Niechęć do Legii na Podlasiu wysysa się z mlekiem matki
Weszło

Niechęć do Legii na Podlasiu wysysa się z mlekiem matki

Nie ma rywala, który budziłby większe emocje w Białymstoku niż Legia. Dla fanów Jagi te mecze mają ważny wymiar historyczny i symboliczny, a dla młodszych kibiców stosunkowo świeże są zatargi kibicowskie. Nawet czysto geograficznie, jeśli Jaga szukałaby rywala do pseudoderbowego starcia, to Legia podpadałaby jako pierwsza.

***

Kto lepiej może znać nastroje panujące w Białymstoku, niż Piotr Wołosik, który wychował się na meczach Jagi, robił wokół niej setki materiałów i po dziś dzień Jaga ma dla niego szczególne znaczenie?

Nie ma dla Jagiellonii – dla całego Białegostoku – rywala, który bardziej elektryzowałby niż Legia?

PIOTR WOŁOSIK: – Zdecydowanie. Nie ma nawet z czym dyskutować. Niechęć do Legii – może nawet nienawiść – wysysana jest na Podlasiu z mlekiem matki, tak jak miłość do Jagiellonii, pozostając w tej poetyce. Tego nikomu nie trzeba tłumaczyć. Takich emocji nigdy nie będzie wzbudzać Lechia czy Lech, nikt. Ale tak chyba jest w wielu klubów. Śląsk ma swoje klimaty, ale generalnie Legia wszędzie budzi większe emocje.

Dochodzi w przypadku Białegostoku nawet aspekt geograficzny, bo do Warszawy najbliżej.

180 km, nawet jak Łęczna grała w lidze, to trzeba było jechać 240 km. Tak, to też odgrywa swoją rolę, choć wiadomo, jest cała otoczka kibicowska – podkradzione flagi, puszczanie hymnu Ligi Mistrzów… Te happeningi raz były bardziej, raz mniej udane, na pewno złożyły się na to, że i w Legii mecze z Jagą są traktowane trochę inaczej.

Które dawne mecze z Legią najbardziej zapadły ci w pamięć?

Finał Pucharu Polski w Olsztynie. Miałem nawet na niego jechać, tata chciał nas zabrać. Wysypało się to jakoś na finiszu, czym byłem zrozpaczony. No bo w jakim finale wcześniej mogła grać Jaga? Ligi zakładowej najwyżej, a tutaj, dwa lata po wejściu do Ekstraklasy, taka stawka z wielką Legią. Bo umówmy się, wtedy czy dzisiaj, Legia to jest mocarz. Wtedy przyjeżdżała z Andrzejem Strejlauem czy Koseckim. Po piętnastu latach zrobiłem reportaż wokół tego meczu. Pojechałem do Jurka Leszczyka do Belgii, do Luksemburga do Antka Cylwika… Dodrapałem się nawet telefonicznie do trenera Krzysztofa Bulińskiego – akurat schodził z rusztowania. Ten mecz to kultowa sprawa. Potem Legia trafiła w losowaniu na Barcelonę. Nie mogliśmy tego w Białymstoku przeżyć.

Łapię się na tym, że jak zapytasz o mecz z Legią, to mogę nimi strzelać jak Hans z CKM-u. 1992 – przyjeżdża Wojtek Kowalczyk, świeżo upieczony medalista igrzysk. Jaga wtedy kompletnie nieprzygotowana sportowo, organizacyjnie, wczołgała się do tej ligi. Przegrywała z każdym. Pół roku temu robiliśmy z Łukaszem Olkowiczem reportaż o tej drużynie, jako o najgorszej w historii Ekstraklasy. Stracili przeszło 120 goli. Zdobyli 9 punktów. Zimą trenowali na dwóch paskach zielonej trawy przy rurach ciepłowniczych. Tam grali sami młodzi chłopcy, nie znajdziesz takiej drużyny, gdzie 5-6 zawodników jest w wieku nastoletnim. Bogusz, Chańko, Piekarski czy Frankowski w bolesny sposób uczyli się dorosłej połki, co pewnie okazało się pouczające, ale odbyło się strasznym kosztem.. Mariuszek pojechał do Katowic, Jaga dostała 1:7, on do dzisiaj się śmieje, że kontaktową na 1:5 strzelił. Jak Jaga dostała od Mielca 0:5, kolega redaktor z lokalnej gazety dał tytuł: „Chłopcy, zróbcie lepiej matury”. A tutaj 3:1. Legia została wyśmiana, wyszydzona. Dwie bramki strzelił Sławek Głębocki, który dzisiaj układa glazurę w Chicago, jest ponoć świetnym fachowcem.

Albo mecz w pierwszym sezonie pierwszej ligi, gdy Jacek Bayer strzelił dwa gole. Trzydzieści tysięcy widzów krzyczało „Na kolana, na kolana!”. Brakowało jednej bramki, żeby wygrać za trzy punkty, bo takie były wtedy reguły jeśli ograłeś kogoś trzema golami. Legia przywiozła same gwiazdy, a broniła się przed upokorzeniem. Tym meczem Jaga zapewniła sobie utrzymanie, euforia nieprawdopodobna w całym mieście. Mój wujek, który na mecze przyjeżdżał Roburem grupą kibiców z Bielska Podlaskiego, odnalazł się po dwóch dniach dopiero. Darek Czykier mówił mi o tamtej drużynie: jak oni mijali tabliczkę z przekreślonym „Białystok”, uginały się pod nimi nogi. Chłopcy stąd, nie znający większej piłki, bo w drugiej lidze grali jednak z Knurowem, Stalową Wolą, a tutaj pierwsza liga, wygrana z Legią.

***

Jak mecze z Legią wspomina klubowa legenda, Jacek Bayer?

Jak pan wspomina mecz, kiedy pana bramkami Jaga ograła Legię?

Na stadion przyszło trzydzieści tysięcy ludzi. W Legii wiele gwiazd, z Dziekanem czy Pawłem Janasem. Strzeliłem jedną ze swoich najładniejszych bramek w karierze – szczupakiem. 2:0 dało nam spokojne utrzymanie, bez baraży, ale nawet gdyby nie to, na Legię nikt nie musiałby się motywować. Trener mógłby nic nie mówić, a i tak każdy wychodziłby maksymalnie zmobilizowany. Tu wystarczy sama nazwa rywala.

Żadna inna rywalizacja nie wzbudza w piłkarzach Jagiellonii takich emocji?

W nas wtedy na pewno, ale teraz nie wiem, czy tak jest do końca. Jak my graliśmy z Legią, to były nasze początki w Ekstraklasie. Byliśmy postrzegani jako chłopiec do bicia, kopciuszek. Ja wychowałem się na meczach wielkiej Legii i wielkiego Górnika. Pierwszego meczu w Zabrzu też nie zapomnę, to też było wielkie przeżycie. Dzisiaj Jaga jest zespołem ogranym, znajdującym się w zupełnie innym miejscu, mającym za sobą kilka zwycięstw nad Legią. To jeden z kandydatów do mistrzostwa Polski. Dzisiaj też nie stoi na straconej pozycji, wygląda bardzo dobrze. Piłkarze fajnie prezentują się fizycznie, niektórzy zawodnicy poszli w ostatnim czasie jakby piętro wyżej. Legia też ma kim straszyć, ale nie jest przypadkiem, że te drużyny mają tyle samo punktów.

To najmocniejsza Jagiellonia jaką pan pamięta?

Nie chciałbym pompować balonika, aż tak wyrokować. Są nowi zawodnicy, wciąż trzeba trochę to i owo poukładać. Myślę, że byli zawodnicy w przeszłości, którzy w tej drużynie spokojnie miejsce by znaleźli. Ale na pewno jest to zespół silny. Jedyne co mnie boli, to fakt, że mało jest w nim Polaków. Za naszych czasów grali prawie sami wychowankowie, dzisiaj wychowanków ze świecą szukać. Czasy się jednak zmieniły, zespół stał się troszkę legią cudzoziemską, ale jeśli będą efekty, czyli jeśli Jaga stanie na pudle, będzie to potwierdzenie dobrej roboty, jaką wykonują w klubie.

***

Wiele mówi się też, że sytuacja między grupami kibicowskimi Legii i Jagiellonii mocno się zaogniła. Jak więc do meczu podchodzi Adam Tołoczko z „Dzieci Białegostoku”?

ADAM TOŁOCZKO: – Najbardziej w pamięci utkwił mi 2004 rok, mecz w Pucharze Polski. Jagiellonia była jeszcze drugoligowcem, więc przyjazd Legii był wielkim wydarzeniem w Białymstoku. To był powrót wielkiej piłki do naszego miasta. Mnóstwo ludzi, wielkie nadzieje, niestety przegraliśmy, plus w końcówce doszło do burd na stadionie, mecz został przerwany i wlepiono nam walkowera. Oczywiście legendą owiany jest finał Puchary Polski – ja go nie pamiętam, nie moje czasy, ale młodsze pokolenie miało możliwość obejrzenia go w telewizji. Zachowała się powtórka, a transmisję można obejrzeć w kolorze! Ważny był też mecz z 2011 roku. Końcówka sezonu, były szanse na mistrza, potrzebowaliśmy zwycięstwa. Trochę my, kibice, sami zawaliliśmy. Włączyliśmy się w ogólnopolski protest kibiców, który miał obowiązywać na wszystkich stadionach. Nam wypadł ten protest akurat na Legię. 70 minut nie prowadziliśmy dopingu i skończyło się 0:0, choć Legia w drugiej połowie grała w dziewiątkę. Może jakbyśmy wspierali piłkarzy od samego początku, inaczej by się to ułożyło. Byliśmy wkurzeni przez to, że nie wszystkie drużyny ostatecznie przyłączyły się do tego protestu, zaczęły wymyślać: my nie, bo derby, my też nie, bo tamto.

Jakikolwiek klub budzi w Białymstoku chociaż porównywalne emocje co Legia?

Nie. Pewne wydarzenia z ostatnich pięciu lat sprawiły, że prędko nie dojdzie do sytuacji, żebyśmy mogli kogoś nie lubić bardziej niż Legii Warszawa. Ale nie chcę uderzać w takie tony jak nienawiść. Piłka nożna, kibicowanie – wiadomo, ale trzeba uważać, by nie zaszło to za daleko. Może kiedyś z Legią dało się kibicowsko porozmawiać o pewnych sprawach, teraz nawet nie chcemy zaczynać żadnych tematów. Jeśli chodzi o układ na kadrze, to po prostu uważamy, że takie mecze powinny przebiegać spokojnie wśród polskich kibiców i żadne klubowe animozje nie powinny odgrywać roli, tylko wszyscy godnie reprezentujemy Polskę. Nie pójdziemy z Legią ramię w ramię, ale nie będziemy robić chryi i wewnętrznych konfliktów na arenie międzynarodowej.

Jakie masz przeczucia przed dzisiejszym meczem?

Nie nastawiam się na nic. Rok temu liczyliśmy na mistrza. Mieliśmy takie podejście: może już się uda? Nie udało się. W tym roku głowy są chłodniejsze. Nie ma co się nakręcać, liczyć nie wiadomo na co. Jak się uda – super. Jak się nie uda – trudno. Jagiellonia jest klubem dużo mniejszym niż Legia, dysponuje dużo mniejszym budżetem. Nie ma u nas takiego ciśnienia jak w Warszawie, że musi być ten mistrz. Tam wszyscy kibice zakładają mistrzostwo, jego brak będzie katastrofą. My oczywiście bardzo chcielibyśmy świętować mistrza, ale podchodzimy do tego spokojnie i z dystansem. Europejskimi pucharami nie pogardzimy, tylko żeby to były faktycznie puchary europejskie, a nie znowu azjatyckie.

Fot. FotoPyk