Piłkarz, sędzia, menedżer i… specjalista IT. Kontuzja wyrzuciła go drzwiami, wrócił oknem
Weszło Extra

Piłkarz, sędzia, menedżer i… specjalista IT. Kontuzja wyrzuciła go drzwiami, wrócił oknem

Nieco zapomniany piłkarz Wisły Kraków, później Zagłębia Sosnowiec. Tej Wisły z Iwanem, Kapką, Skrobowskim, Nawałką. Jego karierę brutalnie przerwała kontuzja. Zerwanie więzadeł, po którym w tamtych latach tylko nielicznym udawało się wrócić. Najlepsze lata miał przed sobą, nagle musiał odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie mógł grać – zaczął sędziować. Jak sam o sobie mówi – wypadł z hukiem drzwiami, wszedł oknem. Prosto do Champions League.

Równolegle toczyła się jego kariera w sektorze IT. Siedzimy w wiedeńskiej siedzibie firmy Henkel, międzynarodowej firmy zajmującej się produkcją środków chemicznych. Centrali całej Europy Środkowej. Rozmawiam z człowiekiem, który w życiu po życiu potrafił przebranżowić się już dwa razy. W zalewie ludzi, którzy błyskawicznie tracą majątki, walczą z depresją, nałogami i zaszywają się gdzieś odcięci od świata – to nie jest taka oczywistość.

Poznajcie Wojciecha Gorgonia. Byłego piłkarza, byłego sędziego międzynarodowego, który dziś kieruje działem serwisowym IT, a w wolnych chwilach pełni funkcję menedżera swojego syna, Aleksa.

***

– Jestem odpowiedzialny za takie kraje jak Czechy, Węgry, Słowacja, Polska, Estonia, Łotwa i Litwa. Teoretycznie jesteśmy liderem regionu, ale nie mamy już takiego znaczenia, w Europie Środkowej najważniejszym krajem jest teraz Słowacja. Ja pracuję w dziale IT. Zajmuję się infrastrukturą lokalnych serwisów, w pewnym sensie też user support.

A tak z polskiego na nasze?

W największym skrócie – zapewniam wszystkim użytkownikom firmy Henkel to, by mieli dostęp do komputerów i internetu, do centrali, do głównych systemów. Jeśli mają problemy – pomagam. I wszystko wokół tego. Koszty, nowe akcje, implementacja, trening. Pracę dostałem dzięki piłce. Przyjechałem do Austrii, zacząłem grać, a jak się gra w piłkę to ma się dużo znajomych. Złapałem kontakt do kogoś z IBM-u i można powiedzieć, że swoją karierę w dziale IT zacząłem dwadzieścia cztery lata temu. Nie miałem pojęcia o niczym. Jedyne, co robiłem w Polsce to pisanie na maszynie. Całe szczęście, że ekipa zaakceptowała, że się na niczym nie znam. Z drugiej strony – robiłem wszystko, żeby jak najszybciej się czegoś nauczyć i się do czegoś przydać. Zostałem tam na dwanaście lat. Zaczynałem od wkładania kaset do odpowiednich maszyn. To były czasy wielkich komputerów chłodzonych wodą. Komputer na sześćdziesiąt gigabajtów to była maszyna jak ta szafa.

Za taki komputer to chyba sztab ludzi musiał odpowiadać.

Był tape operation, potem system operation. Ja zaczynałem od tape operation, do tego była cała grupa techników. Jak coś się zepsuło – nic nie mogliśmy zrobić. Byliśmy w stanie co najwyżej stwierdzić, która płyta siadła. O internecie nie było mowy.

Teraz zajmuje pan wysokie stanowisko w poważnej, światowej firmie. Tak drastyczne przebranżowienie wśród piłkarzy – mocno niespotykana sprawa.

To tylko pokazuje, jak duży potencjał w nas drzemie, kiedy jesteśmy do czegoś zmuszeni. Bo ja byłem zmuszony.

Więzadła krzyżowe – w pana czasach brzmiało to jak wyrok?

W Polsce były trzy miejsca, gdzie można było zrobić artroskopię. Wiadomo, że gdyby dział lekarski Zagłębia bardziej się mną zajął i potraktował to profesjonalnie, jakieś miejsce dla mnie by się znalazło. Niestety dostałem gips i na tym się skończyło. Nie rozpaczam. Mój syn ładnie to powiedział w wywiadzie: nie da się wrócić do skrzyżowania i pójść inną drogą. Dopiero w Austrii mnie zoperowali, ale to było po dwóch latach po kontuzji. Nie było już szans, by wrócić do zawodowej piłki. Po operacji nie mogłem jeszcze grać przez rok. Od tamtego czasu żyję z bólem. Trzeba się z tym zaprzyjaźnić.

Zajął pan się pracą, a równolegle prowadził pan karierę… sędziowską. Jak mniemam, po godzinach.

A przepraszam, w Polsce są profesjonalni sędziowie?

Tak. Od kilku lat.

Gratuluję. W Austrii jeszcze nie ma czegoś takiego. Sędzia ma podane warunki, które musi spełnić. Albo je akceptuje, albo nie. To jeszcze nie ten szczebel. Oczywiście to mile widziane, kiedy ktoś ustawi sobie pracę na pół etatu albo ma na tyle wyrozumiałego szefa, że ten pozwala mu na ciągłe wyjazdy. Ale zwykle tak nie było.

Jak pan dawał radę to łączyć?

Każdy wyjazd międzynarodowy to trzy dni. Kombinowałem tak, że wstawałem bardzo wcześnie rano, przychodziłem na kilka godzin do pracy, wylot był z reguły w godzinach południowych – trzeba było być dzień przed meczem – więc prosto z firmy jechałem na lotnisko. Drugi dzień – urlop. Była taka zasada, że lecimy pierwszą możliwą maszyną po meczu. Często wracaliśmy w godzinach dopołudniowych, więc prosto z lotniska jechałem do biura i siedziałem do późna. Całe szczęście, że miałem taki układ, że nie musiałem być fizycznie dostępny, ale praca musiała być zrobiona. Tu czy w domu – nieważne, nikt tego nie sprawdzał. Musiało być i tyle. Oprócz meczów mieliśmy obowiązkowe treningi dwa razy w tygodniu. Ale to było mało. Wiadomo, że każdy trenował jeszcze indywidualnie.

alexGrafika z podobizną syna w centralnym punkcie gabinetu

Przepisy w Austrii też są tak restrykcyjne jak u nas? U nas sędzia nie może na przykład napić się alkoholu. W ogóle.

Ja po meczach nie piłem piwa, ale myśli pan, że na wyjazdach międzynarodowych sędziowie nie napiją się choćby lampki wina?

To normalne. Ten przepis jest bardzo restrykcyjny.

Dobrze spełniłeś obowiązek – masz prawo się napić kieliszek wina. Tak samo jest z piłkarzami. Czy oni śpią po meczach? Człowiek nie jest w stanie się wyłączyć, tyle emocji. To samo jest z sędziowaniem. Po meczach międzynarodowych – szczególnie po pucharach czy eliminacjach, gdzie była duża presja – te noce były bardzo krótkie. Mecz o 21. Koniec – 23. Zanim po meczu się przebierzemy i zrobimy administracyjną robotę – 00:30. Lądowaliśmy w jakiejś restauracji. O trzeciej byliśmy w hotelu. I nie, że to się przeciągało – taka była procedura. O ósmej z kolei znów na lotnisku i powrót.

Jak jest z sędziowaniem w Austrii? W Polsce – trzeba przyznać – bardzo poszło do przodu.

Całe szczęście, bo w Austrii sędziowanie jest przeciętne. Marciniak jest wyjątkiem?

Przerasta wszystkich, to fakt. Ale z drugiej strony coraz mniej jest sędziów, o których można powiedzieć, że kompletnie się nie nadają.

Tu w Austrii też jest dwóch, którzy sprawdziliby się na wysokim poziomie. Kwestia tego, że trzeba im dać szansę. Nie zapominajmy o jednej rzeczy. Wszyscy się zawsze złoszczą, dlaczego na wielkich imprezach sędziują Francuzi, Włosi, Anglicy, Hiszpanie.

Mają najlepsze ligi.

Tydzień w tydzień gwiżdżą przy 60 tysiącach, przy największej presji! Oni są przyzwyczajeni. W Austrii? W całej kolejce nie ma 25 tysięcy ludzi. Są mecze, które elektryzują – derby Wiednia czy spotkania Rapidu i Austrii z Salzburgiem – ale to tyle. Nie ma co porównywać tempa i atmosfery pozostałych.

Jakie to uczucie słyszeć hymn Ligi Mistrzów? Niewielu Polakom się to udało, panu – mimo że jako sędziemu – tak.

W Champions League nie ma meczu, który piłkarz może odpuścić. Nawet jak w grupie wszystko jasne, gra idzie o niebywałe premie. Dlatego dla arbitra to najtrudniejsze mecze do sędziowania. Jak oni ruszą, to jest niesamowita sprawa. Asystent musi być bardzo wytrenowany. Manchester United – jeszcze ten z Beckhamem, Scholesem, Giggsem – wiedział dokładnie, do kogo można grać. Myślałem sobie: okej, mam ich, trzech stoi na spalonym. A podanie szło do zupełnie kogoś innego, kto wybiegał właśnie zza pleców! Niesamowita zmiana, duży stres, mega koncentracja. Ja po takich meczach byłem totalnie wykończony psychicznie.

Obcował pan z gwiazdami, czar prysł za którymś razem?

Przez to, że wychowałem się od dzieciństwa na stadionach, mój podziw leżał w określonych granicach. To są normalni ludzie. Z perspektywy czasu – jest co wspominać, można pokazać parę zdjęć. To było fajne uczucie być razem z nimi częścią jakiegoś widowiska. Pamiętam taki mecz towarzyski przed mistrzostwami Europy. Francja, mistrz świata, grała z Chorwacją. Zidane, Henry, Trezeguet – o, wtedy wywarli na mnie wrażenie. Był też Marcel Desailly, boiskowy morderca. Stanął przede mną i tu mogę powiedzieć, że czar prysł. Pomyślałem sobie: no taki wielki jak w telewizji to ty nie jesteś.

(śmiech)

W telewizji ściana, szybki, twardy. Tu wyglądał tak… po ludzku. Pamiętam też inną sytuację z tego meczu. Z racji piłkarskich nawyków – a w czasach, kiedy sędziowałem wiele rzeczy było jeszcze w powijakach – przed meczem miałem swój sposób na rozgrzewkę. Poza tym zawsze szedłem na swoją linię, patrzyłem, czy wszystko jest w porządku, czy nie jest ślisko. Niko Kovac podszedł do mnie i powiedział: – Czegoś takiego to jeszcze nie widziałem! Sędzia na rozgrzewce?! Kovac grał potem w Salzburgu, kiedyś spotkaliśmy się i pośmialiśmy się z tego dialogu.

Pamiętał pana?

Ja mu się przypomniałem (śmiech).

Zachowania in minus? Ktoś się okazał chamem, gburem, gwiazdą?

Starałem się u nikogo nie podpadać i w zasadzie nie miałem żadnej takiej sytuacji. Najlepiej wspominam spotkania z Polakami na austriackich boiskach, z Radkiem Gilewiczem, Kaziem Węgrzynem, Jerzym Brzęczkiem, Kaziem Sidorczukiem, któremu zawsze przynosiłem szczęście. Jak tylko mnie zobaczył to krzyczał: – O! Dobrze, że przyjechałeś, bo nam nie idzie! Ciężkie przeboje były z Krzyśkiem Ratajczykiem. W ostatnim meczu sparingowym przed rundą wiosenną, Rapid grał z jakąś drużyną ze Słowacji, Krzysiek był faulowany, ale zagrał piłkę dobrze, więc zastosowałem prawo korzyści, po czym w swoim stylu uderzył łokciem tamtego w twarz. Ten zalał się krwią, nie pozostało mi nic innego jak dać czerwoną kartkę. Przez to Ratajczyk był zawieszony na pierwszy mecz ligowy, takie były wtedy przepisy. Żeby było śmieszniej – to był mecz przeciwko Austrii Wiedeń. A wszyscy wtedy wiedzieli, że mój syn gra w Austrii. Proszę sobie wyobrazić, co się działo.

Afera?

Na szczęście sytuacja była zbyt oczywista, by ktokolwiek chciał z nią dyskutować. Ze strony Rapidu nie było żadnych protestów, ale z Krzyśkiem już nigdy nie nawiązałem żadnego kontaktu. Widać było, że podchodzi po tym zdarzeniu do mnie z rezerwą. Ale Krzysiek ma chyba taki charakter.

To że był pan piłkarzem jakoś pomagało w sędziowaniu?

Pomagało, oczywiście. Grałem w międzyczasie w amatorskich ligach, w pewnym momencie awansowaliśmy nawet do trzeciej ligi, ale odpuściłem. Sędziowanie, piłka, praca – było za dużo. No i zdrowie, zdrowie nie pozwalało. W czym pomagało? Taki prosty przykład – grając w piłkę znasz wszystkich, szybko budujesz swój Netzwerk. Jak był jakiś młody piłkarz i się burzył, jego koledzy szybko mówili: – Z tym panem się nie dyskutuje. Tak samo starsi – z racji, że mnie kojarzyli – odnosili się z szacunkiem.

Inny przykład, jakaś akcja z boku boiska – od razu wiedziałem, że coś tam śmierdzi, byłem blisko. Gdybym nie grał w piłkę – może bym wiedział, a może zachowywałbym inną odległość. Gwizdek, gość się odwraca i nawet nie dyskutuje, bo stoję trzy metry od niego. Nie spodziewał się nawet, że ja tam będę. Co ja zawsze krytykuję u sędziów – niektórzy liczą na to, że asystent podpowie. Nie! Zapomnijmy o asystentach! Asystent ma tyle roboty ze spalonym, że nie ma czasu zająć się innymi rzeczami. Dlatego jestem w stanie zrozumieć tę sytuację z finału Ligi Europy. Asystent był tak zafiksowany na punkcie linii, że nie dostrzegł, że to było podanie od przeciwnika, bo piłkę widział tylko kątem oka. Widział moment – podniósł chorągiewkę.

Kariera piłkarska przeszkadzała w zasadzie tylko w jednym. Musiałem wyrzucić z siebie piłkarskie podejście do gry. W nizszych klasach sędziowałem tak, aby to „pasowało” do meczu.

Jako sędzia bardziej rozumiał pan piłkarzy?

Chłopaki mówią, że byłem twardy, ale sprawiedliwy. I że zawsze można było ze mną porozmawiać. No bo co sędzia może zrobić, jak jest rzut rożny i piłkarz mówi, że nie ma żadnego rogu?

Postawa betonowa albo przyznanie się do błędu. Piłkarze wolą tę drugą, każdy rozumie, że sędzia jest tylko człowiekiem.

Mówię: dobrze, no ale co ja mam teraz zrobić? To się wie, kiedy się źle gwizdnie. Zasada była taka – jeśli sędzia wszystko gwiżdże super i zrobi jeden błąd – zawodnicy przebaczą. Ale kiedy od początku meczu trzy razy gwizdnie źle…

Mecz położony.

Sam wprowadza taki niepokój i ma problemy. Sędziemu potrzebny jest dobry team. Ja przeżyłem fazę, gdzie coraz to nowe obowiązki były dokładane asystentom. Więcej, więcej, jeszcze więcej. Mówili:

– Asystent też powinien oceniać karnego.

– Ja? Ja jestem przywiązany do linii! Sędzia może biegać gdzie chce, on musi to widzieć. Ja mogę mu ewentualnie pomóc, kiedy zauważę przypadkiem.

Wymyśliłem na to swój sposób. Kiedy szła szybka kontra i widziałem, że sędzia nie zdąży, ścinałem linię i wbiegałem na boisko. Nadal byłem na wysokości zawodników, tylko że 5-6 metrów bliżej.

Tak można?

A kto mi zabroni? Ktoś zwracał na to uwagę?

Na jakim poziomie pan tak robił?

Ekstraklasa. To było w takich sytuacjach jak na przykład rzut rożny, szybki wykop, gość idzie pół boiska jeden na jeden. Nie ma mowy o spalonym, a być może będzie jakaś sytuacja stykowa. Wiemy, że arbiter główny na pewno nie zdąży. Jak oni idą przez środek to – kiedy biegnę po linii – mam do nich trzydzieści metrów. Do tego jestem w pełnym biegu, nie widzę detali.

Ciekawe.

Byłem prekursorem! Jak zaczynałem sędziować to nie było tak, że sędzia pokazywał od razu w prawo lub w lewo. Było tak – gwizdek, chorągiewka w górę, wszyscy na sędziego, dopiero wtedy pokazywało się konkretną stronę. Jako piłkarz wiedziałem, że jak sędzia boczny tak robi, to nie ma nic do powiedzenia, musi ze wszystkim czekać na głównego. Ja nie chciałem być takim bolkiem, wiedziałem, że taki sędzia od razu traci respekt. Obserwator zawsze mi mówił: – Wszystkie decyzje prawidłowe, ale brakowało dwóch faz pokazywania. Kiedy po dwóch latach wprowadzili to, co robiłem, spytałem, czy teraz wszystkie obserwacje będą zrewidowane (śmiech). Mogłem sobie pozwolić, ważne było, czy wszystkie decyzje są dobre.

GEPA-22051364074 - WIEN,AUSTRIA,22.MAI.13 - FUSSBALL - tipp3 Bundesliga powered by T-Mobile, FK Austria Wien vs SV Mattersburg, Meisterfeier. Bild zeigt Alexander Gorgon (A.Wien) mit seiner Familie. Keywords: Meister, Meisterteller. Foto: GEPA pictures/ Christian Ort

Tak właściwie, dlaczego akurat Austria?

To chyba pytanie do mojej żony. Mama żony tu mieszkała. A że wtedy nie było łatwo wyjechać, to była cała akcja. Plan był taki, by grać tu w piłkę. Pech chciał, że dwa miesiące przed wyjazdem zerwałem więzadła. Początkowo myślałem, że nawet po roku pauzy znajdę bez problemu klub. A że przeciągnęło się do trzech lat… Wróciłem do piłki, z czasem awansowałem do trzeciej ligi. Wiem, że to nie to samo. Ale skoro sam doprowadziłem się do użytku – mam satysfakcję.

W Polsce spotkał pan masę piłkarzy. Który był najlepszy?

Plejada. Andrzej Iwan, Jasiu Jałocha, Adaś Nawałka, Zdzisiek Kapka, Leszek Lipka. Każdy miał coś w sobie, coś jedynego w swoim rodzaju. Jak ta generacja doszła do pierwszego składu to nie było szans, żeby ktoś się wcisnął. Z młodych udało się tylko mnie i Jaśkowi Nawrockiemu, ale tylko dlatego, że Krzysiek Budka i Piotrek Skrobowski doznali kontuzji.

Adam Nawałka przejawiał już skłonności do trenerki?

W takim wieku się jeszcze takich skłonności nie przejawia, ale już wtedy wiadomo było, że jak się Adam za coś weźmie, wkręci się tak na serio, że poświęci temu wszystko. Najlepsze były wspólne treningi z Adamem, kiedy byliśmy kontuzjowani. Nie graliśmy w meczu, zamiast tego szliśmy biegać. Ale bieganie z nim to nie było takie, że ruszamy i biegniemy. Plan, program, odpowiednie przygotowanie. Wracaliśmy jak zgonione psy.

W tamtych czasach taka postawa należała do wyjątków?

Pamiętam jak zawsze po meczach mieliśmy odnowę, szliśmy zwykle do sauny. Po pół godziny nikogo nie było. Zostawał Adam, ja i może dwóch-trzech zawodników. Na masażach był zawsze. Ile on włożył wysiłku w to, żeby dojść do siebie po kontuzjach, to jest niepojęte. Teraz najlepszy kontakt mam ze Zdziśkiem Kapką, a w sumie dzieliła nas największa różnica wieku. Pamiętam taką anegdotę, byłem w szatni już pół roku, coś tłumaczę:

– Ale ja myślałem…

Zdzisiek mi przerywa: – Wojtuś! Ale od myślenia to tu jestem ja! Ty masz tylko biegać!

Trenerzy? Kogo cenił pan najbardziej?

Nie miałem dużo trenerów, ale za najlepszego fachowca uważam Lenczyka. Trudny charakter. Kiedy wchodził do drużyny, musiał wszystko ustawić po swojemu. Pokazać liderom na wejściu, kto tu będzie rządził. Można sobie zadać pytanie, czy wyeliminowanie Piotrka Skrobowskiego czy Adama Nawałki przez Lenczyka było słuszne. Bo Nawałka – obojętnie w jakiej dyspozycji – był zawsze dobrym duchem zespołu. Lenczyk stawiał na indywidualizację, nie wrzucał wszystkich do jednego worka. Z kolei za Jurka Kopy trenowaliśmy za dużo. Proszę sobie wyobrazić – pierwszy trening od 9 do 13. Jechało się na halę, tam była siłownia, trening stacyjny, ćwiczenia techniczne. A potem szło się biegać. Od razu. W pierwszym meczu doznałem kontuzji. Po raz pierwszy w życiu strzelił mi mięsień dwugłowy. Nie wiem, czy to było spowodowane okresem przygotowawczym, czy tym, że pierwszy mecz graliśmy na śniegu…

Tak czy tak – przeciążenia nie pomogły.

To na pewno. Jak wszystko było już stracone, zaczęliśmy grać w tenisa nożnego. I wtedy pokonaliśmy Legię, zremisowaliśmy mecz z Widzewem, wygraliśmy kilka meczów. Ale sezonu nie udało się uratować, wszystko było stracone. Pamiętam jak dziś tytuł w „Tempie” po ostatnim meczu w pierwszej lidze: „Boso, ale z ostrogami”.

Tamta Wisła uchodzi generalnie za zabawową drużynę. Wciągali pana?

Ja byłem dziwnym człowiekiem. Nie chodziłem na imprezy, nie lubiłem dyskotek.

W ogóle?

Praktycznie tak. Ale ja nie mam wrażenia, że te imprezy były jakieś częste. Nie wiem, może się zdarzyło raz na jakiś czas po meczu, ale wydaje mi się, że więcej w tym legend z mchu i paproci. Poza tym ja miałem co robić. Chodziłem na uczelnię. U mnie było tak – trening, uczelnia, trening, nauka. Najpierw w Krakowie, potem w Katowicach, gdzie nie grałem już w reprezentacji, więc nie miałem co liczyć na indywidualny tok studiów. Po drodze musiałem zaliczyć wojsko, przeciągnęło się o kolejne dwa lata.

Po latach bardziej jest pan zadowolony z kariery piłkarskiej czy sędziowskiej?

Więcej osiągnąłem jako sędzia. Kilka meczów Champions League, Puchar UEFA, kwalifikacje do mistrzostw Europy i świata. Wprawdzie tylko jako asystent, ale dotarłem do wysokiego poziomu. Piłkarsko fajnie się to zaczęło z reprezentacją młodzieżową w Meksyku, ale końcówka… Dwa razy spadłem z ligi, potem kontuzja, która wyrzuciła mnie z obiegu. Wypadłem z hukiem drzwiami, wszedłem oknem. Prosto do Champions League.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK