Puste trybuny – coraz częstszy obrazek w ekstraklasie
Weszło

Puste trybuny – coraz częstszy obrazek w ekstraklasie

Ciężko, naprawdę ciężko jest być sympatykiem polskiego futbolu. Reprezentacja obita na mundialu, młodzieżówka niepotrafiąca wygrać z Wyspami Owczymi. Mistrz Polski wyrzucony z pucharów przez klub z Luksemburga i brak naszej drużyny we właściwej fazie europejskich rozgrywek od dwóch sezonów. A jeszcze ciężej być fanem samej ekstraklasy, z której co roku masowo wyjeżdżają zawodnicy umiejący w miarę prosto kopnąć piłkę. Obiektywnie oceniając, najnowszy dorobek naszego futbolu po prostu musiał przełożyć się na spadające zainteresowanie i właśnie takie zjawisko obecnie obserwujemy.

6 tysięcy widzów na derbach Dolnego Śląska. 8 tysięcy na ostatnim domowym meczu Lecha, który jeszcze niedawno był liderem frekwencji w ekstraklasie. 11 tysięcy na Górniku, który jeszcze w zeszłym sezonie bił rekordy popularności. Wreszcie – tysiące pustych krzesełek podczas szlagieru Legia-Lech. Jakkolwiek spojrzeć, ludziom coraz mniej podoba się wyrób piłkarskoposobny zwany ekstraklasą i coraz mniej chętnie wydają pieniądze na bilety, czy decydują się spędzić weekendowe popołudnie przy 90 minutach lokalnej kopaniny. Co więcej, nie są to tylko subiektywne odczucia, bo niepokojącą tendencję bardzo dobrze obrazują liczby.

Przed rokiem na tym samym etapie rozgrywek stadiony odwiedziło o 78 tysięcy osób więcej. W stosunku do tego samego momentu sprzed roku frekwencja spadła aż o 12 procent. A przypomnijmy, że dziś w lidze nie grają już zamulacze z Niecieczy, czyli Bruk-Bet i Sandecja, które pod względem wypełnienia stadionu wyraźnie odstawały od reszty stawki. A mimo to frekwencja i tak leci na łeb, na szyję. Poniżej kilka konkretów:

Najwięcej oczywiście spadło Lechowi, który w dwóch pierwszych kolejkach grał na zamkniętym stadionie (a potem m.in. przy zamkniętym kotle). 13 tysięcy osób na meczu z Wisłą Kraków (przed którym Kolejorz wygrał przecież wszystkie 4 mecze) oraz ledwie 8 tysięcy na ostatnim meczu w Poznaniu z Piastem. W stosunku do analogicznego momentu w zeszłym sezonie, średnia frekwencja na Lechu spadła aż o 11 700 osób.

Najsmutniejszym przypadkiem jest jednak ten w Zabrzu, gdzie przed rokiem panował prawdziwy boom na piłkę, a dziś entuzjazm dramatycznie się obniżył. Zamiast cyklicznie powtarzających się kompletów mamy takie wyniki, jak na Pogoni (11 200 osób). Ogółem na Górnika w każdym meczu przychodzi dziś o 8500 ludzi mniej, niż miało to miejsce jeszcze przed rokiem.

Bardzo słaba gra w lidze bezpośrednio przekłada się na malejące zainteresowanie meczami Cracovii, Pogoni czy Śląska. Spotkania każdego z tych klubów na początku tego sezonu średnio ogląda o ok. 2500 osób mniej niż to miało miejsce na początku poprzednich rozgrywek.

Beniaminkowie bardzo niewiele wnieśli do ligi pod względem frekwencji, przede wszystkim z uwagi na niewielkie możliwości jeżeli chodzi o pojemność obiektów. Ogólnie w Sosnowcu na mecze średnio przychodzi po 4400 osób, a na Miedź 5500. Głód ekstraklasy może i widać, ale na pewno nie obserwujemy szaleństwa, jakie przed rokiem pokazywali fani beniaminka z Zabrza. Co więcej, zamiana Bruk-Betu (na początku zeszłego sezonu średnia 3900) i Sandecji (2300) na Zagłębie i Miedź wcale nie wywołała jakiegoś specjalnego wzrostu ogólnej frekwencji.

Legia, mimo że w stosunku do zeszłego lata wypada lepiej, wciąż nie przyciąga na trybuny zadowalającej liczby kibiców. Obecnie na Łazienkowską średnio przychodzi po 16 600 osób.

Wisła Kraków, mimo kapitalnej gry, płaci cenę za zamieszanie organizacyjne na kilku polach i nawet na jej mecze przychodzi mniej osób, niż miało to miejsce na starcie poprzedniej kampanii. Dopiero na ostatnim meczu z Lechią wynik na trybunach był przyzwoity – ponad 23 tysiące widzów. Ogólnie jednak tego lata Biała Gwiazda zanotowała spadek o przeszło 1500 osób w każdym meczu.

Coraz bardziej ponuro ekstraklasa wygląda w Płocku. Stadion Wisły odwiedza coraz mniej osób i ten zwyczajnie straszy pustkami. Dziś to trzeci najmniej chętnie odwiedzany obiekt w ekstraklasie, ze średnią frekwencją ledwo przekraczającą 5 tysięcy osób. W stosunku do zeszłego lata na Wisłę przychodzi o przeszło półtora tysiąca ludzi mniej na każdy mecz.

Tuż po sukcesie na Euro 2016 i podczas ostatniego sezonu w formule z podziałem punktów (co również jest nie bez znaczenia) ekstraklasa wykręciła swój frekwencyjny rekord. W sezonie 2016/17 na naszych stadionach łącznie zameldowało się 2,85 miliona widzów. W kolejnym sezonie odnotowano już 2-procentowy spadek, a dziś – porównując tylko pierwsze osiem kolejek – jesteśmy na najlepszej drodze, by spaść o kolejne 12 procent. Warto nadmienić, że ostatni tak znaczący spadek frekwencji w ekstraklasie został dopiero zatrzymany wprowadzeniem reformy ESA37 i rozszerzeniem liczby meczów.

Pod względem frekwencji łącznej w ostatnich latach wyglądało to tak:

Dotychczas frekwencja – właśnie zliczana łącznie – była argumentem, którym spółka Ekstraklasa chwaliła się z dumą. Z pewnością miał to być także jeden z głównych powodów, dla których nowy pakiet praw TV powinien być znacznie droższy. I właściwie trudno wyobrazić sobie gorszy moment na tak znaczący odpływ kibiców ze stadionów. Straszące pustkami obiekty, jak te na Lechu czy Wiśle Płock, niezbyt popularne szlagiery czy upadające na naszych oczach fenomeny, jak ten Górnika Zabrze z zeszłego sezonu, który w pewnym momencie był 57. najpopularniejszym klubem w całej Europie (KLIK). Jakkolwiek spojrzeć, czy to na boisku, czy też na trybunach, ogólny obraz naszej ekstraklasy jest coraz smutniejszy.

MICHAŁ SADOMSKI

Fot. FotoPyK