Image and video hosting by TinyPic
Wembley odczarowane! Kane i spółka zmietli Liverpool
Anglia

Wembley odczarowane! Kane i spółka zmietli Liverpool

Czterech minut meczu z The Reds potrzebował, by wreszcie strzelić pierwszą w karierze klubowej bramkę na Wembley. Ośmiu kolejnych, by dorzucić do niej asystę przy bramce Sona, która na dobre ustawiła Tottenhamowi mecz z ekipą Juergena Kloppa. I mniej niż godziny, by dorzucić drugie trafienie, które na dobre zamknęło niedzielny hit Premier League. Harry Kane przełamał się na tymczasowym stadionie Kogutów w wielkim stylu i w najlepszym możliwym starciu. W bitwie z ekipą trenera, którego Mauricio Pochettino mimo pięciu prób jeszcze w swojej karierze nie pokonał. Aż do dziś.

Nie ma w 2017 roku skuteczniejszego napastnika na Wyspach Brytyjskich niż Harry Kane. A jednak wciąż trzeba było mówić o dwóch ciążących na nim klątwach. Pierwsza – klątwa sierpnia. Miesiąca, kiedy Anglik nawet i najlepsze sytuacje marnuje i w którym strzelać nie potrafi. I druga – klątwa Wembley. Świątyni angielskiego futbolu, która na czas przebudowy White Hart Lane stała się tymczasowym domem Kogutów, gdzie zdecydowanie jak u siebie nie czuł się do tej pory Kane.

Tę drugą zdjął dziś w doprawdy wielkim stylu. W czwartej minucie najpierw oszukał kryjących go obrońców Liverpoolu, ustawiając się z nimi idealnie w linii przy podaniu Kierana Trippiera, by chwilę później, dziubiąc sobie piłkę w kierunku środka pola karnego nim doszedł do niej Mignolet, stworzyć sytuację, w której został właściwie sam na sam z opuszczoną bramką. W drugiej połowie skompletował dublet, dobijając uderzenie Jana Vertonghena, zablokowane wślizgiem na linii bramkowej przez Roberto Firmino. Niebywale zdeterminowany był jeszcze, by zabrać piłkę do domu po hat-tricku, ale tego zrobić się już nie udało.

Udało się za to otworzyć i zamknąć tej niedzieli strzelanie na Wembley. Dając swoim kolegom wiatr w żagle po szybko strzelonej bramce i wzmacniając jego podmuchy asystą przy golu Sona kilka minut później. A także druzgocąc morale Liverpoolu trafieniem na 4:1. Ostatnim podrygiem The Reds był jeszcze fenomenalny strzał Philippe Coutinho w 67. minucie, ale na genialne uderzenie jeszcze lepszą interwencją odpowiedział Hugo Lloris.

To, co nie udało się Coutinho, udało się w pierwszej połowie Salahowi, gdy dostał przejętą od Harry’ego Kane’a piłkę od Jordana Hendersona. Wyglądający dość niezgrabnie strzał Egipcjanina zapoczątkował kilkunastominutowy okres potężnych, huraganowych naporów Liverpoolu, odpartych głównie dzięki poświęceniu swoich ciał przez graczy Spurs. Bo kilka naprawdę soczystych strzałów – wśród nich bomby Hendersona i Emre Cana – musieli w tym czasie przyjąć, by nie pozwolić na przedarcie się piłki w stronę celu.

Możliwe, że optymizm wzbudzony przez Salaha przeniósłby się i na drugą połowę, gdyby w ostatnich sekundach pierwszej części meczu Liverpool nie odegrał kolejnego defensywnego kryminału. Najpierw faul na Allim, gdy sędzia już praktycznie brał gwizdek do ust, by zaprosić piłkarzy na przerwę. Później – dopuszczenie tegoż Allego do strzału z woleja w polu karnym po rzucie wolnym, na który Mauricio Pochettino nie posłał do przodu nawet swoich najwyższych zawodników i przy którym Spurs mieli w szesnastce The Reds jednego tylko przedstawiciela. Pomocnika reprezentacji Anglii właśnie.

Raz jeszcze mieliśmy w tym meczu okazję się przekonać, że Liverpoolowi do wielkości brakuje przede wszystkim defensywy. Znów też była szansa, by na własne oczy zobaczyć, jak tworzy się historia Tottenhamu, który dziś wreszcie ograł zespół prowadzony przez Juergena Kloppa i który właśnie zapewnił sobie kolejny zastrzyk pewności siebie przed nadchodzącymi wyzwaniami. Na dziś to właśnie w rozpędzonych Kogutach, a nie choćby w zwalniającym po imponującym starcie Manchesterze United, upatrywalibyśmy najpoważniejszego w najbliższym czasie zagrożenia dla liderującego lidze Manchesteru City.

***

Tottenham – Liverpool 4:1
Kane 4′, 56′, Son 12′, Alli 45’+3′ – Salah 24′

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
13mistrz13

Plan klop do Bayernu wcielony w życie

Jürgen Klopp vel niemiecka podróba R. Mroczkowskiego
Sandecja, Real, Liverpool

Kolejny sezon, dobry początek, wielkie nadzieje i potem JEB!, nagle uświadamiasz sobie, że nic z tego nie będzie. I powoli budujesz nadzieje na następny sezon… https://www.youtube.com/watch?v=qCWhANj7usA

Kunta Kinte
Wybrzeże Klatki Schodowej

Jednak Stano czyta komentarze… Doczekaliśmy się wyników pod relacjami…

Larry Gopnik

Defensywa Liverpoolu nie byłaby monolitem nawet w ekstraklasie, Kurwa Joe Gomez czy Lovren, ktory moglby biegac po boisku z balkonikiem – moze byłby pewniejszy. Do tego Mignolet, który uwielbia coś spieprzyć, sprawia momentami wrazenie duchowego pobratymca Cabaja czy Przyrowskiego z najlepszych czasów. To nie ma szans dzialać.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY