Z Płocka chcę trafić do reprezentacji Australii
Weszło

Z Płocka chcę trafić do reprezentacji Australii

Australian Open, Igrzyska w Sydney, kangury, bumerangi, pająki i inne stwory. Australia może się nam kojarzyć z wieloma rzeczami, tylko nie z dobrymi piłkarzami trafiającymi do ekstraklasy, bo z tamtego rejonu świata widzieliśmy jedynie graczy słabych czy przeciętnych. Jake McGing z Wisły Płock jest kolejnym Australijczykiem, który będzie chciał tę serię przerwać.

Wcześniej było ich u nas trzech: Michael Thwaite, Jacob Burns i Labinot Haliti. Dwóch pierwszych ściągała Wisła Kraków za kadencji Dana Petrescu. Z Thwaitem wiązała się ciężka historia jego pozyskania, bo według Wisły jego kontrakt z Nationalem Bukareszt kończył się latem 2006 roku, a według Nationalu latem 2007. Trzeba było się więc kłócić o piłkarza w FIFA i ostatecznie Wisła tę sprawę wygrała, ale… nie było warto. Petrescu został zwolniony, a następcy w osobach Okuki, Nawałki, Moskala i Skorży nie bardzo widzieli go w składzie. Grał nawet w czwartoligowych rezerwach. – Jeszcze dwa miesiące temu grałem przeciw Urugwajowi na wypełnionym 65 tysiącami stadionie. Wiesz, piękny stadion w Sydney, w drużynie przeciwnej Alvaro Recoba i te sprawy. A teraz przeszedłem twarde lądowanie. Tydzień temu musiałem biegać po czwartoligowym polskim boisku, na którym przed meczem pasły się pewnie krowy. Takie było nierówne. Wiem, przez udział w Asia Cup opuściłem przygotowania do sezonu, a na dodatek w turnieju siedziałem na ławce. Dlatego muszę się uzbroić w cierpliwość, jak najlepiej trenować i na każdym kroku pokazywać, że jestem profesjonalistą – mówił piłkarz. I choć profesjonalizm pokazywał, to przeniósł się do norweskiego Brann, gdzie też miejsca nie zagrzał długo i wrócił do ojczyzny.

Z Burnsem można było wiązać większe nadzieje, skoro miał sześć meczów w Premier League na koncie i z 10 razy tyle w League One – odpowiednio w barwach Leeds oraz Barnsley. I rzeczywiście, Burns strzelił nawet dwa gole Lechowi w Pucharze Ekstraklasy. Przyszedł jednak Skorża i nie widział go w składzie. Choć Burns walczył. Skorża mówił: – Postanowił zostać i pokazać mi, że się mylę. Być może tak jest. Ja absolutnie się na niego o to nie obrażam, ani go nie skreślam. Jeżeli chce zostać i walczyć, niech to robi, niech mi pokazuje, że zasługuje na grę. Na razie jednak będzie miał problem z tym, żeby do 18-tki się zmieścić, także w kontekście tego, że jeszcze w tym oknie transferowym chcielibyśmy pozyskać jednego środkowego pomocnika i dlatego też proponowałem mu odejście. Australijczyk walczył pół roku, w lutym 2008 rozwiązał umowę za porozumieniem stron. Przeszedł do Unirey Urziceni, gdzie trenerem był oczywiście Petrescu. Po blisko 500 minutowym wkładzie w mistrzostwo wrócił do Australii.

KURS NA WYGRANĄ WISŁY PŁOCK Z POGONIĄ? 2,75 W ETOTO

Labinot Haliti z kolei nie urodził się w Australii, tylko wyemigrował tam w wieku 14 lat. Jego historia w ŁKS-ie jest krótka. Przez pierwszą rundę leczył kontuzję, w kolejnym sezonie grał już częściej, ale ŁKS nie dostał licencji na kolejny sezon. Nie mógł więc Haliti błyszczeć, bo żaden klub z ekstraklasy go nie ściągnął i Haliti poleciał do Australii. Od sezonu 16/17 nie może znaleźć zespołu, więc w gruncie rzeczy można uznać, że skończył karierę.

Cóż, McGing będzie potrzebował więcej umiejętności od poprzedników i pewnie też więcej szczęścia. Na razie ten fart ma – przyszedł, a Komisja Ligi ukarała Cezarego Stefańczyka sześciomiesięcznym zawieszeniem. – Nie jest to dobre dla drużyny, ale dla mnie rzeczywiście tak, mam trochę farta, bo od razu po przyjściu tutaj wskoczyłem do pierwszej drużyny. Sytuacja była mocna, widziałem ją, byłem już wtedy na meczu, ale kara dla Cezarego jest za ostra. Jeden albo dwa miesiące zawieszenia w zupełności by wystarczyły – opowiada McGing. Co ciekawe i on może nie należeć do świętoszków, gdyż niegdyś w taki sposób potraktował Brazylijczyka Leonardo, za co wyleciał z boiska z czerwoną kartką:

leonardo

– To było parę lat temu, na początku mojej kariery. Pewnie, to nie był wspaniały wślizg. Byłem jednak młody, nabuzowany, chciałem się pokazać, źle to wyszło. Miałem zamiar trafić w piłkę, ale spudłowałem kompletnie. Przeprosiłem Leonardo po meczu i on moje przeprosiny przyjął – tłumaczy McGing. A skoro jesteśmy w temacie fauli: czy jego zdaniem popełnił przewinienie na Arturze Sobiechu w zeszłej kolejce? – To działo się strasznie szybko, ale naprawdę nie czułem żadnego kontaktu. Nie widziałem go także na powtórkach, które oglądaliśmy ze sztabem. Powinienem być szybszy, być przed Sobiechem, ale kontaktu nie czułem. Cóż, jednak taka była decyzja sędziów – mówi obrońca Wisły.

McGing trafił do Polski z Central Coast Mariners, totalnego outsidera ligi australijskiej. Na dziesięć zespołów za czasów McGinga ta ekipa zajmowała dwa razy dziesiąte i raz ósme miejsce. Gdy była ostatnia, licząc łącznie, przez 54 spotkania potrafiła wygrać tylko siedem. – Ten klub jest dobrze zorganizowany, ale jego problemem są ciągłe rotacje w składzie. Co sezon wielu graczy przychodzi, wielu graczy odchodzi. Odczułem to też niejako ja, bo w poprzednim sezonie musiałem grać na środku obrony, a nie z jej boku. Tam czuję się najlepiej. Uwielbiam biegać od pola karnego do pola karnego. Jestem obrońcą, ale gra z przodu też daje mi dużo frajdy – tłumaczy McGing. Nie ma co jednak kryć: australijskiego obrońcę z najsłabszego zespołu tamtej ligi musiało czekać chłodne przyjęcie wśród kibiców i jak zajrzeć na komentarze pod newsem ogłaszającym jego transfer, na przykład na 90minut.pl, ta krytyka się pojawia. – Nie poradzę nic z takimi opiniami ludzi. Moją robotą jest pokazanie na boisku, że potrafię grać w piłkę i będę chciał to zrobić. Uważam, że jestem solidnym piłkarzem. Tamte lata w Coast Mariners mimo wszystko wiele mnie nauczyły. Musiałem sobie poradzić z kilkoma porażkami z rzędu, odpowiednio nastawić się do każdego kolejnego spotkania. To też jakaś lekcja, która cię wzmacnia – odpowiada McGing.

Czego można mu zazdrościć, jeśli chodzi o grę dla Mariners, to spotkania z Usainem Boltem, który spędził tam jakiś czas. Strzelił nawet dwie bramki w jednym meczu, ale kontraktu nie podpisał (chciał cztery razy więcej kasy niż mu proponowano) i… zakończył karierę.

 – To miły facet, wyluzowany, rozmawiał z nami bardzo często, nie zachowywał się jak gwiazda – umiał żartować z nas, ale nie obrażał się, gdy my żartowaliśmy z niego. Sam futbol był dla niego ciężki, z tego powodu, że wcześniej nie uprawiał go profesjonalnie. Chciał to zrobić w wieku 32-33 lat i brakowało mu podstaw w postaci grania w piłkę godzinami od początku swojego życia. Nie miał podstawowych umiejętności. Natomiast nie uważam, że poszedł w piłkę z nudów, rzeczywiście chciał grać w nią profesjonalnie. No, ale miał problemy z techniką. Jednak fizycznie był bestią – wysoki, silny, szybki. Bardzo szybki. Nie ścigałem się z nim, ale sądzę, że na setkę nie traciłbym do niego czterech czy pięciu sekund, jednak co najmniej dwie na pewno. Szczegółów, dlaczego nie został w klubie, nie znam, ale z tego co wiem, klub chciał go obserwować przez pełen sezon i dopiero po nim dać mu większy kontrakt – wspomina McGing.

CZYSTE KONTO WISŁY Z POGONIĄ? KURS 3.45 W ETOTO

Z kolei nowy piłkarz Wisły dostał w Płocku kontrakt szybko. – Bardzo chciałem się przenieść do europejskiego futbolu. Tutaj panuje jednak większy profesjonalizm. Wszystko stało się nagle [Jake pstryka palcami]. Menadżer powiedział mi jednego dnia, że jest zainteresowanie Wisły, właściwie drugiego byłem już jej piłkarzem. Zrobiłem research i wszystko wyglądało pozytywnie. Stadion też mnie nie przeraził, bo doping na Cracovii był naprawdę głośny. Pojawiały się inne zapytania z Europy, ale nie odpowiadały mi. Tutaj czuję, że poprawiam swoje umiejętności każdego dnia. Intensywność treningów jest dużo większa niż  w Australii – mówi McGing. – Nie przeraża mnie też to, że trafiłem z ciepłej Australii do zimnej Polski. To nawet lepiej, bo w takich temperaturach możesz po prostu grać, nie wycierając potu z czoła co sekundę. U nas mecze rozgrywa się przy 30 czy nawet 40 stopniach. Sędzia co 20 minut musi przerywać spotkanie, by piłkarze mogli napić się wody.

Pewnie też nie byłoby McGinge’a w Polsce przez litościwie panujące nam przepisy, gdyby nie jego podwójny paszport. Na swoje szczęście Jake ma dokumenty i australijskie, i irlandzkie. – Mój tata jest Irlandczykiem. To on zaszczepił we mnie miłość do futbolu. W Australii najpopularniejszy jest futbol australijski czy krykiet, lubię te dyscypliny oglądać, ale od początku byłem za futbolem. Tak w ogóle to mój ojciec, jak i dziadek, są fanami Manchesteru United, ale ja jestem za Liverpoolem. Mieliśmy z tego powodu parę kłótni i dyskusji, jednak trudno. Bardzo lubiłem Harry’ego Kewella i gdy trafił do The Reds, zainteresowałem się nimi. No i tak zostało – opowiada piłkarz.

A dla której reprezentacji chciałby McGing grać? – Dla Australii, czuję się Australijczykiem, tam spędziłem całe życie. Jeśli Australia nie zgłosiłaby się po mnie, a Irlandia tak, to grałbym dla Irlandii, ale priorytetem jest Australia. Przyszedłem tutaj też po to, by pokazać się selekcjonerowi i któregoś dnia reprezentować jej barwy.

PP

KOMENTARZE (0)