Czy premiowanie goli strzelonych na wyjeździe ma jeszcze rację bytu?
Weszło

Czy premiowanie goli strzelonych na wyjeździe ma jeszcze rację bytu?

W 1965 roku UEFA wprowadziła zasadę „away goals”, czyli bramek strzelonych na wyjeździe, które nie tyle liczą się podwójnie, co są po prostu więcej warte niż bramki strzelone u siebie. W tamtych czasach reguła miała głęboki sens, bo uciążliwe podróżowanie pomiędzy miastami, jak i warunki panujące na niektórych stadionach daleko na wschód za Żelazną Kurtyną, tłumaczyły wprowadzenie takiego ułatwienia. Czasy się zmieniły, świat poszedł do przodu, a tymczasem UEFA cały czas trwa przy podjętej w zupełnie innej rzeczywistości decyzji. I chyba najwyższa pora zadać to pytanie – czy premiowanie goli strzelonych na wyjeździe ma jeszcze w ogóle sens?

Z reguły goli strzelonych na wyjeździe los najmocniej zadrwił w 2003 roku, kiedy to w półfinale Ligi Mistrzów Milan trafił na Inter. Rossoneri w pierwszym meczu rozgrywanym u siebie na San Siro zremisowali 0:0, a w drugim meczu rozgrywanym na wyjeździe na San Siro zremisowali 1:1 i awansowali do wielkiego finału, który później wygrali. Raz organizatorem meczu był Milan, raz Inter, ale czy z tego powodu gole powinny być inaczej zliczane? Jasne, zasady gry były znane przed meczem, co jednak nie zmienia faktu, że w tamtej konkretnej okoliczności były to zasady zupełnie absurdalne.

– Jeszcze większym absurdem jest stosowanie tej zasady w dogrywkach – mówi nam Zbigniew Boniek. – Wczoraj gdyby doszło do dogrywki, na jednego gola Juventusu Real musiałby odpowiedzieć dwoma. Dogrywka skończyłaby się wynikiem 1:1, awansowaliby goście. To jest po prostu niesprawiedliwe. Moja Roma pokonała Barcelonę dzięki bramce na wyjeździe, ale cóż by się stało, gdyby po prostu była dogrywka? W dwumeczu był przecież wynik 4:4. Zgodnie z duchem rywalizacji, należało grać dalej. Ten przepis oznacza kalkulację. Zastanawianie się, czy warto zaatakować, czy może jednak nie. A gol to po prostu powinien być gol.

Trochę inaczej, bardziej po trenersku temat widzi Andrzej Strejlau: – Na tym polegają rozgrywki, taki jest regulamin i koniec tematu. To była uniwersalna formuła, którą swoją drogą wymyślili niegdyś dziennikarze. Bardzo dobrze, że takie przepisy obowiązują, to ubarwia i oczywiście powoduje określone uwarunkowania taktyczne, z którymi trzeba sobie poradzić.

Mamy więc dwa spojrzenia na futbol. Boniek mówi o sprawiedliwości futbolu, Strejlau o sprawiedliwości ustanowionego regulaminu. Boniek nie chciałby kalkulacji, rozważań w stylu czy lepiej atakować, czy jednak nie, tylko chciałby gry po to, by strzelać jak najwięcej goli. Dla Strejlaua takie a nie inne przepisy to z kolei okoliczność, do której należy dopasować taktykę, swego rodzaju trenerskie wyzwanie. Właściwie z oboma punktami widzenia trudno polemizować i oba z pewnością mają wielu zwolenników.

To, co współczesną futbolową rzeczywistość odróżnia od starych czasów, kiedy wprowadzano regułę goli wyjazdowych, to zupełnie inny kształt rozgrywek. Przede wszystkim kluby o wiele częściej grają ze sobą. Liga Mistrzów została mocno rozbudowana, wpuszczono do niej zespoły z trzecich-czwartych miejsc w swoich krajach, więc stali bywalcy najbardziej elitarnych rozgrywek często grają pomiędzy sobą i znają się jak łyse konie. Na to zwraca też uwagę Zbigniew Boniek: – Kiedyś być może miało to większy sens, bo jak jechałeś na nowy stadion, to jakbyś wszedł do nowego mieszkania. A teraz wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, znają każdy kąt, środki transportu są komfortowe i szybkie. Nie ma żadnego uzasadnienia, by nagradzać akurat tych, którzy częściej trafiali na wyjeździe. Od roku podczas narad Komitetu Wykonawczego poruszam ten temat i poruszę raz jeszcze w maju. Jest coraz większa wola w środowisku piłkarskim, aby odejść od zasady premiowania goli na wyjazdach.

Obecna rzeczywistość w Lidze Mistrzów wygląda bowiem tak, że na pięć ostatnich edycji los cztery razy skrzyżował drogi Juventusu i Realu. Obie ekipy doskonale znają specyfikę stadionów rywali, pewnie też mają swoje ulubione hotele w Madrycie i Turynie oraz przetarte wszystkie ścieżki. Co więcej, od nowego sezonu po cztery drużyny z Hiszpanii, Anglii, Włoch i Niemiec będą miały zagwarantowane miejsce w Lidze Mistrzów, więc tego typu powtarzających się par będzie jeszcze więcej. I za chwilę stadiony z Ligi Mistrzów będą dla czołowych drużyny równie dobrze znane, co stadiony krajowych rywali, na których co sezon grają przynajmniej po razie.

Aspektem, który od lat pozostaje niezmienny, są oczywiście kibice. Tak jak na stadionach typu Camp Nou rzadko można powiedzieć, że fani niosą swoją drużynę, tak w przykładowym Dortmundzie ściany z pewnością pomagają gospodarzom. Pytanie, czy pomagają im na tyle, by gole strzelone przez gości miały dodatkową wartość. Jakkolwiek spojrzeć, granie przy własnych trybunach to przywilej, który w każdym dwumeczu po razie sprzyja obu drużynom.

A co jeśli nie zasada „away goals”? Przede wszystkim rezygnacja z niej przez UEFA mogłaby spowodować efekt domina. Nawet w naszej ekstraklasie wciąż jest to czynnik, który w przypadku równej liczby punktów i remisowym wyniku w dwumeczu decyduje o miejscu w tabeli. Jeżeli chodzi o samo boisko i system pucharowy – prawdopodobnie będzie padać więcej goli, częściej będziemy oglądać dogrywki i częściej konkursy rzutów karnych. O tych ostatnich często mówi się, że są loterią. Ale też wciąż wydaje się to sprawiedliwszy sposób na rozstrzygnięcie meczu, niż gole strzelone na wyjeździe. Mimo wszystko rezultat w większym stopniu zależy od piłkarskich umiejętności.

Fot. newspix.pl