Kamila Lićwinko: w Rio mogłam mieć medal, to mnie dobija
Inne sporty

Kamila Lićwinko: w Rio mogłam mieć medal, to mnie dobija

– Podczas treningu psychologicznego profesor Blecharz poprosił, żebym ułożyła sobie formułkę, którą powtarzałabym tuż przed skokiem. Takie ostatnie słowa. To miały być techniczne aspekty, ale zapytałam, czy mogę wrzucić tam przekleństwo. No i jakoś mi weszło „prawa, lewa, napierdalaj końcówkę”. Ale mówię to w myślach, dlatego nikt nie może odczytać tego z ruchu moich warg! – mówi Kamila Lićwinko, brązowa medalistka mistrzostw świata w skoku w wzwyż, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich lekkoatletek.  

Z „Kamą” spotkaliśmy się korzystając z jej przerwy w karierze spowodowanej ciążą. W rozmowie z Weszło opowiada o swoich korzeniach, dlaczego jako mistrzyni Polski musiała pójść do normalnej pracy w drogerii, o przegranych igrzyskach w Rio, stresie zżerającym ją podczas zawodów i Tokio 2020. Bo jak sama się mówi, chce się odgryźć na igrzyskach.

 *

Kamila Lićwinko – brązowa medalistka mistrzostw świata 2017, halowa mistrzyni świata 2014, wielokrotna mistrzyni Polski. Rekordzistka kraju z wynikiem 202 cm. Pierwsza polska skoczkini wzwyż, która pokonała granicę dwóch metrów.  

 *

To prawda, że swój pierwszy skok oddałaś przez poręcz łóżeczka?

Rodzice cały czas powtarzają, że byłam bardzo żwawym dzieckiem. Można powiedzieć, że od początku miałam predyspozycje do sportu. Szybko zaczynałam się wiercić, podnosić, stawiać pierwsze kroki. Mama zawsze śmiała się też, że nie musiała nawet nastawiać budzika, bo od 4 do 6 płakałam codziennie. Ale za to mogła pospać aż do 4.

Jesteś jednym z ostatnich roczników „nieinternetowych”. Ciężko cię było ściągnąć z podwórka do domu?

Pochodzę z Bielska Podlaskiego liczącego mniej niż 30 tys. ludzi. Mieszkaliśmy na osiedlu domków jednorodzinnych, wokoło zawsze było dużo znajomych. Większość czasu spędzało się właśnie na podwórku. Szczególnie utkwiło mi w pamięci to, że w tamtym czasie bardzo modne były rolki, wrotki. Kiedy koleżanka miała takie, bo dostała ze Stanów, to wszyscy strasznie jej zazdrościli. Wolny czas zawsze spędzało się aktywnie, nie przypominam sobie, żeby w wakacje siedziało się w domu. Chyba, że lało. Miło wspominam tamte strony. Miałam bardzo dobrą szkołę, nauczycieli, pierwszego trenera od lekkiej atletyki. Z Bielska wyprowadziłam się mając szesnaście lat. Wyjechałam do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Białymstoku, zamieszkałam w internacie.

Szkoła życia?

Na pewno. Mówi się, że okres studiów jest najlepszy, ale ja zawsze najlepiej będę wspominać właśnie liceum i internat. Miałam fajną, zgraną klasę, zresztą to byli sami sportowcy, lekkoatleci. Z niektórymi z nich do dziś utrzymujemy kontakty.

Dlaczego nie zostałaś siatkarką, bo wiem, że próbowałaś.

Ale chyba tylko dlatego, że moi nauczyciele zauważyli, jaka jestem szczupła i wysoka. Bo w gimnazjum miałam już 176 cm. A że szkoła była lekkoatletyczno-siatkarska, to chcieli mnie do tej siatkówki wciągnąć. Ale też nie grałam jakoś na siłę, po prostu jak był sezon na siatkówkę, to grałyśmy w siatkówkę, a jak była wiosna i trzeba było startować w tych wszystkich gimnazjadach, to przenosiłam się na stadion. Dziś widzę jednak, że to było dobre, bo jedno pomagało w drugim. Chociaż później w sercu bardziej zagnieździła się lekkoatletyka.

Ponoć trzeba było cię aż odbijać z drużyny siatkarskiej. Trener nie chciał puścić wysokiej?

Z tym odbiciem to była prawda. Moja mama też była lekkoatletką, trenowała wielobój, nawet trenera miałyśmy tego samego (Janusza Kuczyńskiego – red.). Pamiętam, wróciłam akurat z meczu, taka szczęśliwa, bo chcieli mnie nawet do kadry województwa, a mama mówi: „Dziecko! Zobaczyłam swojego dawnego trenera w telewizji i zadzwoniłam do niego, żebyś mogła u niego trenować”.

Grzecznie posłuchałaś?

Tak i dobrze się stało, bo chyba nie nadaję się do sportów zespołowych (Lićwinko robi krzywą minę). Wolę się złościć na siebie.

To właśnie chyba najczęściej przewija się w tekstach o tobie: że od zawsze się złościłaś i zbyt mocno stresowałaś się podczas startów.

Bo zawsze byłam bardzo ambitna, wysoko stawiałam sobie poprzeczkę. Moje cele często były nawet zbyt wygórowane i pewnie dlatego później niektóre duże imprezy mi nie wychodziły. Dziś wiem, że sama nakładałam na siebie większą presję niż otoczenie, trener, władze związku. Ale taka jestem.

Później to się zmieniło? Odpuściłaś sobie trochę?

Długo to trwało. Dużą rolę odegrał w tym wszystkim prof. Jan Blecharz, z którym zaczęłam współpracować w 2013 roku po mistrzostwach świata w Moskwie. Zaczęłam pracować sama ze sobą, przekonałam się, jak to jest ważne w sporcie. Jak dużą rolę odgrywa głowa.

Pierwsze poważne wyniki pojawiły się u ciebie w 2004 roku, kiedy w wieku 18 lat zostałaś wicemistrzynią Polski na stadionie i brązową medalistką w hali. Szybko odpaliłaś.

Niby tak, ale na przykład Kamila Skolimowska w takim wieku zdobyła już złoty medal olimpijski. Gdzie ja w ogóle na swoje pierwsze igrzyska pojechałam mając trzydzieści lat. Wtedy jednak w Polsce generalnie nie było wysokiego poziomu w skoku wzwyż. Do zdobycia drugiego miejsca wystarczyły 184 cm, co było bardzo dobrym wynikiem jak na tamte czasy. Dopiero później dołączyły kolejne dziewczyny i ten poziom trochę był wyższy, na mistrzostwach skakałyśmy już powyżej 190 cm.

Rok 2011 był dla ciebie jednym z najtrudniejszych. W pewnym momencie musiałaś nawet pójść do zwykłej pracy.

Zaczęło się od kontuzji stopy. Niby nic poważnego, po prostu odszczepił mi się fragment kości, który później uwierał mnie przy każdym ruchu. To był dosłownie kosmetyczny zabieg, trwał może jakieś pięć minut razem z rozcięciem, wyciągnięciem tego kawałeczka i zszyciem, ale długo uniemożliwiał mi trenowanie. Musiałam odpuścić cały sezon letni, żeby się wyleczyć. W końcu trzeba było podjąć jakąś decyzję, bo nie dość, że musiałam mieć na rachunki i podstawowe rzeczy, to jeszcze na czesne, bo wtedy też zaocznie studiowałam. A jednak w pewnym wieku nie chce się już ciągnąć kasy od rodziców. Jasne, zawsze mogłam na nich liczyć, pomagali mi, ale starałam się utrzymywać sama. Dlatego poszłam do galerii handlowej, dostałam pracę w drogerii. Co ciekawe pracowałam z koleżanką, która mieszka tuż obok (Kamila pokazuje dom w sąsiedztwie). Właśnie stamtąd się znamy.

I jak radziłaś sobie za ladą?

Na początku miałam być tam tylko do pomocy, bo akurat był okres przedświąteczny, noworoczny, czyli wiadomo – w galerii multum ludzi. A zostałam do marca. Trzeba było zaproponować towar klientowi, podźwigać trochę ciężarów w magazynie i załadować towar na półki, ale ja to naprawdę dobrze wspominam. My, sportowcy, jesteśmy przyzwyczajeni do ciężkiej pracy.

Koleżanki z drogerii nie wiedziały, że razem z nimi perfumy na półkach układa wtedy już trzykrotna mistrzyni Polski? Przecież byłaś już dość rozpoznawalna w Białymstoku (wtedy jeszcze pod nazwiskiem Stepaniuk).

Dowiedziały się o tym dość późno, bo po prostu nie mówiłam, czym się zajmuję. Wszystko wyszło na jaw przed świętami, kiedy w gazecie ukazał się wywiad ze mną i zobaczyła go nasza księgowa. Wzięła tę gazetę i ta poszła w obieg. Wszyscy mocno się dziwili, że od razu nie powiedziałam, co robię w życiu. Ale ja nic nie ukrywałam. Zresztą bez przesady, nie było też aż tak bardzo czego.

Jak wyglądał wtedy twój dzień, w którym trzeba było i pracować, i trenować, i wkuwać na uczelnię?

Były trzy zmiany, a od czasu do czasu też nocka, jeśli akurat była zmiana gazetki w sklepie. Trening robiłam zwykle przed pracą. Czasami też zdarzało się, że szłam do drogerii w niedzielę, zaraz po skończeniu zajęć na uczelni. Ale wtedy jeszcze moje treningi nie były aż tak bardzo intensywne jak dziś. Gdybym teraz miała tak trenować, pracować i jeszcze się uczyć, to długo bym nie pociągnęła.

To wtedy podjęłaś też decyzję o zmianie trenera i rozstaniu się z Januszem Kuczyńskim, który prowadził cię przez dziesięć lat?

Zaczęłam się zastanawiać, bo skakanie 185-188 cm, no może 190 przy dobrym odbiciu, to nie było spełnienie moich marzeń. A w zasadzie od kilku lat skakałam to samo. Trzeba było podjąć jakąś decyzję. Wóz albo przewóz.

To była jedna z najcięższych rozmów w życiu?

Bardzo się stresowałam! Po mistrzostwach Polski w 2012 roku, gdzie zdobyłam brąz skacząc 186 cm, wróciliśmy do domu i wtedy porozmawiałam z trenerem. Nie było łatwo, bo trenowaliśmy razem przez dziesięć lat, a ja jestem bardzo sentymentalna, chociaż w sporcie nie powinno się mieć sentymentów. Czasami nawet żałuję, że nie podjęłam tej decyzji wcześniej, ale widocznie tak miało być. Od słowa do słowa i doszliśmy do wniosku z Michałem (wtedy partnerem, obecnie mężem – red.), że spróbujemy nowych bodźców treningowych. Od tego czasu to on zaczął mnie prowadzić. Jakby coś nie wyszło, po prostu zakończyłabym karierę. Ale tak się nie stało, ostatnie pięć lat to był dobry czas. Na pewno chciałam więcej, ale też nie osiągnęłam mało.

SPALA 28.07.2016 LEKKOATLETYKA TRENINGI KADRY OLIMPIJSKIEJ PRZED WYJAZDEM NA IFGRZYSKA DO RIO 2016 NZ KAMILA LICWINKO MICHAL LICWINKO FOT MAREK BICZYK newspix.pl --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Michał wcześniej zajmował się jednak nie skokiem wzwyż, tylko pchnięciem kulą. Niezły mix.

Był zawodnikiem, ale miał poważne problemy z kręgosłupem, przez co musiał szybko zakończyć karierę.

W lekkiej atletyce taka konfiguracja nie jest rzadkością. Zawodnicy lubią wtedy powtarzać, że relacje z treningów nie przenoszą do domu. Przecież to nieprawda.

Na początku też tak to sobie zaznaczyliśmy. Żeby sportu za dużo nie przynosić do domu, ale masz rację – nie da się. Przecież trening trzeba omówić, szczególnie techniczny. Kiedy jakieś skoki szczególnie nie wyszły, wspólnie je oglądamy. Podobnie zawody. Nie da się inaczej, chociaż udawało się nam nie mówić cały czas tylko o sporcie.

Twój progres był jednak wyraźny. Niedługo później skoczyłaś 199 cm poprawiając tym samym słynny rekord Danuty Bułkowskiej, która w 1984 roku zanotowała 197 cm. Duża rzecz.

Wtedy już na początku roku na hali wyrównałam rekord życiowy skacząc 192 cm. Rekord Polski padł w czerwcu w Opolu. To wszystko wydarzyło po niecałym roku naszych wspólnych treningów. Zakwalifikowałam się też na mistrzostwa świata w Moskwie, gdzie byłam siódma, zdobyłam również złoty medal na uniwersjadzie w Kazaniu. W 2014 roku skoczyłam już dwa metry (jako pierwsza Polka w historii – red.). Spodziewałam się, że wyniki będą szły do przodu, ale na pewno nie że tak szybko skoczę dwa metry. Bardzo dużo wkładał mi jednak do głowy Michał, który wmówił mi, że mogę skoczyć nawet więcej. Ale tamten skok w Arnstadt wcale nie był rewelacyjny.

Co ty mówisz?

A jeśli mam być szczera, to był nawet kiepski. Wtedy jednak tak bardzo pragnęłam tych dwóch metrów, że ja to chyba zrobiłam bardziej siłą woli, niż technicznie. Nie był to łady skok, ale zawsze powtarzam, że to nie skoki narciarskie, tu nie ocenia się techniki. Aby tylko poprzeczka została na stojaku.

Na igrzyskach w Rio de Janeiro już nie została.

To był dla mnie kiepski czas.

Do Brazylii leciałaś w dobrej formie, a skończyłaś dziewiąta. Co nie zagrało?

Naprawdę byłam wtedy w bardzo dobrej dyspozycji. Ale tak już jest – szczególnie w konkurencjach technicznych – że tego jednego dnia wszystko musi zagrać. Byłam w formie, w roku olimpijskim osiągałam na treningach takie parametry, których prawdopodobnie już nigdy nie pobiję. Myślałam, że mnie nic nie powstrzyma, chociaż wcześniej na hali miałam też trochę problemów, bo pojawiło się zapalenie górnych dróg oddechowych. Ostatni raz chorowałam tak w gimnazjum i dopadło mnie akurat w roku olimpijskim. Ale i tak czułam się mocna.

Twój trener z gimnazjum Eugeniusz Bedeniczuk powiedział później w „Przeglądzie Sportowym”, że oglądając transmisję z Rio widział, że miałaś nogi jak z galarety. Miałaś?

Zawsze bardzo mocno się stresuję i wszyscy dookoła powtarzają mi „aaa, bo po tobie było widać stres”. Taka jestem! W Rio był też dodatkowy stres, bo nie wiedziałam, co się może wydarzyć. To były moje pierwsze igrzyska.

To co się stało?

Eliminacje wyszły mi w miarę dobrze. 194 cm to była dobra próba. W Brazylii czułam się OK., ale tamten sezon to ogólnie były góry i doliny, dlatego sama do końca nie wiedziałam, ile mogę tego dnia skoczyć. Problem był taki, że w tamtym sezonie momentami byłam już zniechęcona, bo tak bardzo dobrze skakałam na treningach, ale to nie zawsze przekładało się na zawody. Liczyłam, że skoro na treningu skaczę dobrze, to w zawodach kilka centymetrów dołożę. A nie zawsze dokładałam.

Konkurs olimpijski nie stał na najwyższym poziomie, wszystkie zawodniczki na podium zakończyły na wysokości 197 cm. Świadomość, że od tytułu dzieliły cię tylko cztery centymetry, nie daje spokoju?

Na złoto trzeba było jednak wszystko skakać czysto, ale gdybym skoczyła 197 cm nawet kiepsko w trzeciej próbie, miałabym brązowy medal. To mnie najbardziej dobija. To, że 197 cm jest wysokością, którą skakałam wtedy regularnie.

Długo trawiłaś tamten konkurs?

O Boże, bardzo długo. Bardzo… Chciałam się schować. Rozpacz, żal, rozgoryczenie. Założyliśmy, że cała nasza praca będzie realizowana pod kątem Rio. Wszystko było tylko pod igrzyska. To było właśnie najgorsze. Bo masz wyniki, a potem w najważniejszym momencie skaczesz w finale 193 cm i zajmujesz dziewiąte miejsce poza ścisłym finałem. Miałam do siebie pretensje o wszystko, chociaż paradoksalnie wydaje mi się, że nic nie zaniedbałam podczas przygotowań.

Miałaś wtedy dość skakania?

Całą kolekcję olimpijską wywiozłam do mamy. Nie mogłam na nią patrzeć. W domu nie można było też rozmawiać o sporcie, bo był zakaz. Rodzice, wiadomo, chcieli o tym porozmawiać, ale ja mówiłam „nie”.

RIO DE RANEIRO 20.08.2016 IGRZYSKA OLIMPIJSKIE RIO 2016 RIO 2017 OLYMPIC GAMES LEKKOATLETYKA NZ KAMILA LICWINKO FOT MAREK BICZYK newspix.pl --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Myślałaś, żeby skończyć ze sportem?

Miałam czas do grudnia. Michał powiedział, że nie będzie na mnie naciskał, to moja decyzja, ale mam mu powiedzieć do grudnia, bo wtedy trzeba byłoby już ruszyć z treningami. Dużo myślałam, ale zadecydowało chyba to, że jestem taka ambitna i nie chciałam w ten sposób się poddać. Pamiętam, jak na spotkaniu olimpijczyków z Podlasia jeden z działaczy mi nawet wypomniał, że tak gadałam, że jestem w formie, a nic nie pokazałam. Ale ja do dziś będę powtarzała, że wtedy byłam naprawdę w bardzo wysokiej dyspozycji. Tylko gdzieś się pogubiłam na samym końcu, psychicznie lub fizycznie, trudno mi powiedzieć. Ale uznałam, że jeszcze spróbuję.

Kiedy na dobre pozbierałaś się po olimpijskim wirusie?

Gdy po dłuższej przerwie weszłam na skocznię, zaczęłam skakać wysoko, aż byliśmy w szoku. Treningi zaczęłam w styczniu, a już na Pedro’s Cup skoczyłam… 197 cm. Później pojechaliśmy na Halowe Mistrzostwa Europy, ale stres w Belgradzie znowu uwolnił we mnie wspomnienia z Rio i nie weszłam do finału. To chyba wtedy zrozumiałam, że nie pomoże mi w tym ani trener, ani prof. Blecharz. Wiedziałam, że sama muszę sobie z tym poradzić, coś zmienić. Wszystko zaczęłam powoli układać, kiedy polecieliśmy na obóz przygotowawczy do Kalifornii.

Do słynnego Chula Vista?

Tak, tam gdzie miała miejsce słynna „libacja”. Alkohol wprost lał się strumieniami.

Kuriozalna historia, ale wtedy pewnie nie było wam do śmiechu.

Tam było tylko kilka butelek piwa. Dostaliśmy upomnienie od pracowników ośrodka i to się więcej nie powtórzyło. Jesteśmy dorosłymi ludźmi i jak się mówi „nie można”, to „nie można”. Do pewnego momentu nawet śmialiśmy się z tego, aż w pewnym momencie usłyszeliśmy, że musimy wyprowadzić się do innego ośrodka, chociaż wszystko wyjaśniliśmy już kilka dni wcześniej. Przeniesiono nas – ale bardzo grzecznie – do innego hotelu.

I wtedy się zaczęło.

Boże, my nie mogliśmy po prostu uwierzyć w to, co czytaliśmy. Potem zaczęliśmy myśleć o tych, którzy zostali w Polsce. Że nasi rodzice czytają, jak to urządziliśmy sobie libację. Zastanawialiśmy się, co pomyślą przyjaciele, znajomi. Że jedziemy daleko, jak to się mówi „za państwowe pieniądze”, a tam picie. Nie chcieliśmy, żeby to ugodziło w nasz wizerunek.

Tym bardziej, że to był dobry czas dla polskiej lekkiej atletyki. Chwilę wcześniej wygraliście klasyfikację medalową HME, a tu taki klops.

Dokładnie. Było tam z nami kilku złotych medalistów, m.in. Piotr Lisek i Konrad Bukowiecki, a tu nagle ich nazwiska w takim świetle. Wiadomo, wszyscy zawiesili się głównie na nich. No bo jak? Mistrzowie Europy?

I wtedy napisałaś swoje pierwsze oświadczenie w życiu.

Śmialiśmy się, śmialiśmy, aż w końcu zobaczyliśmy oświadczenie napisane odręcznie.

Ręką Anity Włodarczyk, która jak się później okazało, była w konflikcie z innymi reprezentantami.

Tam było nawet coś o godnym reprezentowaniu kraju, więc pomyślałam sobie, kurczę, to trochę nie jest w porządku. Dlatego wszyscy wystosowali swoje oświadczenia. To było moje jedyne w życiu, ale trzeba było jakoś to załatwić. Chociaż nigdy nie ukrywaliśmy, że rzeczywiście ten alkohol tam był. Ale kilka piw.

W jednym z wywiadów powiedziałaś jednak, że podczas obozu w Chula Vista przeczytałaś też książkę, która cię odmieniła. Co to było?

Wpadła mi w ręce książka psychologiczna „Fitness umysłu”. To też mi pomogło, później starałam się już być dużo spokojniejsza. Wcześniej szybko się podpalałam, bardzo cieszyłam się z jakiejś wysokości i niepotrzebnie traciłam energię na kolejne. Wiedziałam, że mam nad czym pracować i pracowałam. Później jak nie wyszło mi coś na treningu to czułam, że poprawię się w kolejnym. Mniej też stresowałam się na zawodach. Wiele osób to zauważyło, że po nieudanych próbach już nie byłam taka zdenerwowana, tylko siadałam, odpoczywałam i koncentrowałam się. Doszłam już do czegoś takiego, że te decydujące wysokości skakałam w trzecich próbach i to mnie nie paraliżowało. Przecież to samo było na mistrzostwach świata w Londynie, gdzie 197 cm skoczyłam w trzeciej próbie i to właśnie zaważyło, że zdobyłam brązowy medal. Sama musiałam sobie z tym poradzić. Bo wszyscy mogą mi mówić, że czas leczy rany, ale jak się samego tego nie zrozumie i nie przetrawi, to niestety.

Już kilka razy wspominałaś o współpracy z prof. Blecharzem. O czym z nim rozmawiałaś przed finałem mistrzostw świata w Londynie?

Przed samym finałem to były już raczej luźne rozmowy, wsparcie, potwierdzenie tego, że na pewno wiesz co robisz. Profesor zawsze wie, kiedy powiedzieć dobre słowo i jak je powiedzieć, żeby trafić do głowy.

Jak sama nakręcasz się przed skokami?

Mam kilka słów, które sobie powtarzam, chociaż też nie lubię być bardzo mocno pobudzona. Lubię być zdenerwowana, czuć stresik. Ale nie taki paraliżujący, tylko taki, który mnie dodatkowo nakręca i powoduje, że mi zależy. Czasami zdarza się też przeklinać przed skokiem.

No to słucham.

„Prawa, lewa, napierdalaj końcówkę”.

Rada od pana profesora?

Któregoś razu podczas treningu psychologicznego pan profesor poprosił, żebym ułożyła sobie formułkę, którą powtarzałabym tuż przed skokiem. Takie ostatnie słowa. To miały być techniczne aspekty, ale zapytałam, czy mogę wrzucić tam przekleństwo. Tak jak Tomek Majewski, który ponoć czasami przeklinał do swojej kuli. No i jakoś mi weszło „prawa, lewa, napierdalaj końcówkę”. I faktycznie od 2015 roku, jak zaczęłam tak robić, pomogło. Ale mówię to w myślach, dlatego nikt nie może odczytać tego z ruchu moich warg!

Czujesz, jakie ciśnienie zeszło z ciebie po zdobyciu tego medalu w Londynie?

Oj tak. Chociaż czasami zastanawiam się, co by się stało, gdybym znowu nie skoczyła i ta poprzeczka przy 197 cm by spadła? Bo też miałam dobry sezon, taką wysokość skakałam praktycznie w każdym starcie i byłoby szkoda, gdyby zakończenie było inne. Zeszła ze mnie presja, chociaż od początku tego roku z powodu ciąży w ogóle nie myślę już za dużo o sporcie. Ale potrzebowałam tej przerwy. Jeden z dziennikarzy – co sam mi powiedział – myślał, że to pic na wodę. Był przekonany, że zakończyłam karierę i tylko dla pewnych korzyści niby ją zawiesiłam. A tak nie jest, my to wszystko zaplanowaliśmy. Tak jak i zaplanowaliśmy to, jak wrócić po ciąży. Już teraz czuję, że chce mi się na obóz, żeby potrenować. Kiedy pod koniec maja organizowano mityng w Białymstoku, to na Rynku Kościuszki atmosfera była tak rewelacyjna, że aż mi się chciało pobiec. Mówię do Michała „chyba bym to skoczyła”.

Kiedy planujesz wrócić?

Mamy ambitny plan, żeby już w styczniu przyszłego roku wyjechać na obóz. Cztery miesiące po rozwiązaniu, dlatego jeszcze na pewno po konsultacjach z lekarzem i fizjoterapeutą. Obserwuję koleżanki skoczkinie na Instagramie i wiele z nich urodziło ostatnio dzieci. I część z nich już skacze, jedna nawet po urodzeniu bliźniaków. Podbudowuje mnie to. Jest szansa, żeby załapać się na mistrzostwa świata w Katarze, ale generalnie to nie sezon 2019 jest celem. Najważniejsze jest Tokio, bo nie ukrywam, chciałabym odgryźć się na igrzyskach. Zadra siedzi. Przez ostatnie pięć lat wiele zrobiłam, ale mam ambicję na więcej, bo wciąż nie czuję się spełniona. Na hali skoczyłam 202 cm, ale na stadionie najwięcej 199 cm. Wiem, że mogę się poprawić.

W Tokio będziesz miała 34 lata. Nakręca cię to, że mistrzyni olimpijska z Rio Hiszpanka Ruth Beitia miała 37 lat i pokazała, że data urodzenia nie musi być problemem?

Miała 37 lat i najlepszy sezon w karierze. Wygrała nie tylko mistrzostwo olimpijskie, ale też mistrzostwo Europy i Diamentową Ligę.

Najpierw jednak trzeba będzie wyjść z pieluch.

I trochę się tym stresuję. Wszyscy dookoła nastawiają mnie, że może być ciężko, ale to chyba dobrze. Bo gdybym posłuchała, że ktoś ma superdziecko i prawie nic przy nim nie robi, to później mogłabym przeżyć szok. Dlatego od razu nastawiam się, że będzie ciężko.

Łóżeczko już skręcone? Pokój gotowy?

Właśnie dzisiaj mają przyjechać meble. Za pół godziny.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jan Serce

W końcu cos o prawdziwych sportowcach.

stop zmianom na weszlo

Słaba głowa. Niestety w sporcie na najwyższym poziomie sprawne mięśnie to dopiero połowa sukcesu

piotrz

Wow, nadczłowiek musiał iść do pracy.

FalszywyProfil

brzydkie słowo

wpDiscuz