Pekin: zdobyty. Szanghaj: zdobyty. Miażdżąca końcówka Kubota
Inne sporty

Pekin: zdobyty. Szanghaj: zdobyty. Miażdżąca końcówka Kubota

Taką końcówkę sezonu to my szanujemy! Łukasz Kubot (w parze z Marcelo Melo) na dobre wrócił do szczytowej formy i absolutnej światowej czołówki. Polsko-brazylijski duet właśnie wygrał drugą imprezę z rzędu i przy okazji zapewnił sobie (także po raz drugi z rzędu) udział w kończącym sezon turnieju mistrzów. Powiedzieć, że to zaskakujące po pierwszej części sezonu w ich wykonaniu, to nic nie powiedzieć.

Kubot i Melo sezon zaczęli jak przystało na liderów deblowego rankingu – od zwycięstwa w turnieju w Sydney. Potem jednak już tak dobrze nie było. Tylko ćwierćfinał Australian Open (porażka z deblowymi anonimami McLachlanem i Struffem), porażki w drugich meczach w Rotterdamie i Rio de Janeiro, w pierwszych w Indian Wells, Miami i Monte Carlo. Wszystkich wyników wymieniać nie będziemy, ale jedno jest jasne: było zdecydowanie poniżej oczekiwań. Także na Roland Garros dotarli zaledwie do trzeciej rundy i kryzys był coraz bardziej widoczny. Przed Wimbledonem, na którym mieli bronić tytułu – wreszcie powiew optymizmu – wygrana w Halle. Co z tego, skoro na najsłynniejszych trawiastych kortach świata polsko-brazylijska para odpadła już w drugiej rundzie?

Dalej: Waszyngton, Toronto i Winston-Salem – bez wygranego choćby meczu. W efekcie brutalny wyjazd z pierwszej dziesiątki rankingu. Trudno się dziwić, że przed US Open już głośno mówiono o kryzysie niedawnych liderów notowania ATP. Ale jak to w sporcie często bywa – czasem potrzebny jest gorszy okres, żeby znów wszystko zaczęło grać. I dokładnie tak było w przypadku Łukasza i Marcelo. Kiedy pod koniec sierpnia ruszał ostatni tegoroczny Wielki Szlem, mieli na koncie w sezonie 24 wygrane i 18 porażek, z czego w ostatnich dwóch miesiącach 2 zwycięstwa i 5 porażek. Cieniutko. Jeśli wtedy ktoś chciałby mówić o udziale Kubota w kończącym sezon turnieju ATP Finals, to raczej w roli eksperta, komentującego imprezę w telewizji…

Na US Open oglądaliśmy jednak znowu parę, która zachwycała w poprzednim sezonie. W efekcie Kubot i Melo dotarli aż do finału. Co ważne, przy okazji podróży z Ameryki Północnej do Azji forma na szczęście nie wyparowała. W ubiegłym tygodniu panowie wygrali turniej w Pekinie, demolując w finale wyżej notowanych Maracha i Pavicia. Dziś dołożyli kolejne zwycięstwo, w jeszcze większym turnieju Szanghaju. Maracha i Pavicia ograli tym razem w półfinale, w meczu o tytuł nie dali szans Jamie Murrayowi i Bruno Soaresowi.

Co istotne, oczywiście poza kasą (w Pekinie Kubot i Melo wygrali po 110 tysięcy dolarów, w Szanghaju po 210) już półfinał tej drugiej imprezy dawał Polakowi i Brazylijczykowi drugi z rzędu awans do ATP Finals. I serio, trzeba przyznać, że ta pogoń za prawem startu w turnieju kończącym sezon była imponująca.

Od końca sierpnia, kiedy ruszył US Open, panowie mają bilans 13 zwycięstw i 1 porażka (w finale na Flushing Meadows). Siłą rzeczy, jeśli utrzymają formę jeszcze przez miesiąc, będą głównymi faworytami także w Londynie. Cel jest oczywisty: poprawić wynik sprzed roku, kiedy przegrali w finale. Wygłaszanie takich teorii w czasie wakacji byłoby czystym science-fiction. Dziś brzmi jak dobry plan.

A propos finałów i polskich sukcesów w deblu – dziś biało-czerwoni wygrywają na całym świecie. Podczas gdy Kubot triumfował w Szanghaju, nasza tenisowa nadzieja Iga Świątek prawie 20 tysięcy kilometrów stamtąd, w Buenos Aires, sięgała po złoty medal młodzieżowych igrzysk olimpijskich (w parze ze Słowenką Kają Juvan). Takie weekendy to my rozumiemy!

KOMENTARZE (0)

Dodaj komentarz

Powiadom o
wpDiscuz