Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Adam Nawałka, szczególnie w ostatnim etapie pracy z reprezentacją, popełnił wiele błędów. Dziś możemy już o tym mówić z pełnym przekonaniem, punktując po kolei nietrafione decyzje, opierając się na wypowiedziach zawodników, ekspertów, a nawet samego selekcjonera, do którego dotarły jego własne złe wybory. Jednak nawet dziś trudno nie zauważyć, że w momencie podejmowania tych decyzji, część z nich wyglądała w miarę logicznie, albo przynajmniej dało się je w miarę racjonalnie uargumentować. 

Weźmy na przykład to feralne przejście na trójkę obrońców. Dziś wiemy, że to nie wypaliło, może nawet nie miało prawa wypalić. Dziś wiemy, że siłą reprezentacji był jeden wytrenowany schemat gry, że zawodnicy, którzy pojechali do Rosji byli taktycznie na tyle ograniczeni, że tak drastyczna zmiana musiała zakończyć się katastrofą. Jasne, niektórzy przewidywali to na podstawie gry w sparingach, ale z drugiej strony – czy naprawdę nie było żadnych argumentów za takim kombinowaniem? Nie chcę po raz setny wracać do niemal legendarnej wypowiedzi Age Hareide o tym, że Polskę łatwo rozszyfrować, ale istotnie: 3-4-2-1 wydawało się lekarstwem na kilka problemów jednocześnie. Kiepska dyspozycja skrzydłowych. Problem z upchnięciem na boisku Zielińskiego i dwóch innych zawodników stricte ofensywnych. Środek o niższej jakości niż przed dwoma laty na Euro 2016. Wreszcie możliwość płynnego przejścia między systemami w wypadku, gdy gra nie toczy się po naszej myśli.

Może i część tych argumentów jest wydumana, może i część łatwo było obalić już w momencie rozpoczynania kombinacji przy ustawieniu reprezentacji, ale jednak – istniały pewne przesłanki, które usprawiedliwiały takie działanie selekcjonera. Trendy w reprezentacyjnym futbolu nie były jeszcze tak wyraźne jak dziś, gdy jesteśmy już po mundialu. Nawałka istotnie mógł się zastanawiać, czy w kontekście meczów z Senegalem i Kolumbią wzmocnienie środka obrony jeszcze jednym stoperem nie będzie antidotum na ofensywną moc obu tych zespołów. O ile „konserwatyści”, do których się zaliczałem (i mam na to teksty sprzed mundialu!), woleli po prostu grać swoje bez zbędnych rotacji w personaliach i taktyce, o tyle „reformatorzy” też mieli swoje całkiem nieźle brzmiące argumenty.

Podobnie było z innymi kontrowersyjnymi krokami Nawałki. Dziś już wszyscy wiemy, że wyjście aż czterema stricte ofensywnymi zawodnikami na Senegal było dużym błędem, zwłaszcza wobec formy Krychowiaka. Ale przed samym meczem i selekcjoner, i ci, którzy znali jego wybór mogli wyliczać korzyści płynące z tego ruchu. Wsparcie dla Roberta Lewandowskiego ze strony zawodnika wicemistrza Włoch. Więcej miejsca dla Zielińskiego w środku pola. Wykorzystanie jednocześnie i kreatywności rozgrywającego kadry, i dynamiki Grosickiego, a wszystko to w momencie, gdy bliżej pola karnego znajdują się aż dwie naładowane strzelby. Sam muszę przyznać, że choć czytanie o zaletach tego ruchu na godzinę przed meczem z Senegalem pachniało nieco hurraoptymizmem, to jednak niektóre korzyści płynące z takie zestawienia nazwisk trudno było podważyć.

Wybór bazy, w której było gorąco? Na murawie w Kazaniu wiele chłodniej nie było, spokojnie można było zbić zarzuty stwierdzeniem, że w teorii piłkarzom powinno być łatwiej przejść z klimatu Soczi na ten panujący podczas meczów fazy grupowej. Zresztą, gdybyśmy wybrali gdzie indziej, przeloty byłyby dłuższe, wtedy zapewne rozpoczęłyby się dyskusje na temat wyboru bazy, z której wszędzie jest daleko.

Można tak wymieniać dalej, bo choć Adam Nawałka popełniał błędy, to były to raczej interpunkcyjne pierdoły, niż dwa błędy ortograficzne w banalnym słowie.

I tu właśnie dochodzimy do Jerzego Brzęczka, który w pierwszej fazie swojej pracy z reprezentacją Polski popełnił tyle oczywistych błędów, że sam się zastanawiam, co właściwie chce nam wszystkim udowodnić.

W relacji live na Weszło napisaliśmy coś, co moim zdaniem idealnie oddaje ten pierwszy okres pracy Jerzego Brzęczka z kadrą.

Najbardziej nas dziwi, że nie sprawdzają się kompletnie Arkadiusz Reca z boku obrony oraz trójka ustawionych w linii pomocników, Linetty, Góralski i Szymański.

No nie, tak naprawdę to w ogóle nas to nie dziwi, nie dziwi to tysięcy kibiców oglądających Ekstraklasę w ostatnich paru sezonach, nie dziwi to ekspertów, dziennikarzy, byłych piłkarzy, no nikogo, po prostu nikogo to nie dziwi.

Przy błędach Adama Nawałki bez zacietrzewienia i przesadnego sceptycyzmu można było pomyśleć: „to ma szansę się udać”. Przy błędach Jerzego Brzęczka trudno mi wskazać kogokolwiek, kto pomyślałby: „to ma szansę się udać”. Oczywiście, Brzęczek ma bardzo krótką kołdrę, Polska zwyczajnie nie wyprodukowała tylu piłkarzy, by zapewnić selekcjonerowi komfort. Gdyby nie próbował ustawienia 4-3-1-2, pewnie pojawiłyby się głosy: „dlaczego wciąż gramy na skrzydłowych, skoro nie mamy skrzydłowych?”. Ale na razie te rządy Brzęczka to właściwie jeden wielki ciąg decyzji trudnych do uzasadnienia.

Zaczęło się tak naprawdę już pierwszego dnia, od tej upartej wytrwałości przy propozycji zatrudnienia Andrzeja Woźniaka. Chyba nikt w środowisku piłkarskim do końca się z tym nie pogodził – tak ofiarna walka o kandydaturę na tak nieistotne stanowisko takiej postaci to pierwsza skaza na wizerunku Brzęczka, która pewnie – szczególnie, jeśli nie będzie wyników – będzie mu wypominana miesiącami. Czy Nawałka miewał tego typu decyzje? Takie, przy których nawet jego najbardziej zagorzali fani kręcili z niedowierzaniem głowami? Takie, przy których szedł pod prąd dosłownie całemu światu?

A Brzęczek przecież na tym nie poprzestał. Najpierw niezrozumiała asymetria przy powołaniach, gdy pominął Grosickiego, powołując Błaszczykowskiego. Historia obu jest przecież bardzo podobna, ówczesna sytuacja klubowa, historia w reprezentacji, styl gry, nawet jakość na tle konkurentów do składu. Oczywiście uważam, że wszystkie posty o „wujku” i nepotyzmie to zarzuty irracjonalne, ale Brzęczek zamiast wyciszać kłopotliwe tematy, działał jakby na przekór całemu środowisku. Można było znaleźć sto argumentów za powołaniami dla Grosickiego i Błaszczykowskiego. Można było znaleźć sto argumentów za brakiem powołań dla Grosickiego i Błaszczykowskiego. Było trudno znaleźć choćby jeden argument za powołaniem dla Błaszczykowskiego, przy braku powołania dla Grosickiego.

Przejście na 4-3-1-2? Okej, fajny pomysł na jakiś sparing bez stawki, szczególnie, jeśli mielibyśmy wówczas sprawdzić trójkę Krychowiak-Klich-Linetty, czyli taką, w której za każdym z zawodników stoją konkretne argumenty sportowe. Wtedy mają rację bytu argumenty o omijaniu niemocy na skrzydłach poprzez użycie czterech środkowych pomocników, wtedy mają rację bytu dyskusję o taktycznym fortelu, który wzmacnia nasze atuty i maskuje słabości. Ale Szymański-Góralski-Linetty? W momencie ujawnienia przez Stana składu na wieczorny mecz z Włochami pół ławki KTS-u pobiegło po smartfony, żeby stawiać na Włochów. Podobnie było z Recą, choć tu akurat dałoby się jakoś pokrętnie wybronić takie rozwiązanie (sam to robiłem parę tygodni temu, wskazując, że Nawałka stawiając wbrew logice na Mączyńskiego „zbudował” sobie oddanego i sprawdzonego żołnierza).

Dalej: co miało nam dać zagranie w tym meczu parą Milik-Lewandowski? Przecież mecz, w którym piłki ma im dostarczać m.in. tercet Szymański-Góralski-Linetty nie jest w żaden sposób miarodajny jeśli chodzi o ocenę takiego duetu. Nie wiemy, czy potrafią grać razem? Abstrahując od tego, że wiemy – bo już grali niejednokrotnie – to sprawdzanie akurat takiej pary w meczu, gdzie gramy jakimś dziwacznym systemem z równie dziwacznymi nazwiskami wydaje się kompletnie nieuzasadnione.

To zresztą nieodrobiona lekcja z kadencji Nawałki, który sprawdzał ustawienie z trójką stoperów i wahadłowymi, ale nigdy w najmocniejszym zestawieniu personalnym. Efekt był taki, że nie tylko nie znaliśmy prawdziwej mocy nowej strategii, ale też ostateczni wykonawcy nie znali do końca jej założeń. Wszystko mówi fakt, że tak jak na Senegal nie wyszliśmy nigdy, na nikogo.

Teraz Brzęczek jest w fazie testowania, ale kurczę, czy kiedykolwiek jeszcze zagramy trójką Szymański-Góralski-Linetty? Przecież to jest testowanie dla samego testowania, wszyscy z góry wiedzą (nie wierzę, że selekcjoner nie wie), że gramy tak pierwszy i ostatni raz. Nawet jeśli jeszcze zagramy tym systemem – to innymi nazwiskami, nawet jeśli zagramy tymi nazwiskami – to w innym systemie.

Wszystkie te drobne wtopy wynikają zresztą moim zdaniem z dwóch nadrzędnych błędów. Po pierwsze: kompletnie mylnego założenia, że Ligę Narodów można potraktować jak serię meczów towarzyskich. Nie wiem, czy to kwestia braku zrozumienia regulaminów, czy jednak świadoma decyzja, ale tak czy owak – skoro już złapaliśmy Pana Boga za nogi i trafiliśmy do najmocniejszej grupy, to trzeba było zrobić wszystko, co tylko w naszej mocy, by się w niej utrzymać. Dotyczy to zarówno selekcjonera i jego decyzji, jak i poszczególnych zawodników (zgadzam się z Mateuszem Borkiem zażenowanym „zmęczeniem” Recy w końcówce).

Po drugie – być może ważniejsze – brak reakcji na widoczne gołym okiem trendy w nowoczesnym futbolu reprezentacyjnym. Po pierwszych dwóch meczach wydawało się, że Brzęczek ma to wszystko obcykane. Nie jest przypadkiem, że pośród ośmiu najlepszych drużyn globu znalazły się dwie drużyny grające piłkę skrajnie prymitywną, ale jednocześnie bardzo skuteczną. Rosja i Szwecja to mniej więcej nasza półka pod względem potencjału i jednocześnie jasny drogowskaz, właściwie trudno o jakikolwiek jaśniejszy. Futbol reprezentacyjny staje się coraz bardziej uproszczony, coraz bardziej prymitywny, mniej wyrafinowany. Mówił o tym Joachim Loew w swoim obszernym raporcie, ale nie szukajmy daleko, spójrzmy na stosunek posiadania piłki czy liczby podań do goli we wczorajszym meczu Hiszpanów z Anglikami.

Poziom się wyrównuje, nawet słabsze państwa wysyłają swoje talenty do najlepszych szkółek świata, a te odpłacają im gotowymi reprezentantami. Coraz trudniej o kompletne zdominowanie rywala, coraz więcej zależy od pojedynczych błędów, stąd też zresztą moim zdaniem wzrost roli stałych fragmentów. Gdy graliśmy z Włochami i Irlandią, wydawało się, że Brzęczek od początku kładzie nacisk właśnie na te podstawy – gdy ten cały świat narodowego futbolu się upraszcza, my również stawiamy na podwójne zasieki i finezyjne stałe fragmenty.

Ale po ostatnich dwóch meczach trend się odwrócił – świat upraszcza, my, od zawsze grający prosto, zaczynamy kombinować. Zamiast tłuc „swoje”, nawet jeśli to „swoje” oznacza lagę na szybkiego skrzydłowego – my szukamy kwadratowych jaj, do których zwyczajnie nie mamy wykonawców.

Trudno mi wykrzesać jakikolwiek optymizm po ostatnich zetknięciach z reprezentacją. Pocieszenia szukam w wypowiedziach Zbigniewa Bońka i Roberta Lewandowskiego, którzy dość otwarcie powiedzieli, że bez skrzydłowych, choćby i niegrających w klubie i pozostających pod formą, Polska się po prostu gubi.

Poszedłbym o krok dalej i zaryzykował: gubimy się, ilekroć trzeba zagrać coś innego, niż „to co zwykle”. Więc może grajmy „to co zwykle?