Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY
Weszło

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

Gdyby człowiek wierzył w bajki – mógłby uwierzyć, że mamy fantastyczną reprezentację i europejskiej klasy piłkarzy. To oczywiście złuda, fatamorgana, świadczą o tym zresztą wyniki w nomen omen europejskich ligach i europejskich pucharach, gdzie poza wyjąteczkami, bo to mało nawet na wyjątki, nie robimy sztycha. Jasne, wolę patrzeć jak wygrywamy 5:0, niż jak 0:5 przegrywamy (bywało tak za Strejlaua, ale czy oznacza że gorszym był trenerem dziś Nawałka, albo że miał gorszych graczy – miał chyba lepszych!). Ale Bogiem a prawdą, no i realem a nie jebajkami, mecze towarzyskie służą jedynie towarzyskiemu spędzaniu czasu, co widać było po ostatnich naszych aż czterech rywalach z drugiej ligi. A nasi? Prują flaki, bo są na głodzie, niedopieszczeni na co dzień, oby przyniosło to sukces, choć w długim dystansie nie wygrywa nikt, i może dobrze. Inaczej piłka stałaby się nudna.

Moje uwagi, po tych Finach? Nie łapię po co nam sprawdzać czterech bramkarzy na trzy mecze, jak kojarzycie, bo jeden by wystarczył. Dwa – brakuje mi w ekipie chuliganów, to takie granie zabawowe, i jak ktoś podostrzy albo przyspieszy nie będzie czego szukać. Trzy – zastanawia mnie to odizolowywanie się ekipy od mediów, i ostatnia ucieczka na Święta. Tacy religijni się stali? Wątpię, jedno przykazanie łamią gremialnie na pewno i nie chodzi o to, by dzień święty święcić bynajmniej…

Cztery – zmartwił mnie ten Wrocław. Nawaliło tam Januszy cały stadion, gdy na Śląsk chodzi jedna dziesiąta tego. W Poznaniu było odwrotnie – poszli na Legię, a na kadrę tak bez entuzjazmu. Znaczy to, że mamy stadiony piłkarskie i festyniarskie, no, ale to nie mój już problem.

Chwalą wszyscy Wszołka, ale i w Polonii raz na pół roku zapędzał się szybko pod bramkę, a potem znikał, teraz bez promocji nie trafiłby do kadry na pewno, i tyle. Lepszy już Jędrzejczyk, w kontekście Euro, po biega po całej długości i drybluje w pole karne, a nie w aut. Pewnie jednak zdąży się do Euro połamać – nie, że tego życzę, tego nikomu, ale życie.

No i po piąte chyba – największe parcie na szkło ma Tomek Iwan.

I tak mógłbym wymieniać bez końca, ale najważniejsze że z Finami było na tyle wcześnie, że mogłem i mecz obejrzeć, i książkę przeczytać, i położyć się do łóżka jak człowiek, znaczy się z kobietą. Choć jakby była z Finlandii nie dałbym rady wykręcić 5:0, zatem uznanie. Jednak.

*

Co do towarzyskich potyczek… Kiedyś piłkarze nie spieszyli się do domów, tylko jechali na wspólną kolację z… rywalami, z dziennikarzami, z dziewczynami na podwieczorek, i woleli kropić nie tak jak w lany poniedziałek, wodą – bo wbrew przesądom od tego plonów nie ma, są natomiast od czegoś innego zupełnie. Zatem bywają mecze towarzyskie interesujące, choć równie mylne co do wyniku. Taki meczyk Niemcy – Anglia i 2:3. Kane (jak zawsze, tego podziwiam tu zanim się rozstrzelał, co cieszy) i ten z siódmej ligi Vardy załatwili sprawę. W Anglii orgazm, bo ogranie Fryców w nogę jest jak wygranie trzeci raz z kolei wojny światowej. Tyle że kiedyś ograli ich na wyjeździe 5:1, mieli młodziutkich Owena, Becksa i Gerrarda, no i dupa. W imprezach klapa, co słabo wróży i nam, zresztą zamieszkamy w tym samym La Baulle. Spalą się, zresztą kiedyś skrobnąłem, że przecenia się wygrane z Niemcami, nawet jeśli są mistrzami świata i siódemką pchnęli Brazylię, u niej. Bo oto ograła ich Polska, potem jakaś Irlandia, ta teraz słabsza, każdy może ograć szwabów. Poza tym ich skład nie rzuca na kolana, poza Muellerem może. Weźcie taki Bayern – najlepszy. Główne role odgrywają w nim Polak, Holender, Francuz, Brazylijczyk, Hiszpan i Austriak, tak mogę wyliczać, i dwóch ledwie Niemców, w porywach…

Dziwi mnie, że Loew nie stawia na trójkę z Wolfsburga (świetnie idą w Lidze Mistrzów, United nie istniał) – dwóch nie wystawia, trzeciego nawet skreślił, bo ten zgubił kasę. No żesz! Jak człowiekowi nie wolno nawet gubić własnych pieniędzy, to kogoś tu pogięło. Ale ten trener uwierzył w taktykę już dawno, a ja bym nie wykluczał ze ta taktyka to Deutsche Bank na przykład.

Kiedyś jeden bramkarz wypomniał mu, iż jest homoseksualistą – wyrzucił go na zawsze, zamiast zaprosić raczej do wspólnych treningów. Bywa.

*

Odezwał się ni stąd, ni zowąd prezes Walter, niezmiennie dla mnie uprzejmy, zaproponował spotkanie – fajna sprawa, że znajdują dla mnie czas ludzie konkretni, a przecież nie zawsze muszą lubić to co robię (sam nie lubię – no nie, perfidnie skłamałem). Od razu przyszło mi na myśl, że najlepsze co zrobił to stadion w centrum Polski, i najlepszą ekipę (kto na czele, zerknijcie w tabelę), poza tym organizacyjnie na wyżynach niebotycznych, to prawda. I że ta wielka budowa, przedsięwzięcie jakiego wcześniej nikt skutecznie nie wykonał – warte było… krzywdy.

Warte było krzywdy. Tak mi się pomyślało. Bo każdy wie, że najgorzej mają w Polsce ci, którzy coś robią. Nie ci, którzy tylko recenzują, wcześniej zrzucając się we trzech na jedną pizzę…

*

Gdybym miał tak świątecznie zakończyć, to tak jak słałem niejedne życzenia (za wszystkie otrzymane dziękuję):

Jak najwięcej jajeczek w koszyczku, jak najmniej jaj na 100-lecie i na EURO!

KOMENTARZE (0)