Tak wygląda(ł) najgorszy „uczestnik” tego Euro
Weszło

Tak wygląda(ł) najgorszy „uczestnik” tego Euro

Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że eksperci komentujący na żywo mecze piłkarskie nie mają łatwego życia. O ile od pierwszego komentatora nikt nie wymaga nie wiadomo czego, o tyle ekspert – jak sama nazwa wskazuje – musi powiedzieć coś, czego przeciętny widz nie wie. OK, może i nie musi, kilku ta sztuka nie udała się nigdy, ale powiedzmy, że byłoby to mile widziane. No więc naprodukuje się taki chłopina, nastresuje, bo przez 90 minut musi zachować czujność, a na końcu jakiś Marian z Pszczyny napisze mu, że jest tak chujowy, że wolałby już słuchać pocierania palcem o styropian albo zrzędzenia swojej starej. No przekichane. Ale na szczęście zazwyczaj jest też tak, że szybko znajdzie się ktoś – powiedzmy Józek z Lęborka – kto weźmie człowieka w obronę, doceni wiedzę, pochwali za wyczucie i głos – nawet Tomasz Wołek ma przecież swoich zwolenników. Wraca nadzieja. No chyba, że jest się Jackiem Zioberem, który dla Polsatu komentuje mecze Euro.

Z tego co widzimy, to gość jest gorszy niż ZUS, NFZ i Urząd Skarbowy razem wzięte – naprawdę nikt go nie lubi.

Serio, mistrzostwa trwają już od ponad tygodnia, a my choć głusi nie jesteśmy, nie usłyszeliśmy jeszcze ani jednej pozytywnej opinii na jego temat. Ani jednego dobrego słowa! Jasne, być może gdzieś istnieją ludzie, którym jego komentarz podoba się do tego stopnia, że obejrzeliby dla niego powtórkę meczu Włochy-Szwecja, ale jakoś ich nie spotkaliśmy. To swego rodzaju fenomen, bo piłkarzem przecież był nie najgorszym, więc ktoś mógłby najzwyczajniej w świecie z sentymentu się nad nim zlitować. Tymczasem mamy wrażenie, że sympatią mogliby go darzyć jedynie piłkarze występujący na Euro, których mecze komentuje (oczywiście gdyby wiedzieli, że istnieje). Dlaczego? Ano dlatego, że niezależnie od tego, jak słabo zagrają, nie będą najgorszym elementem widowiska. To miano zarezerwowane jest dla Ziobera.

Do tej pory byliśmy dość bierni w ocenie jego poczynań – tak samo zresztą jak innych komentatorów – ale wydaje się, że sytuacja już dojrzała do tego, abyśmy i my zabrali głos w tej niezwykle jednostronnej „debacie”. A raczej pojedynku Polsat kontra reszta świata, w którym stacja ze słoneczkiem w logo twierdzi, że Ziober powinien komentować, a reszta uważa, że powinien się zamknąć.

No więc nasze zdanie jest następujące: jest tak tragiczny, że komentatorską żenadę powinno się oceniać w skali od zera do Jacka Ziobera.

Od czego by tu zacząć… Może najpierw ustalamy, czego tak naprawdę wymagamy od ekspertów. Bez wchodzenia w detale, bez rzeczy, których ocena zależna jest od gustów i guścików, absolutne podstawy. No to tak, ekspert telewizyjny musi:

– znać się na piłce, rozumieć tę grę i umiejętnie sprzedawać to widzom,
– być przygotowanym do poszczególnych spotkań, mieć wiedzę na temat drużyn i piłkarzy, których mecze komentuje,
– znać aktualne przepisy gry w piłkę nożną, by nie mieć problemów z oceną spornych sytuacji,
– nienagannie posługiwać się językiem polskim,
– zachować obiektywizm lub przynajmniej stwarzać tego pozory (przypadki meczów reprezentacji czy polskich drużyn w pucharach rozpatrywane są trochę inaczej),
– być w miarę wyrazisty.

Dobra, bądźmy tolerancyjni – spełnienie pięciu z tych sześciu warunków też powinno wystarczyć, tragedii wtedy nie ma. Ale jeśli tych braków jest więcej, no to sorry Gregory, trzeba poszukać innego sposobu na życie. Normalna sprawa, gdybyśmy mówili piekarzach, szewcach czy fryzjerach byłoby podobnie.

Przypadek Jacka Ziobera jest natomiast taki, że możemy dyskutować, czy spełniony jest chociażby jeden. Przesadzamy? No dobra, to przyjrzyjmy się poszczególnym warunkom.

Można mieć bardzo poważne wątpliwości, czy Jacek Ziober rozumie grę, gdy np. próbuje przekonać widzów, że ustawienie Francji na mecz z Albanią, z Payetem, Giroud, Martialem, Comanem i Matuidim jest defensywne. Albo gdy stwierdza, że Belgia zagrała z Włochami dobre spotkanie, a do osiągnięcia korzystnego wyniku zabrakło jej głównie skuteczności.

Można mieć bardzo poważne wątpliwości, czy Jacek Ziober jest dobrze przygotowany do poszczególnych spotkań, gdy np. uważa, że Kevin de Bruyne nie jest piłkarzem kreatywnym. Albo portugalski bramkarz to dla niego Raul Patricio. Generalnie mamy wrażenie, że większość piłkarzy, których poczynania komentuje, poznaje w trakcie meczu.

Można mieć bardzo poważne wątpliwości, czy Jacek Ziober  Dobra, jesteśmy przekonani, że Jacek Ziober nie zna aktualnych przepisów gry w piłkę. Co gorsza, najważniejsza jest dla niego ich własna interpretacja. „Ręka jest ręka, nieważne czy taka czy siaka”. Gówno prawda, ważne. Równie dobrze Ziober mógłby nie respektować spalonych, albo nie zgadzać się z tym, że gra się 11 na 11.

Można mieć bardzo poważne wątpliwości, czy Jacek Ziober nienagannie posługuje się językiem polskim. Owszem, da się go bez trudu zrozumieć, ale po pierwsze zasób słownictwa ma dość ograniczony, a – po drugie – błędów jest sporo. Od nieustannego „rozumie”, gdy chce powiedzieć, że z czegoś zdaje sobie sprawę, po takie potworki jak „herbata się wylała”, co odczytujemy jako nie do końca sprytne połączenie „po herbacie” i „mleko się rozlało”.

Można mieć bardzo poważne wątpliwości, czy Jacek Ziober jest obiektywny lub przynajmniej stwarza takie pozory. Na przykład w przypadku reprezentacji Włoch w trakcie ostatniego meczu ze Szwecją. Nie wiemy, czy jakiś makaroniarz poderwał mu w młodości dziewczynę, czy może barman napluł mu do cappuccino, ale źle słuchało się, jak wręcz prosił arbitra o interwencję na korzyść przeciwników drużyny Antonio Conte.

A teraz – uwaga, odmiana – nie można mieć wątpliwości, czy Jacek Ziober jest wyrazisty. Jest. Nie szczypie się przy ocenie piłkarzy, tnie równo z trawą. Sęk w tym, ze jest krytyczny do tego stopnia, że aż karykaturalny. Gdyby komentował mecze Ekstraklasy, to byłoby to uzasadnione, ale on przecież komentuje – jakkolwiek patrzeć – zmagania najlepszych piłkarzy na Starym Kontynencie. Można się od czasu do czasu czymś zachwycić, to nie grzech! Do tego ten mentorski ton, jakby pozjadał wszystkie rozumy, jakby pięć razy wygrał Ligę Mistrzów jako piłkarz i dwa razy jako trener. Jeśli nas pamięć nie myli, nic takiego nie miało miejsca.

Nie wiemy, czy to nie jest jakiś rekord niekompetencji. Rozumiemy powody, dla których Ziober w ogóle znalazł się w gronie ekspertów – teoretycznie nawet ciężko wyobrazić sobie kogoś bardziej odpowiedniego do komentowania turnieju rozgrywanego we Francji. Niestety w tym przypadku rzeczywistość tak brutalnie różni się od oczekiwań, że śmierdzi to sabotażem Polsatu. A gdy chcesz, by ludzie zapłacili ci 100 złotych za produkt, za który nie mają zwyczaju płacić, to jednak wypadłoby pokazać, że był on tego wart. A Ziober na stanowisku komentatorskim jest trochę jak splunięcie w twarz wszystkim, którzy z tej stówki wyskoczyli.

KOMENTARZE (0)