść.

Eddie Hearn zaciera ręce

Walka o mistrzowski tytuł w kategorii junior średniej była praktycznie na wyciągnięcie ręki, ale w bokserskim biznesie często dochodzi do rzeczy, które nie mają wiele wspólnego ze sportową logiką. Na początku 2018 roku pojawiła się oferta od Daniela Jacobsa (33-2), jednego z najwyżej notowanych pięściarzy kategorii średniej. Sulęcki wrócił do swojej starej wagi i wystąpił w walce wieczoru na dużej gali transmitowanej w USA przez stację HBO.

„Nienawidzę łatwych zadań. Poszedłem w najciemniejszą stronę i wybrałem najcięższą możliwą walkę. Jak chcesz być najlepszy, to musisz walczyć z najcięższymi. Jacobs to kapitalny fighter, od lat będący na szczycie i walczący na największych galach. Powiedziałem sobie, że jak spadać to z wysokiego konia, ale ja tego spadku nie zakładam – idę po zwycięstwo. Wchodzę tam tylko po to, żeby wygrać. Jak ktoś mówi: „Maciek, jedź zrobić dobrą walkę”, to się śmieję! Nie jadę robić dobrej walki tylko wygrać” – tak argumentował swój wybór Sulęcki w audycji „Ciosek na wątrobę” w Weszlo.fm.

Do tamtego pojedynku przygotował się już pod okiem Andrzeja Gmitruka, z którym w 2015 roku rozstał się w burzliwych okolicznościach. W tym wypadku również okazało się, że czas leczy rany, a utytułowany trener nie mógł się nachwalić swojego podopiecznego i wróżył mu świetlaną przyszłość. W walce z Culcayem w narożniku „Stricza” stał jeszcze Paweł Kłak, ale sam zawodnik mimo zwycięstwa uznał, że potrzebuje czegoś nowego.

Z Jacobsem Polak pokazał się z bardzo dobrej strony, ale w dwunastej rundzie znalazł się na deskach. To przypieczętowało wygraną gospodarza i sprawiło, że spełnił się najgorszy dla Sulęckiego scenariusz – zgodnie z obawami dał świetną walkę, ale jednak ją przegrał. Mimo wszystko wpadł w oko Eddiemu Hearnowi, promotorowi Jacobsa, który dziś rozkręca bokserską ofertę streamingowej platformy DAZN. Walczą na niej wszyscy trzej mistrzowie świata – Saul „Canelo” Alvarez (51-1-2, 35 KO), Demetrius Andrade (27-0, 17 KO) i właśnie Daniel Jacobs (35-2, 29 KO).

sul2

Piątkowy pojedynek z Gabrielem Rosado (transmisja około godziny 2:00 w TVP Sport i TVP 1) będzie miał wyjątkowe znaczenie. Hearn kilkukrotnie potwierdził, że zwycięzca tej walki w czerwcu zmierzy się w walce o mistrzowski tytuł z Andrade. W przypadku zwycięstwa Sulęckiego zrobienie takiej walki będzie wyjątkowo proste, bo Polak już wcześniej podpisał kontrakt na trzy walki z brytyjskim promotorem. W skomplikowanej bokserskiej układance może się to okazać naprawdę kluczowe.

„Oznacza to w skrócie tyle, że organizując walkę Maćka o pas z Andrade promotor będzie ubezpieczony na każdą ewentualność i nawet w przypadku porażki mistrza zyska wpływ na kolejną walkę nowego czempiona. Hearn nie straci więc na żadnym rozstrzygnięciu, ale najpierw trzeba wygrać z Rosado. Maciek Sulęcki już jest wysoko w rankingach, a walką z Jacobsem wyrobił sobie nazwisko w USA” – tłumaczy Andrzej Wasilewski, promotor Polaka.

Wojna jakiej Filadelfia nie widziała?

Patrząc na bilans piątkowego rywala łatwo go zlekceważyć, ale Amerykanin to kawał wojownika, który często miewał pecha do werdyktów w wyrównanych walkach. Nie brak ludzi ze świata boksu, którzy widzieli jego wygraną w ostatnich starciach z Martinem Murrayem (34-4-1) i Luisem Ariasem (18-1-1). Za Rosado nie stoi jednak żaden potężny promotor. To pięściarz reprezentujący kompletnie niedzisiejsze podejście. W jego filozofii – podobnie jak u Sulęckiego – nie ma kalkulacji. Jeśli pojawiają się oferty walk z czołowymi zawodnikami, to trzeba je brać.

W 2013 roku cały pięściarski świat drżał przed Giennadijem Gołowkinem (24-0). Postrach z Kazachstanu nie mógł znaleźć partnera do tańca w kategorii średniej, ale Rosado dla tej walki poszedł do wyższej kategorii wagowej. Zebrał tęgie lanie, ale ani razu nie był liczony. Podobnie było w pojedynkach z Davidem Lemieux (32-2) i Peterem Quillinem (29-0). W obu przypadkach Amerykanin pokazywał przebłyski wysokiej klasy, ale przegrywał przez rozcięcia, do których od lat ma ogromnego pecha.

„Rosado to bardzo solidny i ciekawy zawodnik. Rzadko zdarza się w boksie, by pięściarz miał tyle porażek i wciąż liczył się w poważnej grze. Jeśli wziąć jego bilans pod lupę to widać, że przegrywał tylko z tymi najlepszymi. Kilka razy miał też pecha do decyzji sędziowskich, które powinny pójść na jego korzyść. Chciałbym widzieć w Maćku faworyta tego pojedynku, ale to może być bardzo trudna walka z rywalem, który nie będzie miał nic do stracenia”  – tłumaczy Andrzej Wasilewski.

Pod względem czysto bokserskim Sulęcki jest dużo lepszym zawodnikiem, ale Rosado może być wyjątkowo groźny zwłaszcza w pierwszych rundach. To wojownik, który dąży do konfrontacji i szuka walki w półdystansie. Jeśli Polak poradzi sobie z inicjatywą rywala w pierwszych minutach, to pojedynek stopniowo powinien zacząć się obracać na jego korzyść. Wygrana przed czasem byłaby wymownym sygnałem dla czołówki kategorii średniej.

„On chce wojny, ja chcę wojny, to kibice dostaną bitkę, jakiej Filadelfia jeszcze nie widziała. Nie znam go i nie mogę powiedzieć, że go nie lubię. Po prostu wyjdę, zrobię swoje i w nagrodę dostanę walkę o wymarzony pas mistrza świata” – zapowiadał w środę pewny siebie „Striczu w rozmowie z TVP Sport.

Skoro walka odbędzie się w Filadelfii, to nie mogło zabraknąć nawiązania do Rocky’ego. Rosado jest fanem filmowej serii – w 2015 roku wystąpił nawet w pierwszej części „Creeda” jako jeden z rywali tytułowego bohatera. Sulęcki podczas pobytu w Filadelfii skorzystał z okazji i zrobił sobie zdjęcie na słynnych schodach. „W piątek górą będzie Rocky z Warszawy” – zaznaczył.

W sytuacji Polaka nie wszystko przebiegało jednak zgodnie z planem. Tragiczna śmierć Andrzeja Gmitruka w listopadzie 2018 roku sprawiła, że z dnia na dzień stracił trenera, który miał wobec niego wielkie plany. Większość podopiecznych utytułowanego szkoleniowca potrzebowała czasu na odnalezienie się w nowych realiach, ale nie Sulęcki. Już po kilkunastu dniach ogłosił, że w jego narożniku będzie stał Piotr Wilczewski i konsekwentnie trzyma się tej decyzji.

„Piotrek zawsze był solidny i charakterny jako pięściarz. Może nie miał wielkich sukcesów trenerskich, ale z nimi też jest tak, że trzeba trafić na właściwego zawodnika i odpowiednie okoliczności. Jest tytanem pracy i jestem przekonany, że będzie potrafił okiełznać Maćka. On nie potrzebuje trenera, który musi go już jakoś mocno nastawiać” – analizuje Andrzej Wasilewski.

Rosado wydaje się być idealnym rywalem na ten moment kariery Polaka. Walka z nim odpowie na wiele pytań, ale Sulęcki musi radzić sobie z takimi rywalami jeśli myśli o nawiązaniu walki z elitą. Style obu pięściarzy powinny jednak stworzyć intrygującą mieszankę, która może zaowocować kilkoma emocjonującymi momentami. Zwycięstwo sprawi, że „Striczu” zasiądzie przy jednym stoliku z największymi – Alvarezem, Gołowkinem, Jacobsem i Andrade.

„Od pewnego czasu staramy się optymalizować nasze zasoby, które są dość skromne. Mamy tak naprawdę kilku bokserów na krzyż na tym najwyższym poziomie, dlatego trzeba robić wszystko, by nie przespać żadnej okazji. To nam się udaje – jesteśmy na każdym koniu, który właśnie rusza. Jesteśmy z DAZN, współpracujemy z Alem Haymonem i projektem Premier Boxing Champions, ale też z Richardem Schaeferem, który też nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mamy swoich zawodników w turnieju robionym przez braci Sauerland. Naprawdę można się dogadać z każdym – trzeba tylko chcieć. To wszystko w pewnym sensie kwestia dyplomacji. Wchodząc do jednej rodziny nie wolno palić za sobą mostów w innej” – tłumaczy Andrzej Wasilewski.

Boks jest w okresie gruntownych przemian, a obowiązujący od lat model Pay-Per-View powoli się wyczerpuje. Z końcem 2018 roku z boksem pożegnała się po 40 latach stacja HBO, a jej główny rywal Showtime trzy razy ogląda każdego wydanego dolara. Życie nie znosi jednak próżni, a wejście do gry platformy DAZN przyniosło rewolucję. Za „sportowym Netfliksem” stoją ludzie o bardzo głębokich kieszeniach, którzy stopniowo przyciągają do siebie największe nazwiska świata boksu. Choć długo to trwało, to Maciej Sulęcki wreszcie znalazł się w centrum wydarzeń i ma prostą drogę do wymarzonej walki o tytuł i milionowych wypłat. Najpierw trzeba jednak pokonać Gabriela Rosado – tylko i aż…

KACPER BARTOSIAK

Foto: newspix.pl

KOMENTARZE (0)