Aga, dzięki za wszystko!
Inne sporty

Aga, dzięki za wszystko!

Ten dzień musiał nadejść wcześniej czy później, a od pewnego czasu było już wiadomo, że raczej wcześniej. Dziś Agnieszka Radwańska ogłosiła, że kończy karierę, bo z powodu kolejnych kontuzji nie jest w stanie trenować i grać na swoim poziomie. Brutalnie mówiąc, dziś kończy się epoka, jakiej w polskim tenisie nie było i być może już nigdy nie będzie.

W połowie września Radwańska przegrała 4:6, 3:6 z 55. w rankingu Iriną – Camelią Begu w drugiej rundzie w Seulu. To był kolejny rozczarowujący wynik. W zasadzie – rozczarowaniem było praktycznie wszystko, co działo się od początku poprzedniego sezonu, który Polka zaczynała, jako trzecia zawodniczka światowego rankingu (zaledwie jedno miejsce poniżej najlepszego w karierze). Potem jednak kolejne kontuzje, urazy, zmęczenie, choroby i inne przeciwności losu coraz częściej brały górę. Radwańska grała poniżej możliwości, choć robiła, co mogła, starała się, walczyła, szarpała, szukała nowych rozwiązań.

Porażek było jednak coraz więcej i niestety coraz częściej ze znacznie niżej notowanymi rywalkami. Tymczasem przez lata Polka słynęła z solidnej, równej formy, jako jedyna utrzymywała się w pierwszej dziesiątce niemal bez przerwy przez dekadę. Wielu zarzucało jej, że z absolutną światową czołówką wygrywa rzadko, że od Sereny Williams odbija się, jak od ściany, że nigdy nie wygrała turnieju wielkoszlemowego. Ale z drugiej strony rywalki z pięćdziesiątego, czterdziestego czy trzydziestego miejsca w rankingu, lała jak popadnie. W tym roku już tak nie było. Agnieszka potrafiła przegrywać z przeciwniczkami nie łapiącymi się nawet do pierwszej setki notowania WTA…

Ale to wciąż była Radwańska, która umiała na korcie czarować, kiedy akurat nic jej nie dolegało. Pod koniec marca ograła w Miami liderkę rankingu Simonę Halep, która niedługo potem triumfowała w Roland Garros. Niestety, znacznie częściej zamiast Agnieszki na kort wychodził zaledwie jej cień. W efekcie od początku lipca do końcówki września wygrała tylko dwa mecze, oba z rywalkami z okolic drugiej-trzeciej setki rankingu, na dokładkę trzy razy z rzędu odpadła w pierwszych rundach. Wreszcie po porażce z Begu zrobiła sobie długą przerwę na złapanie oddechu i właściwej perspektywy. Dziś ogłosiła to, czego można było się spodziewać.

Kochani, pragnę podzielić się z Wami jedną z moich najważniejszych życiowych decyzji. W dniu dzisiejszym, po 13 latach zawodowego grania, kończę swoją przygodę z zawodowym tenisem. Nie jest mi z tym łatwo. W głowie jeszcze tyle wspomnień, emocji zwycięstw tych dwudziestu zdobytych turniejów i tych blisko sześciuset wygranych meczów. Niestety nie mogłam już trenować jak dawniej, a organizm i tak coraz częściej odmawiał posłuszeństwa. W trosce o swoje zdrowie, z pełną świadomością obciążenia, jakie niesie rywalizacja na tak wysokim poziomie, nie jestem już w stanie zmobilizować swojego organizmu do jeszcze większej eksploatacji. Odkładam rakietę i żegnam się z tourem, ale nie z tenisem. Tenis jest i zawsze będzie pełnił w moim życiu wyjątkową rolę. Czas na nowe wyzwania, nowe pomysły, mam nadzieję równie ekscytujące jak te na korcie.

Ufam, że na przestrzeni tych wszystkich lat godnie reprezentowałam nasz kraj na całym świecie oraz dostarczałam Wam wszystkim wielu emocji, wrażeń i radości. Wasze wsparcie, miłe słowa oraz wiara w moje zwycięstwa były ze mną na każdym meczu i za to serdecznie i z głębi serca Wam dziękuję. Dziękuję za każdą nieprzespaną noc spędzoną przed telewizorem oraz za wszystkie tytuły Fan Favorite – to dla mnie zaszczyt i najlepsza nagroda za ciężką pracę. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną na dobre i na złe, rodzicom, siostrze, mojemu najlepszemu teamowi: Dawidowi, Tomkowi, Krzyśkowi, Jasonowi, moim sponsorom i partnerom – zawsze będę wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiliście – napisała na swoim fanpejdżu.

Słowem: ładne pożegnanie po pięknej karierze. Bo – czego by nie mówić – to była piękna kariera. Wspomniane 20 wygranych turniejów WTA (przypomnijmy: żadna inna Polka nie wygrała ani jednego, Wojciech Fibak – 15), drugie miejsce w światowym rankingu (Fibak najwyżej był na 10. pozycji), wreszcie finał i dwa półfinały Wimbledonu, dwa półfinały Australian Open, ćwierćfinał Roland Garros (poza nią najlepsze polskie wyniki to jeden półfinał Jerzego Janowicza, jeden ćwierćfinał Łukasza Kubota i cztery Fibaka). Inaczej mówiąc: porównywanie osiągnięć Agnieszki do kogokolwiek w polskim tenisie nie ma większego sensu. A gdybyśmy zajrzeli do zarobków, to okaże się, że nokaut jest jeszcze brutalniejszy. Z samych wygranych na kortach starszej z sióstr Radwańskich uzbierało się prawie 28 milionów dolarów (po dzisiejszym kursie jakieś 105 milionów złotych). Siedzicie wygodnie? Wojciech Fibak, Jerzy Janowicz, Łukasz Kubot, Marcin Matkowski, Mariusz Fyrstenberg, Marta Domachowska, Urszula Radwańska, Alicja Rosolska i Hubert Hurkacz (czyli praktycznie wszyscy, którzy na szybko przychodzą nam do głowy) nie zarobili tyle razem wzięci!

Ale pieniądze to nie wszystko. Radwańska była dla światowego tenisa trochę kimś takim, jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych Andrzej Gołota dla boksu zawodowego. „Endrju” był „ostatnią nadzieją białych”, zaś „Isia” ostatnią nadzieją, że można grać pięknie i wygrywać nie bazując wyłącznie na brutalnej sile w stylu Sereny Williams.

Moje i wcześniejsze pokolenia wyszydzano nawet za próby marzeń o takich sukcesach. Mówili: mierzcie siły na zamiary. Potem przeszła ona i pokazała, ze można. To było najszczęśliwsze 13 lat w historii polskiego tenisa. Dzięki Iśka – komentuje Joanna Sakowicz – Kostecka. Krócej, ale równie dobitnie wspomniane 13 lat podsumowuje zwycięzca 6 turniejów wielkoszlemowych i mistrz olimpijski Boris Becker.

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (19)