Sezon życia Antolicia – dorzucił do gabloty 2 mistrzostwa i 2 puchary
Weszło

Sezon życia Antolicia – dorzucił do gabloty 2 mistrzostwa i 2 puchary

– Bad decisions make good stories – to hasło przyświecające karierze Grzegorza Szamotulskiego i zdobiące okładkę jego książki. Trudno się z nim nie zgodzić, bo kariera byłego bramkarza reprezentacji Polski obfitowała w wiele świetnych historii, ale w gablocie Szamo – w stosunku do sportowego potencjału – pozostało zaskakująco wiele miejsca. Z poważnych trofeów znajduje się tam jedynie Puchar Polski z 1997 roku. Dlaczego o tym wspominamy? Bo właśnie trafił nam się przypadek odwrotny, czyli Domagoj Antolić. Człowiek, który – dzięki szczęściu, ale też za sprawą świetnych decyzji – znalazł się w odpowiednich miejscach i o odpowiednim czasie, przez co na przestrzeni jednego sezonu wzbogacił się o dwa krajowe mistrzostwa oraz dwa krajowe puchary. Czyli osiągnął coś, co dla wielu pozostaje nieosiągalne przez całą karierę.

Zacznijmy od profilu Antolicia z 90minut.pl, już z uzupełnionym najnowszym dorobkiem.

Cztery ostatnie trofea Antolicia są z gatunku tych jak najbardziej zasłużonych. Jesienią w Chorwacji zaliczył 15 meczów w lidze, w których Dinamo nie zanotowało ani jednej porażki. Wziął także udział w dwóch meczach pucharowych, w tym w zwycięskim ćwierćfinale. Jakkolwiek spojrzeć, z Zagrzebia do legionisty na dniach powinna nadejść przesyłka ekspresowa z medalami za sukces w obydwu rozgrywkach.

Również w Polsce wkład Antolicia w sukcesy Legii jest nie do przecenienia. Co prawda początki były trudne (czerwień z Jagiellonią!), ale później Chorwat potrafił już pomóc drużynie na boisku. Zaliczył 12 spotkań w ekstraklasie oraz komplet minut we wszystkich trzech tegorocznych meczach Pucharu Polski. W finale z Arką zaliczył asystę przy otwierającym wynik meczu trafieniu Niezgody, a w decydującym, zamykającym sezon ligowy starciu z Lechem w Poznaniu sam otworzył wynik meczu, idealnie wykańczając akcję Radovicia. I chociażby dzięki temu mógł z dumą wypiąć pierś po oba medale.

Cztery znaczące trofea na przestrzeni jednego sezonu to w naszych warunkach mała sensacja. Bo my jesteśmy bardziej przyzwyczajeni do „sukcesów” w stylu Macieja Korzyma, który w sezonie 2015/16 spadł z ligi zarówno z Podbeskidziem, jak i Górnikiem Zabrze. A wyczyn Antolicia jest o tyle warty docenienia, że połowy swoich tytułów nie wywalczył na jakiejś Litwie czy w innej Estonii, ale w lidze, która obecnie jest znacznie wyżej notowana niż nasza.

Tak patrzymy sobie na dorobek kilku uznanych ligowców i tym bardziej doceniamy sezon Antolicia. Przykładowy Marcin Robak, który wdarł się do ekstraklasowego klubu „100”, w wieku niemal 36 lat wciąż nie ma na koncie żadnego mistrzostwa i pucharu. Łukasz Surma, czyli absolutny rekordzista pod względem występów w ekstraklasie, który 5 lat spędził w mającej aspiracje Legii, w całej karierze raz wygrał mistrzostwo i nigdy nie podniósł nad głowę pucharu. Żadnego trofeum w karierze nie wywalczyli bracia Paixao, Kiełb czy Sadlok. Wojtkowiak ma na koncie jeden puchar i jedno mistrzostwo, podobnie Rafał Murawski, a nieco słabszy od nich jest Trałka (jedno mistrzostwo). Nawet obecny reprezentant Polski, Sławomir Peszko przez całą karierę nie wygrał tyle, co Antolić przez ostatni rok – ma na koncie jedno mistrzostwo i dwa krajowe puchary.

Środkowy pomocnik Legii – przynajmniej pod względem zdobytych trofeów – zaliczył sezon kompletny. Co ciekawe, swoje sukcesy w ogromnej mierze zawdzięcza Nenadowi Bjelicy, który najpierw wraz z Lechem zrobił naprawdę dużo, by Legia miała otwartą drogę do dubletu, a później przypieczętował zdobycie obydwu trofeów przez Dinamo. Jeśli więc Antolić komuś powinien być wdzięczny i komuś powinien wysłać bukiet kwiatów – tą osobą jest właśnie Bjelica.

Fot. FotoPyK