Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Weszło

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Dawniej życie kibica było proste. Widzewiak z legionistą rzucali w siebie płytami chodnikowymi, lechita marzył o daniu w mordę pogoniarzowi, ultras Ruchu palił w piecu zdobycznymi szalikami Górnika Zabrze. Oś antypatii wyznaczały głównie reguły geograficzne. Ale potem dała o sobie znać globalizacja i stary ład runął. Nie znaczy to, że dzisiaj legionista idzie z widzewiakiem pod rękę, a widząc szalikowca Polonii cieplej mu się robi na sercu, niemniej oś uległa przewartościowaniu. Kto dzisiaj jest największym kibicowskim rywalem Legii? Lech? Być może. Ale w samej Warszawie? Nie, nie ma totalnej dominacji „Wojskowych”. Są Real Madryt. Barcelona. Chelsea. Arsenal. Manchester United, Bayern Monachium, Borussia Dortmund, Juventus Turyn.

Drużyny, które kiedyś były niedostępne, do zobaczenia tylko na plakacie, dziś, przy rozwoju internetu, są tuż za rogiem – w dodatku rogiem kanapy, nie ulicy. Siedzisz we wsi pod Opocznem, mieszkańców stu dwudziestu dwóch licząc gęsi, autobus w tygodniu do Drzewicy jeździ jeden? Dawniej oznaczałoby to, że jeśli interesuje cię futbol, to możesz iść pooglądać sobie Orła Gielniów, względnie poczekać aż w telewizji sparing na Cyprze zagra kadra. Dzisiaj możesz być na bieżąco z absolutnie wszystkim, co dzieje się w Barcelonie. Z każdą pogłoską transferową, każdym spięciem na treningu, rozwojem każdego utalentowanego juniora. Możesz obejrzeć każdy jej mecz? Możesz. To nawet nie w zasięgu ręki, a w zasięgu kiwnięcia małego palca. Każdy polski klub musi sobie zdać sprawę, że żadne miasto nie jest jego bastionem, wszędzie dziś wyrywają im wpływy globalne marki.

A fanatycy zagranicznej piłki są na tyle rozpieszczeni tempem Premier League, bajeczną techniką graczy La Liga czy intensywnością Bundesligi, że nie potrafią już docenić trudnego piękna meczu Ruch Chorzów – Górnik Łęczna. To tak jak z piciem Olega Salenko – zawsze wchodził w górę, przechodząc od słabych do coraz mocniejszych trunków. Będąc wiernym fanem Podbeskidzia docenisz jakościowo mocniejszy mecz Liverpoolu, ale będąc wiernym fanem Liverpoolu… Cóż, nie będzie ci się chciało w ósmej godzinie ostrej imprezy wracać do radlera.

Ten fenomen przypomniał mi się, gdy w zeszły piątek zaczynała się Ekstraklasa. Wiecie jak to jest z Ekstraklasą: szczerze na nią czekamy. Odliczamy dni. Nadchodzi siódmy stycznia, popołudnie, a człowiek nagle odczuwa podskórną, nieodpartą potrzebę obejrzenia Korony Kielce. Jej start jest zawsze wydarzeniem, choć przecież wiadomo, że szanse na kosmiczne widowisko są znikome. Tak było i tym razem, gdy liga powitała rok zbliżonym bardziej do biegów przełajowych niż futbolu „meczem” Ruch – Cracovia.

Niektórzy fani piłki zagranicznej, których znam i cenię, zaczęli się z tego nabijać. Czekacie na Ekstraklasę, a ona jak zwykle was rozczarowuje, serwując głodnemu rozgotowaną, przesoloną i zbryloną kaszkę. Jak to w ogóle można oglądać? Jeszcze zrozumiałe w przypadku osób z Chorzowa lub Krakowa, ale inni? Marnować piątkowy wieczór na spektakularny popis gry wspak, przerzutów w aut, strzałów przyjmowanych na jajca? Paranoja.

Ale jest też druga strona. Fani wszelkich Arsenalów, Realów i Bayernów, są atakowani: jak można kibicować klubowi nie pochodzącemu z twojego miasta, regionu, kraju? Nie słyszeliście o support your local football team? A ty byłeś kiedyś na Old Trafford? Ile masz wyjazdów z HSV Hamburg? Ktoś chciałby powiedzieć, że są tym prowokowani, ale tu jest spora wymienność pozycji. To po prostu obustronny konflikt, może jeszcze nie pełną gębą, ale coraz pełniejszą. Stanowiska powoli się polaryzują. Nie, nie spodziewam się leśnej ustawki Legii z warszawską Barceloną, raczej w Krakowie bój maczetami o dzielnice nie zacznie się toczyć w triumwiracie, niemniej walka o wpływy, o – a co, polećmy patosem – rząd dusz, już trwa.

Absurdalnym elementem tego konfliktu jest nadmierna powaga. Chęć udowodnienia za wszelką cenę, że kibicowanie Arsenalowi jest albo o niebo rozsądniejsze niż kibicowanie Lechowi, a potem jazda w drugą stronę przez drugą grupę. Dla mnie jest bowiem absolutnie oczywiste, że tyle samo frajdy może dać kibicowanie Iskrze Pasikurowice, tyle samo pilne śledzenie Ekstraklasy, Premier League czy kazachskiej okręgówki. Wszystko jest kwestią głębi.

Najpierw dla tych, którzy nie pojmują jak można oglądać tragifarsę Ruchu z Cracovią i jeszcze się tym jarać. Mecz ligowy to nie film pełnometrażowy, to nie zamknięta, osobna całość. Mecz ligowy jest kolejnym odcinkiem serialu. Dla uważnego widza, który obejrzał tych odcinków pięć tysięcy, niezwykle istotny. Nie chodzi o tempo, jakość, piękną bramkę, ale o to, że poznajemy dalszy ciąg wielu fabuł, które śledzimy. Każda akcja to kolejna przerzucona strona w książce. Poznajemy formę Ruchu, formę Cracovii. Widzimy jak bardzo chybili z transferami. Akcje których piłkarzy idą w górę, a akcje których w dół? Czy nie wyskoczy jakiś młody, który ma szansę rzucić ligę na kolana? Czy X pierwszy raz od lat dobrze wrzuci piłkę? Czy Y umie złapać prosty strzał? Wszystko zależy od głębi, zaangażowania w ligę. Ci, którzy jak ja, przesiąkli nią do kości i śledzą ją od lat, nawet oglądając mierne Ruch – Cracovia pływają w morzu opowieści.

To jest też zarazem odpowiedź dla tych, którzy dziwią się jak można mieszkając pod Głownem kibicować Realowi Madryt. Ponieważ jeśli wsiąkłeś w świat Królewskich za dzieciaka, jeśli obejrzałeś tysiąc ich meczów, pamiętasz samobóje Woodgate’a, erę Wanderleya Luxemburgo i debiut Roystona Drenthe, to właśnie mecz Realu jest dla ciebie kolejnym odcinkiem pasjonującego serialu. Choćbyś z otwartością, szczerą chęcią i zapałem podszedł do najbliższego hitu Ekstraklasy, to nie rzuci cię na kolana. Nawet, jeśli będzie to porywające widowisko, to złapiesz tylko ułamek tego, co stary ligowy wyjadacz. Mnóstwo kontekstów ci umknie.

A gdy obejrzysz Ruch z Cracovią, to będzie to po prostu czysta, niejadalna bryndza. Twoja opinia będzie szczera. Ale na pewno nie będzie uniwersalna.

Tak jak nie jest uniwersalne moje spojrzenie na Bundesligę, na którym czasem się łapię: e tam, nuda, znowu łatwo wygra Bayern. Przecież to samo dzieje się w Serie A z Juventusem, ale że trochę kumam tę ligę, to widzę i tak co kolejkę piętnaście fajnych wątków. Jak ktoś w tym siedzi głębiej, widzi ich pięćdziesiąt. Jestem pewien, że Bayern mógłby wygrać wszystko w Niemczech przez następne pięćdziesiąt lat, a i tak Marcin Borzęcki co weekend oglądałby BuLi z ekscytacją, zawsze widząc wiele barwnych historii. Ja potrafiłbym tak spojrzeć na Ekstraklasę, choćby została zdegradowana do jednego miejsca w pucharach, w dodatku w reaktywowanym Intertoto. Ktoś, kto od dwudziestu lat jeździ na każdy mecz Piotrcovii, najwięcej kontekstów wyciśnie z kolejnego meczu Piotrcovii. Mariusz Moński uwielbia belgijską Jupiler League. W teorii kuriozum – ani polskie akcenty, ani jakiś top. Po co? Ale wsiąkł, tak się ułożyło, i teraz mecz Mechelen z Kortrijk to coś pomiędzy świętem, kolejnym odcinkiem „Gry o tron” a wizytą starych znajomych.

Oczywiście, że frajdę sprawia też po prostu piękny, intensywny mecz. Ale to jest dostępne gołym okiem laika. To, co nas od nich różni, to fakt, że weszliśmy w ten interes aż po szyję. Gol po widłach to już tylko element i na pewno nie dominujący. Ważniejsze staje się to, że ten gol nabiera potężniejszego smaku, gdy wiesz kto gola strzelił, jak to zmienia jego karierę, pozycję w drużynie, sytuację klubu.

Jakim jest zwrotem akcji w różnych śledzonych opowieściach.

Chce się powiedzieć klasycznym: kierowniku, nie tak nerwowo. Wyluzujmy, mimo zgody z Billem Shanklym: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego”. Prawda panie Billu, ale, ostatecznie, jest to też rozrywka. Rozrywka płynąca z wrażeń artystycznych, które może docenić każdy, ale też z tego, że futbol to doskonały opowiadacz, a dobre historie snuje wszędzie.

Pomiędzy Chrząstawą, Niecieczą, stadionem Lecha, Legii, Arki, pomiędzy Camp Nou, Bernabeu, Old Trafford, przez afrykańskie ligi, meksykańskie i ultrasów Botafogo z Suwałk: wszyscy mamy rację. Zarzuć mi populizm, masz prawo. Ale jak nigdy mam pełne przekonanie, że po prostu mówię prawdę.

Napisz do autora

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

27 komentarzy do "Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Yanushev

„Nadchodzi siódmy stycznia, popołudnie, a człowiek nagle odczuwa podskórną, nieodpartą potrzebę obejrzenia Korony Kielce.” – mistrzostwo świata 😀

Wylize Wypieszcze

Leszek już w formie po ślubnych wojażach. Tylko ON i Białek ciągną ten marny plotkarski program, nota bene za uszy.

Benua

Nie ma to jak lizanie dupy. Gimnazjum rządzi

Wylize Wypieszcze

Ja nie gustuję w riminingu. Może ty, ale to nie moja sprawa w co wsadzasz swój język.

Benua

To jakaś zbiorowa histeria czy taka moda,weszło do dupy ,Stanowski do dupy,Białek super,Milewski to już całkiem Superman klawiatury. Ani ten Stano taki chujowy ani ten Leszek taki zajebisty. Komentujmy konkretne wydarzenia i przestanmy robic tutaj śmietnik bo taki syf co tutaj się robi to mamy wszędzie. A mądrego dobrze posłuchać

Wylize Wypieszcze

Stanowski na pewno nie jest mądry. Może jest oczytany, ale inteligentny to on nigdy nie był. To tylko buc i śmieć który trochę książek przeczytał a nawet studiów nie skończył.

Wylize Wypieszcze

Prawdę napisałem, Stanowski to kawał buca i tyle. Niezły dziennikarz i tyle.

bastion79

Dokładnie tak jak napisałeś. Dla mnie mecze Milan Milanówek z Chlebnią albo z Brwinowem to jest hit! Odpuszcze Legie z Lechem, LM mogę nie oglądać ale na obiektach KS obecność obowiązkowa.

Surówa

A ja mam nieodparte wrazenie ze juz kiedys Leszek pisal o swoim spojrzeniu na futbol (mam na mysli te koneksje historie w tle i stopien wsiakniecia w lige)

p_w

Jak zwykle świetny tekst, któremu można tylko przyklasnąć. W 100% zgadzam się ze słowami Leszka, co doskonale widzę jako kibic tak znienawidzonej i mainstremowej Barcelony. Chociaż sam nie raz chętnie obejrzę Esktraklasę i emocjonuję się jej rozgrywkami, to smutna prawda jest taka, że tę gęsią skórkę odczuwam głównie gdy gra Duma Katalonii. I to nie ważne czy gra z Elche czy z PSG :)

W tym konflikcie wielu kibiców zapomina też o tym, że futbol to emocje. Że jak już raz się wciągnąłeś np. w świat Eredivisie i jesteś fanem PSV, czy wolisz Górnika Łęczną albo Arsenal, to z tego nie da się wypisać ot tak, za pomocą pstryknięcia palcem. Że jak już się do jakiegoś klubu przywiązałeś, to nawet jak widzisz, że w sumie fajniej może byłoby np. pokibicować lokalniej, bardziej polskiej drużynie, albo wręcz odwrotnie, to tak się nie da.

Bartlomiej Rosiak

Debiut Drenthe w Realu? Czy to nie był gol w meczu o Superpuchar z Sevillą? Petarda z 40 metrów i piłka odbita od poprzeczki? 😀

szemrany

Leszek, romantyk z Ciebie 😉

Ponewor

Świetny wpis!

gryf01

Jak zwykle fajny tekst, panie Leszku. I w punkt!

Amber Mozart

Tak jak inne firmy wypierają lokalne marki, tak samo wielkie kluby podbierają kibiców tym mniejszym. Ci od „support local football club” kiedy trafiają do spożywczaka nie przebierają na półce w poszukiwaniu produktu miejscowej firmy, tylko kierują się kryterium cena-jakość. Nie ma powodu by w przypadku sportu było inaczej. Zresztą tak na dobrą sprawę nigdy nie było. Weźmy dwa Polskie kluby: Widzew i Legia. Oba mają fankluby poza swoimi miastami i oba się tym szczycą. Są nawet miejsca pomiędzy Łodzią i Warszawą które są podzielone na „strefy wpływów” obu tych klubów. A jednak kibicom i Legii i Widzewa wydaje się to normalne. Żaden z nich nie pojedzie do takiego fanclubu i nie wyzwie tamtejszych kibiców, że wspierają „jego” Legią, a nie miejscowy klub grający w A-klasie. A przecież, zgodnie z ideą wspierania klubu lokalnego, powinni. Dla tych ludzi z wioski 100 kilometrów od Warszawy kibicowanie Legii nie różni się niczym od kibicowania Arsenalowi przez mieszkańca Warszawy. A jednak tymi pierwszymi się chhwalimy, przekrzykujemy się kto ma większe wpływy w tej czy innej miejscowości, a tymi drugimi gardzimy.

Jatu

Co do fan clubów nie będę polemizował, ale z tymi sklepami to akurat różnie bywa. Jeśli dana marka jasno kojarzy się z danym miastem, to z reguły będąc w tym mieście tę markę wybieram. Jak byłem w Łomży kupiłem Łomżę 😉 w Poznaniu rogale, a w Warszawie Królewskie itd. itp. I myślę, że jednak trochę osób postępuje tak samo.

FC Bazuka Bolencin

Każdy normalny kibic miał pewnie wiele takich sytuacji w życiu że wolał na okręgówkę albo A-klasę w swojej miejscowości iść, gdzie grali jego znajomi tudzież inni miejscowi niż oglądać na canal+ gwiazdy zachodnich lig albo hity naszej ekstraklasy.
Ale takich meczów jak Ruch-Cracovia to chyba nikt nie trawi. Oglądam zwykle 1-2 mecze na kolejkę ale tak słabego w tym sezonie to chyba nie było.

Marx

Eufemizm roku: Trudne piękno…
Klasa.

Frenk

Juventus ma wiecej kibiców na południu Italii niz w samym Turynie..Co podwaza teze ze trzeba kibicowac druzynie z własnego miasta. Podobnie jak i mozna spotkac fanów Milanu czy tez Napoli w Rzymie

Tulismanore

Dokladnie tak jest – jak nasiakniesz to wszystko jest arcyciekawe – tez mam tak z ekstraklasa. Choc nie moge sie nadziwic tym ktorzy kibicuje klubom nie ze swoich miast. Choc sam probowalem.

Mieszkam 10 lat W Londynie i mam 2 kumpli – fanatycznych kibicow Arsenalu. No i chcieli mnie zarazic, zebym chodzil razem z nimi. wiec kupilem membershipa, szalik i co 2 tygodnie chodzilem z nimi na Arsenal. Niestety caly czas traktowalem to jak widowisko. Walilo mnie czy Arsenal wygra czy przegra, a jak tracil bramke to koledzy sie wsciekali a ja sie cieszylem ze cos sie dzieje:) Przechodzilem tak prawie caly sezon i sie nie zarazilem. :) Dzis nadal sie ciesze jak Arsenal znowu dostaje w dupe:)

danny_trejo

Temat rzeka, ale w skrocie – jak kiedys wydawalo mi sie to kompletnym idiotyzmem, ze dorosli faceci jaraja sie ‚kibicowaniem’ przez internet, tak teraz rozumiem, ze to proces nieodwracalny i zwiazany tak scisle z globalizacja i rozowjem wirtualnego swiata, ze nie ma najmniejszych szans, zeby sie zatrzymal, czy zeby tu sie cokolwiek zmienilo. Azja, Afryka, obie Ameryki i wreszcie odlegle zakatki Europy – miliony pseudo-kibicow wielkich europejskich korporacji futbolowych ciamkajacych fajny telewizyjno-internetowy produkt co tydzien, albo czesciej. I te liczby rosna. Nieliczni wybrancy z klasy sredniej i wyzej zafunduja sobie nawet raz czy dwa w roku wycieczke na stadion ulubionego klubu z ekranu, ci najbogatsi/z najlepszymi dojsciami moze nawet na jakis kluczowy mecz typu El Clasico czy derby Londynu, moze jakis hit LM. Wiekszosc bedzie zas cale zycie „kibicowac” na 5 calowym ekranie jakiegos chinskiego androida i na prawdziwy mecz nie wybiora sie nigdy. Przede wszystkim dlatego wlasnie, ze lokalny Ruch z tamtejsza Cracovia juz dzieciakow nie kreci po ogladaniu Messiego czarujacego na ekranie, czy Ronaldo pokazujacego muskuly po kolejnej brameczce. Pilka trafia wiec pod strzechy. Ale nie lokalna, skupiajaca spolecznosc wokol klubow, ktore dzieki niej moga sie rozwijac, ale ta ociekajaca miliardami, globalna, na szklanym ekraniku.

piotrzst

A ja nie mam problemu, żeby dopingować Pogoń na twardowskiego, a potem oglądać Arsenal w Premier League. W końcu, jak to mówił Nick Hornby: „Nie ma konfliktu interesów”

Kamil1996

Nie zgodzę się, za totalnego gówniarza śledziłem Lige Angielską. Chelsea z Makelele, Crespo. Ogladało się „pokaz slajdów” na jakiś streamach, odswieżało się telegazetę z wynikami. Ale potem znudziłem się tym nie mogąc tego „dotknąć”. Teraz wole jechać na Legie, Lechie czy Płock. Mimo, że wtedy potrafiłbym wymienić większość piłkarzy z ligi. Teraz pewnie kilku tych na piedestale.

kaczan

Ja osobiście muszę powiedzieć, że trochę dziwi mnie kibic sukcesu. Sam jako dzieciak zakochałem się w Barcelonie oglądając finał z 92 r. zakończony bramką Koemana. Przez długi czas jako mieszkaniec wsi miałem problem aby się dowiedzieć czegos o Barcelonie. Czytałem czasem wieści z rubryk sportowych i czekałem na kolejne mecze Ligi Mistrzów w TV. Nie licząc własnej gry pierwszy raz oglądając mecz płakałem po porażce 4:0 z Milanem. Kochałem tę drużynę, która mecze wielkie przeplatałą słabymi i niesprawiedliwym traktowaniem Realu.
Od czasu Guardioli nie oglądam praktycznie ich meczów. Ciągłe wygrywanie, strzeleckie rekordy Messiegio stały się nudne. Ta drużyna nie daje mi już tego czego oczekuję od sportu. Emocji. Nadziei, że po słabym meczu nastąpi kiedyś rewanż. Że kiedyś będzie dobrze. Dziś mecz Barcelony ma niewiele wspólnego z emocjami. Teraz cieszę się, gdy przegrywa, bo to pokazuje, że ci gracze są ludźmi, że potrafią też się pomylić.

Równocześnie byłem kibicem Lecha. Od wielu lat regularnie jestem na stadionie, mam swoje miejsce karnetowe. Ta drużyna niegdy mnie nie zawiodła. Zawsze dawała emocje. Czy to pozytywne, czy negatywne, ale zawsze były. Dlatego cały czas czekam na kolejny mecz w naszej przaśniej lidze.

Z przewrotki w sam winkiel

Czytam czwartkowe felietony co tydzień, ale ten jakbym juz czytal po raz drugi?Czy moglby ktos odnaleźć ten poprzedni felieton w tym samym temacie,moj tel.tego nie ogarnie

Wrabel87
Rainheaven

Ekstraklasa jest jak chore dziecko. Kochasz mimo WSZYSTKICH ułomności. Nie nowe, ale aktualne będzie pewnie u krańców ojego życia

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

bjoergentrening
19 lutego, 21:43
Image and video hosting by TinyPic