Dwa miliony euro kary, pięć euro na koncie, zatrzymany paszport. Ronaldinho ma kłopoty
Weszło

Dwa miliony euro kary, pięć euro na koncie, zatrzymany paszport. Ronaldinho ma kłopoty

Kiedyś na jego triki nabierali się najznamienitsi obrońcy świata. Później, dzięki renomie wyrobionej przede wszystkim w Paryżu i Barcelonie, nabierał wielu prezesów klubów skłonnych uwierzyć, że boski Ronaldinho raz jeszcze odżyje i oczaruje tłumy ściągające na stadion w ogromnej mierze dla niego. Dziś już nikogo nie nabierze. Dziś legenda Barcelony – która zresztą ostatnio się od niego odcięła – jest po prostu gołodupcem.

Według artykułu Sports Illustrated z 2009 roku, w dwa lata po zakończeniu kariery 78% byłych zawodników NHL i 60% byłych koszykarzy NBA zostaje bez grosza przy duszy. Bankrutuje. Żeby poradzić sobie w życiu po, trzeba być jakkolwiek ogarniętym życiowo, co nie jest łatwe, gdy egzystuje się w bańce. Gdy ubrania są zawsze uprane i uprasowane, gdy rozkład dnia dostajesz od trenera, a twoim jedynym zadaniem poza uprawianiem sportu jest przyjazd do ośrodka treningowego lub wejście do autokaru.

Ronaldinho, jak się okazuje, sobie nie poradził. Czary, jakie odprawiał stopami nie pozwalają być ponad prawem, a fakt, że był jednym z najważniejszych budowniczych wielkiej Barcelony z pierwszej dekady XXI wieku nie sprawia, że wolno mu więcej niż innym. Na przykład – budować gdzie popadnie bez pozwolenia. Brazylijczyk postanowił bowiem wraz z bratem postawić cukiernię z platformą do wędkowania i molo na terenie jeziora Guaiba w Porto Alegre bez koniecznych pozwoleń. No i się doigrał, bo sąd nakazał mu za szkody dla środowiska naturalnego zapłacić osiem i pół miliona reali brazylijskich, czyli w przeliczeniu niemal dwa miliony euro.

Jak się jednak okazało, gdy sąd postanowił ściągnąć zobowiązanie, Ronaldinho na koncie miał zaledwie kilka euro. W związku z czym zasądzono zatrzymanie paszportu niedawnego idola kibiców na całym świecie, gdy tylko postawi stopę na brazylijskiej ziemi.

Jakby tego było mało, ostatnio od Ronaldinho odwróciła się przecież także Barcelona – a to dlatego, że zaangażował się w kampanię i wyraził poparcie dla Jaira Bolsonaro, kontrowersyjnego polityka kandydującego na prezydenta, którego najbardziej znane wypowiedzi to: 

„Migranci to ścierwo”.

„Nie mógłbym pokochać syna geja, wolałbym żeby umarł w wypadku”.

„Ona nie zasługuje żeby ją zgwałcić, bo jest brzydka. Gdybym był gwałcicielem, to bym jej nie tknął”.

„Reżim Pinocheta powinien pociągnąć za sobą więcej ofiar”.

Trudno się dziwić, że klub z Katalonii postanowił mocno ograniczyć swoje kontakty z Ronaldinho (a także z Rivaldo, który również publicznie poparł Bolsonaro). Oznacza to między innymi wycofanie ich z udziału w wydarzeniach promujących klub, a więc odcięcie jednego ze źródełek z kasą. W sytuacji, gdy na koncie Ronaldinho hula wiatr, a nad byłym zawodnikiem wisi wspomniany wyrok, nie brzmi to jak korzystny splot okoliczności.

No i niestety, raz jeszcze dostajemy dowód na to, że oglądani przez miliony idole z plakatów często są życiowymi pokrakami. I o ile fajnie przedstawić dzieciakowi takiego Ronaldinho za wzór piłkarskiej klasy, to życiowo… cóż, lepiej, żeby poszukało sobie odpowiedniejszego autorytetu.

fot. FotoPyK

KOMENTARZE (17)