Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Jestem tak stary, że pamiętam ignorowanie meczów pierwszych faz eliminacji europejskich pucharów. Niedługo zostanie nas na tym świecie tylko garstka – nas, czyli ludzi, którzy sięgają pamięcią do tych lat, gdy meczów Widzewa z Nefczi Baku czy ŁKS-u z Kjapazem Gandża nawet się nie oglądało, a jedynie sprawdzało wynik: ile goli im załadowaliśmy i czy skład był mocny. Gdyby wówczas ktoś przepowiadał, że jeszcze za naszego życia futbolu będą uczyć nas Mołdawianie, Azerowie i Luksemburczycy, zapewne zostałby wyśmiany jak ci, którzy wieszczyli koniec AWS-u i Unii Wolności.

Ale mimo wszystko udało mi się zapanować nad nostalgią i naprawdę nie mam zamiaru po raz setny rozwodzić się nad skalą upadku naszej piłki, porównując dzisiejsze wojaże naszych klubów eksportowych z legendarnymi bitwami zespołów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale też meczami Wisły Kraków czy Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Nie, porównania na niewiele się zdadzą, poza tym, że po raz kolejny odpalimy sobie jakieś retro filmy z czasów tamtej skorumpowanej, brudnej, przesiąkniętej wszelką patologią ligi, która w Europie prezentowała się jednak o niebo lepiej niż dziś.

Zamiast wspomnień i rzewnych łez – obecnych przy ostatnich kilkunastu eurowpierdolach – większość środowiska piłkarskiego tym razem stawia na refleksję – co zrobić, by nie upaść jeszcze niżej. To słuszny kierunek i istotnie warto właśnie teraz, w momencie największego kryzysu, rozważać wszystkie możliwe rozwiązania i sposoby na wyjście z tej nieciekawej sytuacji. Kiedy, jeśli nie teraz, gdy ligę ogląda się najgorzej od dekad, nawet solidne kluby walczą o spięcie budżetu, a w poszczególnych zespołach główne role odgrywają goście, którzy jeszcze kilka miesięcy temu grali w juniorach, albo niższych ligach?

Zupełnie szczerze – spodobał mi się pomysł z zawieszeniem ligi, zaproponowany na Weszło. Lokaut w Grecji miał miejsce po wybrykach pseudokibiców, lokaut w Polsce zarządzony zostałby po wybrykach pseudopiłkarzy. Główny zamysł: skrócenie ligi z jednej strony z litości nad widzami i kibicami, z drugiej w ramach oszczędzania pieniędzy przez kluby, które będą mogły płacić pensje, albo przynajmniej wejściówki i premie (kwestia ustalenia formy prawnej lokautu) trochę rzadziej niż dotychczas. Zresztą, pomyślcie sami – budżet klubu z 12 miesięcy przechodzi niemal w całości na następne 12 miesięcy, czyli wszystkie kluby nagle stają się w miarę bogate. 12 miesięcy oszczędności, a potem chlast, lecimy grubiej niż dotychczas. Jak nas wykluczą z pucharów – tym lepiej, będzie można znów przyoszczędzić a nadwyżki zainwestować, plus żaden Kazimierz Węgrzyn nie będzie musiał tłumaczyć, że porażki w pucharach zaciemniają obraz fantastycznie rozwijającej się ligi, bo żadnych porażek w pucharach nie będzie.

Pomysł ma oczywiście jedną poważną wadę, nie będziemy mieć na Weszło o czym pisać, w związku z czym jedynym logicznym wyjściem jest jego porzucenie na rzecz bardziej przemyślanych koncepcji. Wczoraj Krzysztof Stanowski rozpisał u siebie w felietonie większość problemów polskiej piłki, po czym zalecił szereg reform, które w efekcie mogą poprawić stan polskiej piłki. Generalnie z większością jego postulatów trudno się nie zgodzić, ale też każdy czytelnik gdzieś podświadomie czuje, że czyta obraz mitycznej utopii. Utopii, której wprowadzić się nie da, ani siłą, ani prośba, ani umiejętnym łączeniem obu – w dużej mierze dlatego, że piłką rządzą osoby totalnie do swej roli nieprzygotowane, ale też dlatego, że najważniejszym czynnikiem zmian musiałaby być zmiana mentalności w środowisku piłkarskim – od kibiców, przez trenerów, po działaczy.

Uważam, że tak głębokie rewolucje oparte na zmianie światopoglądu setek ludzi nie są możliwe, przynajmniej nie od razu, w przeciwieństwie do niektórych pomysłów również dość efektywnych, a jednak sporo łatwiejszych do wprowadzenia. Nauczenie kibiców, prezesów i właścicieli klubów trudnej sztuki cierpliwego oczekiwania na wyniki to proces, który będzie trwać latami, a nic nie gwarantuje, że w międzyczasie zawrócimy z tej ścieżki. Zmiany doraźne będę miały oczywiście o wiele mniejszy efekt, ale wepchną kluby właściwie siłą na drogę, z której będzie trudno zawrócić.

Postulaty są dwa i są – moim zdaniem – banalne do wprowadzenia.

Pierwszy to zmiana warunków licencyjnych, które od tej pory obejmowałyby nie tylko szereg upierdliwych szczególików z zakresu infrastruktury stadionowej, ale też absolutną podstawę – bazę treningową. Szukam w głowie powodów, dla których w warunkach licencyjnych nie można dopisać wymogu posiadania boiska pod balonem, które zapewni przynajmniej pierwszej drużynie możliwość całorocznych treningów w godnych warunkach, albo chociaż wymogu posiadania trzech boisk, na których mogą trenować klub oraz jego akademia młodzieżowa. Kluby się zbuntują? No mogą się buntować, tak jak przeciwko wymogom posiadania odpowiedniego oświetlenia dla telewizji oraz odpowiednio wysokich krzesełek, które nie powodują u wiernych fanów wad kręgosłupa. Sęk w tym, że jeśli coś jest w podręczniku licencyjnym, to klubom pozostaje bunt młodzieżowy – zamknięcie się w swoim pokoju do momentu, aż zrozumieją, że ich protest żadnego efektu nie przyniesie.

Warunki licencyjne są bezduszne już od najniższych lig. W A-klasie musisz mieć drużynę młodzieżową i nikogo nie interesuje, że to tylko grupa ziomków wygrała przypadkiem rozgrywki B-klasy – muszą na szybko kombinować młodocianych zawodników, których „wpiszą” sobie do wniosku licencyjnego. W I lidze nikt nie patrzy na to, że stadiony idealnie sprawdzające się w II lidze, teraz muszą zostać uzbrojone w jupitery – takie są wymogi telewizji i żadne błagania niczego nie zmienią.

A skoro bezlitosne przepisy wiążą jakąś część budżetów klubów od góry do dołu – dlaczego nie dorzucić tutaj inwestycji tak obiektywnie dobrej, jak rozbudowa bazy treningowej? Czy koszta byłyby za duże? W I lidze być może, ale słynna tabelka z wartościami wypłaconych menedżerom prowizji nie pozostawia wątpliwości – właściwie każdy z 16 klubów krajowej elity znalazłby w budżecie te półtora miliona, by zapewnić swoim piłkarzom możliwość trenowania na normalnym placu. Zresztą – gdyby Ekstraklasa i PZPN zdecydowały się na tego typu podwyższenie wymogów teraz – presja środowiska dziennikarskiego, kibiców, ekspertów czy nawet sponsorów byłaby tak wielka, że kluby zwyczajnie nie mogłyby zaprotestować. Popłakałyby chwilę w rękaw, po czym z ciężkim sercem zrezygnowały z dwóch Słowaków, zamiast tego inwestując w grunty.

Staram się znaleźć jakieś słabe punkty tego rozwiązania, ale naprawdę, w takim sezonie trudno. Przenosząc nakłady z pierwszego zespołu na infrastrukturę obniży się jakość gry? No nie da się już gorzej grać. Kluby zbankrutują? Nie zbankrutowały od montażu oświetlenia czy prowizji menedżerskich, to nie zbankrutują od budowy jednego boiska. Co najważniejsze – właściciele przychodzą i odchodzą, podobnie jak piłkarze czy trenerzy. Infrastruktura jednak zostaje przy klubie, więc nawet w najczarniejszych scenariuszach, przynajmniej młodzież nadal ma gdzie trenować.

To jest pierwsza banalna zmiana, druga dotyczy zaś już ściśle PZPN-u. Wszędzie, gdziekolwiek przyłoży się ucho, słychać narzekania młodych trenerów. Zarabiają grosze – często po kilkaset złotych. Mają na głowie po kilka drużyn, żeby jakoś związać koniec z końcem. Doszkalanie się – kursy, konferencje, ale i awans zawodowy w postaci zdobywania kolejnych licencji – to nie tylko ogromny koszt, ale i spory nakład pracy. Efekt jest taki, że na zajęcia z młodzieżą wychodzą nieszczególnie przygotowani, nieszczególnie zmotywowani, niewyspani i przytłoczeni natłokiem informacji młodzi goście, którzy cisną na czystej pasji – zazwyczaj do momentu, gdy małżonka zagania ich do normalnie płatnej pracy.

Kto może to zmienić? Pierwsze w kolejce są kluby, ale od nich nie wymagam za wiele – już wystarczy, że będą musiały budować boiska. Druga w kolejności wydaje się więc organizacja, która tym wszystkim kręci – a więc PZPN. To na konto PZPN-u czy podległych mu okręgowych związków lądują opłaty za szkolenie trenerów, to PZPN również ma największy finansowy komfort spośród wszystkich podmiotów polskiej piłki. Zastanawiam się – czy na pewno po tak intratnych dealach marketingowych, jakie zawarł związek w ostatnich latach, nadal kursy UEFA A czy wyższe muszą być tak drogie? Czy naprawdę muszą być organizowane tak rzadko?

Jak to sobie wyobrażam? PZPN zgodnie ze swoim statutem zakładającym wyznaczanie kierunku rozwoju futbolu w Polsce tworzy specjalny fundusz na rzecz szkolenia trenerów, z którego opłaca rozwój szkoleniowców. Żadnej papierologii – po prostu obniżenie cen tam, gdzie wyznacza je PZPN i opłacenie 50% kwoty, jeśli cenę wyznacza któryś z okręgowych związków. Zresztą, co ja się będę rozpisywał, wkleję fragment ze strony PZPN-u.

By zdobyć UEFA Pro, musiał poczekał aż 10 lat. To przede wszystkim efekt wymogów piłkarskiej centrali – by rozpocząć kurs, trzeba mieć za sobą pięć lat w roli asystenta trenera lub dwa lata jako szkoleniowiec pierwszej drużyny w klubie od ekstraklasy do II ligi.

Broniszewski najpierw szkolił młodzież, a jako asystent pracę zaczął w 2009 roku w Zagłębiu Lubin, gdzie poznał Franciszka Smudę, z którym jego losy trenerskie są związane do tej pory. Razem pracowali także w reprezentacji Polski (podczas Euro 2012), niemieckim Jahn Regensburg, Wiśle Kraków, a teraz w Widzewie. Na początku 2016 roku Broniszewski mógł w końcu wykazać się pięcioletnim stażem jako asystent i zapisał się na UEFA Pro.

Jeździłem po wszystkich klubach i zbierałem dokumenty. Były też inne kryteria, jak niekaralność. Musiałem także wykazać, że regularnie brałem udział w kursokonferencjach odbywających się w wojewódzkich związkach piłki nożnej i w PZPN. W końcu zacząłem upragniony kurs, a właściwie można to nazwać studiami po licencję UEFA Pro – cieszy się Marcin Broniszewski. – Musiałem zdać egzamin, który składał się z części teoretycznej i praktycznej. Trzeba było m.in. pokazać, że potrafimy grać w piłkę, po prostu rozegraliśmy między sobą mecz. Na kursie było 22 trenerów, wiec były dwie jedenastki.

UEFA Pro to najwyższy stopień uprawnień trenerskich. Według strony PZPN w Polsce jest 197 szkoleniowców z taką licencją (w tym 15 zagranicznych). By wziąć udział w kursie, trzeba zapłacić 17 tysięcy złotych. Jak wylicza Broniszewski na dojazdy, hotele, wyjazdy na staże wydał prawie drugie tyle.

Kurs odbywa się raz na dwa lata.

Czujecie ten klimat? Marcin Broniszewski musiał przez 10 lat się bujać po klubach, wydał ponad 30 tysięcy złotych, żeby załapać się na kurs, który odbywa się raz na dwa lata.

Przecież to brzmi jak piłkarskie samobójstwo. Kto ma dobrze trenować, jeśli okienko, przez które można wskoczyć do zawodu, jest tak wąskie, że mieści się w nim kilkunastu trenerów rocznie? Przecież zapotrzebowanie na wykształconych, fachowych trenerów nie kończy się na szesnastu klubach Ekstraklasy. Idealną sytuacją byłoby zatrudnianie trenerów z wysokim stopniem uprawnień nawet na stanowiska w piłce młodzieżowej. W tej zresztą PZPN prowadzi osobne kursy, Elite Youth, równie drogie (5 koła) i z równie wysokimi wymaganiami.

Nie rozumiem i nie zrozumiem, dlaczego nie chcemy mieć więcej dobrze wykształconych trenerów na każdym szczeblu, skoro koszt byłby dość niski w stosunku do wysokości kontraktów reklamowych zawieranych przez PZPN dzięki reprezentacji Polski. Przecież sama organizacja dostrzega problem – powstał program mobilnej Akademii, która ma za zadanie doszkalać trenerów w poszczególnych województwach, w miejscu ich pracy. Ale to przecież działanie doraźne, niejako łatające dziurę, która powstaje w wyniku ustalenia zbyt wysokich cen podstawowych kursów. Trenerów UEFA Pro doszkalać nie trzeba, ale produkujemy ich w takim tempie, jak kreatywnych rozgrywających. Albo i wolniej.

Dwa proste ruchy. Niewielkie w kontekście innych wydatków środki. Łatwe pod względem prawnym, doskonałe pod względem marketingowym. W przeciągu kilku lat mamy i boiska, i trenerów.

A doświadczenie uczy, że mając boiska i trenerów o wiele łatwiej później o piłkarzy.