Wszystko nie tak, Legia w tę podróż ruszyła w skarpetkach
Weszło

Wszystko nie tak, Legia w tę podróż ruszyła w skarpetkach

Napisać, że Legia była nieprzygotowana do tegorocznej batalii o Ligę Mistrzów to nic nie napisać. Wszystko, ale to absolutnie wszystko było źle. Zabrakło formy, transferów i spokoju. Jeśli odpowiedzialność za klęskę w eliminacjach – bo odpadnięcie po dwumeczu z zespołem z Kazachstanu to klęska totalna – miałaby spaść wyłącznie na Jacka Magierę, byłoby to rażąco niesprawiedliwe.

Termin meczów eliminacji Ligi Mistrzów nie jest owiany tajemnicą, można go sprawdzić z ogromnym wyprzedzeniem, można zakreślić w kalendarzu czerwonym flamastrem. Termin rozpoczęcia przygotowań do nowego sezonu też łatwo ustalić. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że optymalna sytuacja jest taka, gdy nowi piłkarze mogą trenować z zespołem już od pierwszego dnia przygotowań. A jeszcze lepiej, gdy mogą trenować od dnia pierwszego na pełnych obrotach, ponieważ są do tego fizycznie gotowi.

Tymczasem Legia sprowadziła Portugalczyka Hildeberto, którego dało się obejrzeć tylko podczas prezentacji, a potem na Instagramie, gdzie prowadzi transmisję z własnego łóżka. Hildeberto zamiast z rywalami walczy z nadwagą i póki co przegrywa. A że powoli wygląda to na tradycję (rok temu Vadis Odjidja-Ofoe), można się zastanawiać – czy Legia to klub zatrudniający wyczynowych sportowców, czy organizator wczasów dietetycznych?

Przyjechał też Cristian Pasquato, drugoligowy włoski piłkarz, znany też jako kolega Del Piero. Niestety, podobnie jak Hildeberto okazał się nieprzygotowany do gry, więc w rewanżowym meczu z Astaną trener Magiera wolał wprowadzić na boisko Sebastiana Szymańskiego. Pasquato kiedyś gotowy będzie, ale nie jest jasne kiedy. I nie jest jasne, czy to zawodnik wystarczającego formatu.

No i Sadiku, który zapowiedział minimum dwadzieścia goli, ale niestety nie będą to gole w Lidze Mistrzów. On jeden jak na razie wygląda jako-tako, chociaż po debiucie w kolejnych meczach wszyscy oczekiwali więcej niż dostali. Tak czy siak – Sadiku również dotarł za późno.

W sumie o jakieś osiem miesięcy za późno.

Najnormalniej przeprowadzono transfer Krzysztofa Mączyńskiego, ale już podczas finalizowania transakcji nie brakowało w klubie głosów zdziwienia. Takich mianowicie, że Magiera – czy to się komuś podoba, czy nie – rozpoczyna skład od Kopczyńskiego, więc dla reprezentanta Polski może zabraknąć miejsca. W rewanżu z Astaną rzeczywiście zabrakło. Może to być sytuacja jednorazowa, ale absolutnie nie musi. Wydaje się, że zabezpieczenie akurat tej pozycji nie było priorytetem.

Cóż, Jacek Magiera nie pracuje w spokoju, tylko zajmuje się zasypywaniem dziur. Czymkolwiek. Podczas swojego pierwszego okna transferowego stracił Nikolicia i Prijovicia, czyli całą linię ataku. Mistrzostwo udało się zdobyć w zasadzie bez tej formacji, co jest nie lada sztuką. W kolejnym oknie stracił najlepszego piłkarza linii pomocy – Odjidję-Ofoe. O tym, że Belg nie zamierza zostać w Warszawie wiedzieli wszyscy w klubie, sam zawodnik po zakończeniu poprzedniego sezonu opróżnił szafkę na Łazienkowskiej. A jednak tygodniami trwało przeciąganie liny, które wprowadzało zamęt. Po wyrwie w ataku nastąpiła wyrwa w pomocy. Czy Magiera jest trenerem, który ma kręgosłup zespołu i wzmacnia go kolejnymi elementami? Nie. Wręcz przeciwnie.

Zimą transfery nieudane. Latem transfery nieudane – przynajmniej na tę chwilę, ale ta chwila była naprawdę istotna. Po wyrwaniu trzech zębów nikt nie potrafi się ładnie uśmiechnąć, i Magiera też nie. A jeśli dodamy do tego kontuzję Radovicia, śmiało możemy mówić o zębach czterech. Popłoch, że trzeba zamówić protezę, w gabinetach na Łazienkowskiej rozpoczął się dopiero po przegranej walce o Superpuchar z Arką. Wcześniej zwyciężała opcja pt. „oj tam, najwyżej będziemy uśmiechać się półgębkiem”.

Rzecz jasna, Magierze należy współczuć, ale należy też od niego wymagać. Faktem jest, że ci którzy zostali prezentują się gorzej niż wcześniej. O każdym z piłkarzy da się napisać – nie jest tak dobry jak mógłby być, a skoro o każdym to już można mówić o odpowiedzialności szkoleniowca. Nie o jego zwolnieniu, co to to nie, bo Magiera spektakularną pracą w sezonie 2016/17 zapracował na duży kredyt zaufania, ale o odpowiedzialności jak najbardziej. Trudno zauważyć, by którakolwiek formacja pracowała prawidłowo. Brakuje polotu, pomysłowości, elementu zaskoczenia. Może w środę nie brakowało intensywności, ale poza nią nie było już niczego więcej. Bramka przypadkowa, poza tym jedna jedyna sytuacja, też nie po żadnej wymyślnej akcji. Masa wrzutek na aferę i pałowania bez sensu. W sumie jest to sytuacja bliźniacza do tej sprzed roku, kiedy nie dało się patrzeć na zespół sklecony przez Besnika Hasiego, z tą różnicą, że wówczas los w eliminacjach LM rozłożył przed Legią czerwony dywan.

Klub nie pomógł trenerowi. Trener nie pomógł piłkarzom. Piłkarze nie pomogli klubowi i trenerowi. Bo i o ich roli zapominać nie wolno, nie mogą wiecznie jak małe dzieci chować się za spódnicą mamy. To im nie wychodziły proste przyjęcia piłki. To oni próbując wykonać przerzut kopali w aut. To oni podawali za mocno albo za lekko. To oni w doliczonym czasie gry w Astanie pogrzebali awans. To oni muszą na boisku wykonać coś spontanicznego, czego nie wyszeptał im szkoleniowiec na odprawie.

Michał Kopczyński po meczu powiedział: – Zabrakło przypadkowej bramki.

Sporo osób drwiło z tego zdania, ale nikt inny tak trafnie nie opowiedział o meczu z Astaną. Gdy drużyna grała tak jak grała, gdy piłkarze kopali tak jak kopali, liczyć można było wyłącznie na bramkę przypadkową. Jedna taka padła, zabrakło drugiej.

Prawie wszystko zimą w Legii poszło nie tak i wszystko latem w Legii poszło nie tak. Do meczów o Ligę Mistrzów była przygotowana mniej więcej jak ŁKS w 1998 roku. Tylko że ŁKS trafił na Manchester United… Tym razem byliśmy świadkami jednej z największych kompromitacji w historii polskich podejść do Champions League.

Fot. FotoPyK