Stres jest wtedy, gdy walczysz o życie 18-latka z płaczącą matką pod drzwiami
Weszło Extra

Stres jest wtedy, gdy walczysz o życie 18-latka z płaczącą matką pod drzwiami

Jakub Ślusarski, sędzia asystent z teamu Tomasza Musiała, w swojej pracy medycznej robi rzeczy wielkie. W tym miesiącu przeprowadził pierwszy w Polsce (i drugi w Europie) innowacyjny zabieg stawu ramiennego. Na co dzień ratuje zdrowie ludzi, a w weekendy – dla pasji, odskoczni – jeździ sędziować mecze Ekstraklasy. 

Czy można się stresować gwizdami kibiców, gdy kilka dni wcześniej walczy się o życie młodego człowieka? Jak pogodzić karierę medyczną z wyjazdami na mecze, analizami, treningami? Dlaczego doskonała znajomość medycyny utrudnia życie boiskowym symulantom? O tym wszystkim z arbitrem z poziomu Ekstraklasy, Jakubem Ślusarskim. Zapraszamy. Historia prawdziwego kozaka. 

***

Jak się czuje ekstraklasowy sędzia, który w swojej pracy przeprowadza innowacyjny, pierwszy w Polsce zabieg wszczepienia protezy powierzchniowej stawu ramiennego? 

Ładnie to brzmi. Tego typu zabiegi się wykonywało, wykonuje i będzie wykonywało. Ale… zawsze ktoś robi to jako pierwszy.

Mówimy jednak o operacji wyjątkowej, to pierwszy taki zabieg w Polsce, drugi w Europie. 

To nowy, innowacyjny implant, który zakłada się na kość. Technologia nam bardzo pomaga, to taki trochę medyczny VAR. Na ten konkretny przypadek złożyło się kilka elementów: szkolenia i wyjazdy zagraniczne, moje zainteresowanie chirurgią barku i zbieg okoliczności –  pacjent, który akurat wymagał takiej operacji. Technicznie zabieg wcale nie był bardzo trudny. Porównałbym go do nawigacji: wszystko prowadziło cię za rękę. Śmialiśmy się w gronie lekarzy, że ten zabieg to jedna z sympatyczniejszych rzeczy, jakie można wykonać. Na co dzień stykam się z wieloma trudniejszymi rzeczami.

Innowacyjność polega na tym, że podczas operacji wycięliśmy o wiele mniej kości, niż dotychczas. Wcześniej też potrafiliśmy dokładnie rozpoznać i leczyć tę chorobę, ale wycinek był spory, do tego zakładaliśmy trzpień, takie specjalne rusztowanie. U tego młodego chłopaka chcieliśmy wyciąć jak najmniej po to, by nie zamknąć sobie drzwi przed kolejnym etapem, który być może w przyszłości nastąpi. Trzeba przewidywać. To jak z samochodem – nawet auto, które obecnie stoi w salonie, za 30 lat będzie przestarzałe. Bierzemy to pod uwagę, że w wieku 50 lat może zaistnieć u pacjenta potrzeba wymiany implantu.

Smaczku dodaje fakt, że operowaliście niewidomego muzyka, dla którego sprawny bark to warunek, by mógł grać na akordeonie. 

O tym akurat dowiedziałem się później. Przygotowując się do zabiegu, staram się dowiedzieć czegoś o pacjencie. Warto zawsze poznać jego oczekiwania. Podobną kontuzję u piłkarza Ekstraklasy i u rekreacyjnego narciarza – mimo że teoretycznie to identyczne urazy – leczysz nieco inaczej. Inne oczekiwania ma starsza, mniej ruchliwa osoba, inne ktoś, kto żyje ze swojej aktywności. Jednych trzeba hamować, jak sportowców, drugich motywować. Takie przypadki jak Zlatan, który w pełni wyleczył się z bardzo ciężkiej kontuzji, zwykle oznaczającej koniec kariery, to ewenement. Nie warto się nimi sugerować. Lepiej patrzeć na przypadek Arkadiusza Milika, pokazujący, że nie zawsze jest tak różowo. Biologii nie oszukasz. Niektórzy zbierają znaczki, ja zbieram historie kontuzji sportowców. Często pokazuję potem pacjentom konkretne przykłady, kiedy rehabilitacja trwała zbyt krótko lub kiedy można wrócić po kontuzji stosunkowo szybko. Rozsądek i wiedza potrzebne są każdemu, kto czynnie uprawia sport. Czasem warto poczekać zanim się wróci do treningu.

Co jest najtrudniejsze w twojej pracy medycznej? 

Odpowiedzialność. Od twojego zabiegu zależy, czy – powiedzmy – łucznik będzie mógł precyzyjnie układać łuk, dobrze go napinać i czy będzie trafiał w środek tarczy czy dwa centymetry wyżej. W środowisku sportowym, zwłaszcza piłkarskim, bardziej niż jako doktor czy ortopeda jestem znany jako „Rzeźnik”. Do mnie idzie się po to, by dostać odpowiedź na pytanie: – Ciąć czy nie? Ja mam wiedzę, pewnego rodzaju doświadczenie, pacjent ma oczekiwania i szansę na wyleczenie, musimy się spotkać gdzieś pośrodku. Czuję tę odpowiedzialność i biorę ją na siebie świadomie, mając oparcie w swojej wiedzy. Nigdy nie obiecam komuś, że na sto procent będzie dobrze, bo wiem, że może nie być. Podjęcie decyzji jest najtrudniejsze, bo może się okazać, że coś zrobimy pochopnie, albo że problem jest dużo bardziej skomplikowany. Na razie udaje się rozwiązywać problemy, jakieś sukcesy można zanotować.

Da się na boisku odciąć od pracy lekarza? Ortopedia może nie kojarzy się z prawdziwymi dramatami, walką o życie, ale jednak to i tak wielkie psychiczne obciążenie. 

Dramaty są. Przez kilka lat pracowałem w Małopolskim Centrum Urazowym, gdzie przywożą wszystkich, których nie są w stanie zaopatrzyć nigdzie indziej. Na dramaty się napatrzyłem, nie są mi obce. Tam jest dopiero stres. Może to jakaś moja recepta na to, by funkcjonować w piłce? Stres jest wtedy, gdy walczy się o życie 18-latka z płaczącą matką pod drzwiami. Gdy mam dzień później wyjść na Lech – Legia przy 40 tysiącach widzów, nie robi to na mnie wrażenia. Potrafię sobie wypracować koncentrację. Nie chcę brzmieć górnolotnie, ale w mojej pracy czasami centymetr dzieli nas od przecięcia tętnicy i wtedy sytuacja robi się naprawdę trudna. Nigdy nie myślałem o pracy na boisku, tak jak w pracy o tym, że czeka mnie mecz. Dwa światy. Może udaje mi się je łączyć dlatego, że są od siebie tak różne.

Miałeś kiedyś poczucie, że któraś z twoich prac cierpi przez drugą? Jak radzisz sobie z godzeniem meczów na boiskach Ekstraklasy z dyżurami, operacjami czy konsultacjami? To musi być logistyczna orka.

Wszystko jest kwestią organizacji. Gdy decydujesz się na robienie kursu sędziowskiego w trakcie studiów medycznych, już musisz założyć, że będziesz sobie musiał dawać z tym radę. Jest o tyle łatwiej, że sędziuję głównie w weekendy, nie przekraczam jednego meczu tygodniowo. Logistyki nauczyliśmy się z Tomkiem Musiałem po naszym ekstraklasowym debiucie (śmiech).

Słynny mecz, na który nie dotarliście.

Też tam byłem! I to kierowcą, więc przeżywałem podwójnie. Mieliśmy dużo czasu w zapasie, nic nie zlekceważyliśmy. Trasy były zakorkowane przez pielgrzymki. W żaden sposób nie udało się ich uniknąć, chociaż próbowaliśmy na wszystkie sposoby. Wyszło jak wyszło. Mogła się wtedy zakończyć nasza przygoda z Ekstraklasą, ale później przesiedliśmy się w pociąg i wróciliśmy do gry.

Zawodowi sędziowie mają o tyle trudniej, że wiele dodatkowych obowiązków narzuca im PZPN. My jesteśmy grupą Top Amator, musimy spełniać wszystkie warunki narzucone przez Związek. Podlegamy takim samym regułom, obowiązuje nas taki sam poziom tkanki tłuszczowej, bieganie, pisanie egzaminów, dobra forma na boisku. Musimy zaliczać treningi według wytycznych. Ale mamy za to trochę czasu dla siebie. I mamy szansę realizować inne swoje zadania. tak jak w moim przypadku. Ja to po prostu lubię.

Myślałeś kiedyś o zawodowstwie? 

Inaczej – nigdy nie miałem takiej propozycji. Nie dochodziły do mnie takie głosy, ale obie strony wiedzą, że byłoby to mało realne. Gdybym zrezygnował z mojego zawodu na dłuższy czas, straciłbym uprawnienia.

I co ważniejsze –  medycyna rozwija się tak szybko, że trzeba być czujnym, żeby nie przegapić czegoś ważnego, żeby później nie popełniać błędów. Zupełnie jak w sędziowaniu zawodów piłkarskich. Trzeba nadążyć za akcją. 

Jakie zabiegi są najbardziej wymagające? 

Technicznie zawsze sprawy urazowe. Pamiętam kilku bardzo poważnie uszkodzonych motocyklistów. To były trudne sytuacje, które trwały czasami po kilkanaście godzin i w których brało udział kilkunastu lekarzy. Ciągła walka o życie – parokrotnie udana, parokrotnie niestety nie. To najbardziej odciska piętno, wyniszcza, trudno po takim zabiegu wrócić z uśmiechem do domu. Na szczęście rodzina jest wyrozumiała. Zarówno dla specyficznych sytuacji w mojej pracy, jak i dla pasji sędziowskiej

Co się czuje już po takiej operacji?

Głównie fizyczne zmęczenie. Na meczu koncentracja trwa 90 minut, na sali operacyjnej o wiele dłużej.

Nie zajmuję się wszystkim – nie leczę kręgosłupów, wad stóp, zniekształceń rąk. Skupiam się raczej na ortopedii sportowej, czyli na kolanach, barkach, zerwaniach, naderwaniach, złamaniach. Lubię leczyć takie przypadki. Jak się pracuje w czymś, co się lubi, to jest fajnie, bo można się wykazać. Zwłaszcza, że mam świetnego szefa, który nie dość że akceptuje i popiera moje sędziowanie, to wypycha nas na wszelkiego rodzaju szkolenia zagraniczne. Dużo lepiej się nauczysz podglądając najlepszych w dziedzinie. Czuję się trochę tak, jak nasi trenerzy, którzy jeżdżą na szkolenia do Barcelony czy Realu. To tak jakbym był twarzą w twarz z medycznym Ronaldo czy Messim. Mogę śmiało powiedzieć, ze ocieram się o medyczną Ligę Mistrzów. Miałem okazję być na przykład w sportklinice w Niemczech, w której facet miał na ścianie koszulki gwiazd Bundesligi pozostawione jako gifty po zabiegach. Czuć od razu, że to debeściak. Tak samo jak największe centra medyczne, choćby w Chelsea czy klubach hiszpańskich, które lekarzom zdarza się podpatrywać.

Jak wyglądają takie centra?

Wzorcowym centrum jest Milan Lab przy ośrodku treningowym Milanu. Coś w rodzaju prywatnej kliniki z całym zapleczem badań biomechanicznych. Badani są tam zawodnicy z każdego rocznika i ocenia się ich stopień narażenia na kontuzje. Rentgeny, USG, tomografie, rezonansy. Każdy zawodnik przebadany z góry na dół. Trudno w takich warunkach ukryć przestarzałą kontuzję. To nie tylko lekarze stricte sportowi, ale też endokrynolodzy, kardiolodzy, lekarze ogólni. Do tego całe grono fizjoterapeutów sportowych, którzy bardzo dobrze znają różne techniki, dietetycy. Wszystko funkcjonuje jako zespół. Trochę jak w medycynie lotniczej – nikt przypadkowy się nie może się tam znaleźć.

Piłka, tak jak i kolarstwo, najbardziej rozwinęła się ostatnio pod względem medycznym. Bywałem na zjazdach grupy zrzeszającej lekarzy z największych klubów w Europie i to poziom dla nas nieosiągalny. Ale na takie centrum trzeba wydać tyle, ile na akademię piłkarską. Jeśli u nas, póki co, brakuje na szkolenie dzieciaków, to spokojnie z tą medycyną. Kiedyś, mam nadzieję, do tego dojdziemy.

Od razu mam przed oczami przykład zawodnika, który podpisał kontrakt w Ekstraklasie z urazem pleców, po czym poleciał na reprezentację i wracając do klubu poinformował, że to mu się stało właśnie na kadrze. Często nasze kluby dają się tak naciągać przez wadliwą opiekę medyczną?

Nie wiem, nie pracowałem nigdy w klubie. Zawodników ciężko rozgryźć, bo niektórzy lubią przesadzać w jedną stronę, symulować, inni w drugą – dyssymulować, czyli ukrywać. O ile rozumiem taką postawę w topowej lidze, o tyle nie rozumiem czemu ma służyć ryzyko gry w jednym konkretnym meczu w Ekstraklasie. Mam kontakt z niektórymi lekarzami z naszej ligi i słyszałem o różnych sytuacjach. Jest to problem. Dlatego przed podpisaniem kontraktu w większych klubach zawodnicy są dokładnie sprawdzani. Zresztą były w ostatnich latach sytuacje, że na ostatniej prostej jakiś transfer się wysypywał. Wiem o paru zawodnikach w naszej lidze, którzy grają mimo negatywnej opinii lekarza klubowego. My możemy świadczyć usługi, określać ryzyko urazu, ale decyzji za trenera nie podejmiemy.

ZABRZE 15.07.2017 MECZ 1. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSZAWA --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSAW JAKUB SLUSARSKI IGOR ANGULO TOMASZ MUSIAL ARTUR JEDRZEJCZYK SEBASTIAN MUCHA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Jaki największy błąd popełniają sportowcy po kontuzjach?

Za szybko, za wcześnie… Nie szukam zawodowych sportowców jako pacjentów, bo nie potrafię kogoś oczarować tym, że go wyleczę dużo szybciej niż mówi na ten temat literatura. Opieram się na rzetelnych szkoleniach, artykułach, dużo wyjeżdżam za granicę i stamtąd staram się przywieźć metodologię. Wiem, że wszystkiego się nie da. To, że w Barcelonie mając miliony euro na rehabilitację zawodnicy wracają do gry po więzadłach krzyżowych przez dziesięć miesięcy, to nie przypadek. U nas często piłkarz chce wrócić po sześciu miesiącach. Kończy się to ponownym zerwaniem i 1,5 roczną przerwą albo brakiem formy. Pytanie, co jest lepsze.

Moim zdaniem problemem są też kluby. Wielu trenerów – wiedząc, że zaraz mogą stracić prace – chce piłkarza na już. Sam piłkarz też czuje presję: nie pomogę trenerowi, mogę stracić w jego oczach. 

Nie chcę być źle odebrany przez polskie kluby, ale właściwie – może poza bardzo dużymi klubami – opieka zdrowotna kuleje. Lekarz w klubie to w hierarchii ostatnia osoba. Ważniejszy jest nawet facet od strojów czy fizjoterapeuci. Na zachodzie wygląda to inaczej. Po konflikcie Pepa Guardioli z lekarzem Bayernu, w klubie odbył się strajk. Podobnie w Chelsea, gdy Mourinho wyrzucił lekarkę. Duże kluby na zachodzie mają, o czym mówiłem, swoje laboratoria. U nas szuka się raczej pseudooszczędności czy układów, albo idzie się w fizjoterapię. Czasem się nawet udaje.

Na niższych poziomach panuje wolna amerykanka. Leczenie kontuzji zależy od znajomości prezesa, menedżera i samego zawodnika. 20-latkowie po poważnych kontuzjach naprawdę wierzą, że menedżer jest w stanie skutecznie im pomóc. Uwierz mi, że żaden z rozsądnych lekarzy nie powierzyłby takiego urazu niektórym medykom, do których wysyłają zawodników menedżerowie. Środowisko trochę wie lepiej. Jeden z zawodników Ekstraklasy bardzo poważnie uszkodził bark. Przyjechaliśmy w weekend na mecz i w klubie nam mówią, że muszą go wysłać na leczenie do Austrii. A przecież 700 metrów od stadionu przyjmuje facet, który jest guru chirurgii barku w Polsce i bardzo znaczącą postacią w Europie. Cudze chwalicie, swego nie znacie.

Pracowałem z młodszymi piłkarzami w SMS-ie. Staraliśmy się znaleźć zawodników, którzy mogli potencjalnie mieć problemy zdrowotne. Robiliśmy rzetelnie pomiary, wymagaliśmy badań, EKG, prób wysiłkowych. W młodym wieku zaczynały się sprawy przeciążeniowe, plecy. Czasami mówiliśmy rodzicom, że to nie ma sensu, lepiej znaleźć inny sport, bo chłopak nie rokuje, by dać sobie radę zdrowotnie w dorosłym futbolu. Niektórzy się obrażali, ale prawdopodobnie uniknęliśmy dzięki temu dwóch-trzech przypadków śmierci sercowej na boisku, która często jest wynikiem braku wykrycia problemu. W Polsce miał miejsce taki przypadek parę lat temu w Bydgoszczy. Prawdopodobnie karta zdrowotna piłkarza została podbita bez przeprowadzenia badań. To plaga, której nie potrafię zrozumieć. „Dobry” kierownik klubu od trzeciej ligi w dół ma kilkanaście pustych podbitych kart. Wpisuje tylko daty badania i wszyscy o tym wiedzą. Nie ma kto tego zweryfikować, a to kilkadziesiąt tysięcy ludzi w Polsce. Niestety, badania kosztują. Nie wszystkich rodziców 12-latków stać na to, by zrobić badania za 200 złotych i później je odnawiać.

Piłkarze wiedzą czym się zajmujesz? Zagadują?

Nie rozdaję wizytówek na meczach, bo nie w tym rzecz. Jestem członkiem zespołu sędziowskiego i znam swoją rolę, choć czasami spotykam się z sytuacjami w przychodni, że ktoś widział mnie w niedzielę w telewizji, a w poniedziałek mam go operować. Ja się tym nie chwalę, ale ci, którzy grają lata, wiedzą. Paru Ekstraklasowych piłkarzy na zgrupowaniach w Turcji nawet się przewinęło przez nasz pokój, gdy trzeba było pomóc. Paru biega z naprawionymi przeze mnie barkami czy kolanami. Wymienimy szybie „cześć, cześć, jak zdrowie?”, a potem mecz. Tyle dobrego, że u mnie na linii jest spokojniej, piłkarze zajmą się głównym (śmiech).

Tobie też zdarzało się korzystać z praktyki medycznej na boisku. 

B-klasa, nobliwi obserwatorzy pouczający młodych, boisko otoczone oponami. Ostre wejście jednego w drugiego. Noga złamana, piszczel na wierzchu. Przerwane, zaopatrzone, karetka na boisku, facet pojechał do szpitala i dopiero dokończyliśmy mecz. Zdarzają się takie sytuacje, choć reanimacji na boisku jeszcze nie było – i oby się nigdy nie zdarzyła. Nawet na ostatnim meczu ligowym mieliśmy ciekawą sytuację. Dwóch zawodników w Kielcach się zderzyło, jeden stracił przytomność. Od razu jestem w stanie ocenić, na ile to poważna sprawa. Gdyby coś się działo, pewnie byłoby zgłoszone, że mogę wbiec na boisko.

Śmieszne sytuacje bywają z  lekarzami. Wiadomo, że się znamy. Kiedyś w Bełchatowie na boisku zwijał się z bólu kontuzjowany zawodnik, a klubowy lekarz podbiegł najpierw się przywitać ze mną, a dopiero potem poleciał do piłkarza. Innym razem zawodnik symuluje w końcówce meczu i będąca przy zespole pani doktor wyrywa się na boisko. Wiem, że to żaden uraz, więc jej nie wpuszczam. Wyskoczyła do mnie:

– Ale to ciężka kontuzja!
– Ja widzę, że nie.
– Ale to ja jestem lekarzem!
– Ja też jestem!

No i nie uzyskał pomocy, bo ewidentnie jej nie wymagał.

Musimy uczyć się nie ulegać sugestiom piłkarzy i sztabów. Trener Strejlau kiedyś podczas spotkania z trenerami Ekstraklasy zapytał:

– Kto się czuje pokrzywdzony przez sędziów?

Rękę podniosło szesnastu trenerów.

– A kto czuje, że zyskał?

Nie było nikogo.

Teraz to się ogranicza. Dzięki systemowi VAR drużyny wiedzą, że nie wyjadą poszkodowane, nawet jeśli była ostatnio sytuacja z Piechem, który dostał czerwoną kartkę i bardzo protestował, w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Czerwona została dana po konsultacji z sędzią VAR, arbiter miał czas przemyśleć, obejrzał z każdej kamery…

Ja wiem, dlaczego. Bo Piech ma problem z głową.

Czasami odcina prąd, jest duże zmęczenie i zawodnik sam nie czuje, że zrobił poważne przewinienie. Najczęściej to kwestia łokci – skaczesz, nie czujesz tego, a łokieć wędruje za daleko. Dobrze, że tym razem noga wytrzymała, bo mógłbym mieć kolejnego pacjenta do kolekcji.

VAR nie osłabił czujności sędziów asystentów? To świetna poduszka bezpieczeństwa – nie widziałem, nie gwizdnę, VAR sprawdzi. Koncentracja może ulecieć. 

Idea VAR-u jest taka, że sędziujesz jak bez VAR-u.

Ale z tyłu głowy musi być poczucie, że błąd ujdzie na sucho.

Masz spokój o tyle, że nie naczytasz się wracając do domu o sobie i siedmiu pokoleniach wstecz. Większość zespołów myśli nadal o tym, by VAR jednak nie interweniował. Dla sędziów kluczowa interwencja VAR oznacza niską notę, bo to krytyczny błąd. Czasem VAR zmienia decyzję o karnym, którego nie da się dostrzec, jak ostatnio z Miedzią. Wyszła piłka na rzut rożny i nawet żaden z piłkarzy nie zareklamował jedenastki. Nagle hola hola, coś nie tak. Okazało się, że Augustyniak faktycznie wysunął rękę. Mnie się to podoba i uważam, że to dobre pasy bezpieczeństwa. Można się rozbić, ale nie pozabijać.

ZABRZE 15.07.2017 MECZ 1. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSZAWA --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSAW JAKUB SLUSARSKI IGOR ANGULO TOMASZ MUSIAL ARTUR JEDRZEJCZYK SEBASTIAN MUCHA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Masz wrażenie, że w świadomości kibiców rola sędziego asystenta jest nieznana, deprecjonowania? Ludzie czasami myślą, że pokazujecie tylko spalone.

I dobrze! Wypowiadanie swoich sądów nie jest jeszcze zakazane.

Mniej protestów.

Ale zdarza nam się oberwać choćby dla zasady. Od polskiej mniejszości w Irlandii podczas meczu eliminacji do pucharów dowiedzieliśmy się, że przyjechaliśmy ustawić mecz. Innym razem wyszliśmy na Warcie Poznań na rozgrzewkę i usłyszeliśmy, że pewnie „skręcimy” to spotkanie. Generalnie – nawet według przepisów gry – sędziuje zespół. Zespół na przestrzeni lat się rozrasta. Najpierw w Piłkarskim Pokerze sędzia Laguna mówił, by panowie asystenci szli pod prysznic. I tak było – po boisku biegał sędzia główny, a na linii byli kierowca i turysta. Potem asystenci mieli więcej do powiedzenia. Dzięki systemowi nadajnik-odbiornik w chorągiewce nasza rola zaczęła się zwiększać, po wprowadzeniu systemu komunikacji także. Zwłaszcza, że my wraz z drugim asystentem Sebastianem sędziowaliśmy jako główni trochę wyżej niż pszenno-buraczane ligi, lecz bez szans na Ekstraklasę. Komunikację mieliśmy zawsze na wysokim poziomie, dużo się dzieje na łączach. To buduje ducha zespołu i jest naszą siłą, chociaż czasami jak za dużo gadamy można usłyszeć:

– Weź się, kurwa, skup na spalonym!

Potrafimy skorygować też czasami głównego. Źle się ustawiasz, masz na plecach dwóch gości, tam się dwóch przepycha, zejdź niżej. Niektórzy tego chcą, niektórzy za tym nie przepadają. Są sędziowie, którzy lubią, gdy jest stały, ciągły kontakt, z kolei inni są bardziej introwertyczni i śmiejemy się, że wyciągają słuchawkę przed meczem. Doszło dwóch sędziów w wozie, więc ostatnio mówi się mniej, komunikat musi być szybszy, konkretniejszy. Czasami nie możemy się odezwać, bo sędzia rozmawia z VAR-em. Mnie też się ostatnio dostało, żebym się zamknął, bo to, co ja widziałem nie ma znaczenia, gdy główny widzi powtórkę.

Wśród piłkarzy jest spokojniej. Zmniejszyła się spontaniczność po zdobyciu bramki. Gdy strzał z 30 metrów, no to tak, ale jak jest możliwość spalonego albo ktoś się przepychał, zawodnicy patrzą: już można czy jeszcze?

– Spokojnie, panowie, niech sprawdzą!

Sprawdzone, hurra. Nikt nie czuje się oszukany na boisku.

Jak często zdarza ci się wskazać spalonego nie mając pewności? Ludzkie oko ma swoje możliwości. 

Mrugnięcie okiem trwa 0,1 sekundy. Gdy biegnie dwóch zawodników w przeciwnym kierunku z prędkością 20km/h, to w 0,3 sekundy pokonują 3 metry. Gdy mrugniesz, masz metr różnicy. Tutaj w grę wchodzi doświadczenie. Czasem czujesz, że to spalony na podstawie sytuacji, które miałeś wcześniej. Na szkoleniach kamera stoi za nami, a my symulujemy sobie nawzajem różne sytuacje. Kwestia indywidualna, każdy sam musi decydować. Od tego zależy, kto się nadaje na asystenta, kto nie. Prawda jest taka, że zrobisz parę błędów, które Huston wyrysuje i nie masz jak się tłumaczyć. Już widzę tytuły po naszym wywiadzie: „chirurgowi zadrżała ręka przy spalonym”. Ostatnio było „sędzia uratował rękę muzykowi” i śmialiśmy się, że zaraz będzie „UEFA ratuje filharmonie”.

Zdarzają się błędy i będą się zdarzać. Najważniejsze to je zminimalizować. Raczej staramy się być ofensywni – nie łapać za wystawianie czubka buta. Linia wirtualnie nakładana przez TV na boisko zajmuje ok. 30 centymetrów murawy, pytanie jak ją przyłożysz. Były sytuacje, że pokazano asystentowi metrowego spalonego, ale potem okazało się, że jednak miał pół metra zapasu. Nawet technologia się czasem myli. W programach jednak wszyscy czekają na analizę błędów. Po ostatniej kolejce, gdzie VAR się spisał wzorowo, nie było o czym mówić.

Jakie masz ambicje w sędziowaniu? 

Co mogłem, to już osiągnąłem. Cieszę się, że mogę jeszcze być tam, gdzie jestem. To duży sukces. Młodsi napierają, ale dopóki przewodniczący znajduje dla mnie miejsce, zawsze jestem w gotowości. Próbowałem jako junior kopać w piłkę i trener powiedział mi, że zbyt wiele nie osiągnę. Po pierwszej setce meczów w Ekstraklasie zrozumiałem, że jednak można znaleźć swoje miejsce w piłce i nie warto się poddawać. Choćby dla poczucia, że tata jest dumny – grał w drużynie z ojcem trenera Nawałki i zawsze był moim najwierniejszym kibicem.

A w karierze medycznej? Co dalej? 

Jak mówi mój szef – dość tej zabawy w piłkę, czas na doktorat.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. główne newspix.pl / fot. w tekście FotoPyK

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
derlis

To to samo co gadanie że kontuzja dla piłkarza nie jest dramatem, bo dramatem to jest jak się nie ma co do garnka włożyć
Kontuzja typu zerwanie więzadeł czy złamanie nogi będzie dramatem nawet dla zwykłego człowieka, a co dopiero dla piłkarza, który przecież sprawnych nóg potrzebuje do codziennej pracy, a dramat bo się klepie biedę jest szczególnie wtedy kiedy się na to zapracuje własnym lenistwem i niechlujstwem, co nie? :)
To samo jest tutaj, w sporcie stres też odgrywa dużą rolę, z którą jedni sobie radzą lepiej, a drudzy gorzej, i pan powyżej jak widać ze stresem w sporcie radzi sobie nieźle, ale koniec końców stres to stres, nie istnieją żadne podziały dotyczące tego zjawiska, no ale przecież zawsze znajdzie się ktoś kto myśli że dużo pieniędzy równa się bezstresowe życie, a tacy ludzie przecież nie mogą mieć problemów, prawda?

Forbrich-Barber
Amica Wronki

Zgodzę się z tym, że kontuzja dla piłkarza to ogromny dramat. Ja jako amator sportu, lubiący dużo ruchu, kilka lat temu skręciłem bardzo poważnie kostkę, tak że zerwałem więzadła w stawie skokowym. No i ta kostka już nie jest taka sama. Przeżywałem to dosyć długo, że już nie jestem tak sprawny jak kiedyś, a to tylko głupia kostka która na dodatek nie jest moim źródłem dochodu.
Piłkarz po zerwanym krzyżowym dobrze wie, że teraz gdyby zaczął grać dobrze, to ciężko będzie o zagraniczny transfer bo już ma skazę.

derlis

No ale takie gadanie jak np. pana Borka (którego ogólnie jako komentatora/eksperta bardzo szanuję), że problemy czy tam stres to ma ktoś kto za 2500PLN musi utrzymać rodzinę, a nie piłkarz, to jest bezsens, bo to przecież nie jest tak że bogaci ludzie to cyborgi a nie ludzie i nie odczuwają takich rzeczy, i na pewno nie powie mi że jego praca nie jest dla niego stresująca (no, może po tylu latach to już nie, ale na początku na pewno była)

Forbrich-Barber
Amica Wronki

Zgadzam się. Piłkarze mają chwilowy komfort kiedy grają i zarabiają. Ale wystarczy, że taki 25 letni gracz z ESA zerwie więzadła dwa razy i ma po karierze. Czyli nie zarobi takich pieniędzy aby godnie żyć przez całe życie. Na naukę już późno, kasy na inwestycje pewnie nie ma za dużo, otworzyć dobry biznes też nie łatwo, więc się nie dziwię że mają stres.

KMManiek

Brawo Kuba fajny wywiad :-) Mądrego to i miło poczytać :-)

Ekstraklasa stan umysłu
Kartofliska

Klasa. Akurat gdyby nasi kopacze grali tak jak sędziowie sędziują, to byśmy byli w TOP 10 w Europie.
Panie Białek, czyli nie trzeba co tydzień jeździć do tych wydygańców z Pauli, żeby zrobić ciekawy materiał.

wpDiscuz