Image and video hosting by TinyPic
Z pamiętnika piłkarskiego uchodźcy. Kilka historii tych, którzy uciekli
Weszło

Z pamiętnika piłkarskiego uchodźcy. Kilka historii tych, którzy uciekli

Uchodźcy. Temat na czasie, temat trudny. Temat dzielący społeczeństwa. Ich historie jednych inspirują, drugich oburzają. Wśród nich nie brakowało i wciąż nie brakuje piłkarzy. Jedni uciekli przed ubóstwem, a inni przed właściwie pewną śmiercią. Kilku nawet powinniście kojarzyć. Na przykład taki Fabrice Muamba, albo Lomana Lua Lua. Ten tekst nie ma na celu narzucania poglądów. Chcemy tylko przedstawić historie, które nierzadko mogły skończyć się tragedią.

Kiedy we grudniu 1999 roku, dokładnie w mikołajki, jego samolot wylądował na Heathrow, po raz pierwszy zobaczył śnieg. Nowy świat powitał go w sposób brutalny, mrożąc niską temperaturą, z którą styczności nie miał nigdy wcześniej. Nie mógł mieć, skoro dorastał w Zairze. Kraju, który po zmianie władzy znany jest jako Demokratyczna Republika Konga. Miał jedenaście lat, a w języku ludzi, z którymi musiał obcować, nie znał ani jednego słowa. Tym chłopcem był Fabrice Muamba.

Tak, jest uchodźcą i nigdy nie wypierał się tego określenia. W Zairze żyło mu się przyzwoicie. Nie mieszkał w slumsach, normalnie chodził do szkoły. Można powiedzieć, że w zasadzie niczego mu nie brakowało, do czasu, kiedy w kraju wybuchła wojna domowa. W momencie wystrzelenia pierwszych pocisków rodzice zdecydowali się na przeprowadzkę. – Pewnego dnia ojciec powiedział mi, że wyjeżdża i żebym był grzeczny. Nie wiedziałem o co chodzi i miałem najgorsze przeczucia. Bałem się, że nigdy więcej go nie zobaczę. Rozłąka trwała pięć lat – wspomina były już piłkarz.

Clipboard01

Jego ojciec, Marcel, był doradcą reżimu prezydenta Mobutu Sese Seko, którego właśnie próbowano obalić. W momencie, kiedy w kraju wybuchła rebelia, mógł, a nawet musiał obawiać się o życie swoje i bliskich. Miał tylko jedno wyjście: uciekać, byle dalej. Sam postarał się o azyl w Wielkiej Brytanii, a rodzinę – w tym małego Fabrice’a – tymczasowo umieścił w domu brata, po to, by wtopili się w tłum i by nie zostali rozpoznani. W przeciwnym wypadku groziłaby im śmierć. Pewnej nocy, leżąc w łóżku, wyraźnie usłyszał strzały. Nie wiedział co się dzieje. Modlił się, by wszystko dobrze się skończyło. Wtedy zabito jego wujka. Fabrice miał szczęście, a niedługo później ojciec dostał zielone światło, by móc sprowadzić rodzinę na Wyspy. W tamtym momencie jego życie kompletnie się zmieniło.

Ludzie byli dobrzy, życzliwi, ale aklimatyzację uniemożliwiał kulturowy szok. Chodzenie do szkoły? Kompletna abstrakcja, bo bez znajomości angielskiego. Początkowo był odrzutkiem, nie miał żadnych kolegów. Angielskiego uczył się na gorąco, od absolutnych podstaw. Jedynym miejscem, które zacierało granice na tyle, że czuł się w miarę komfortowo, było boisko. Tam ludzie go zaakceptowali, a on robił wszystko, by wykorzystać szansę, którą dał mu los. Jego karierę zakończył atak serca. Teraz robi wszystko, by zostać jak najlepszym trenerem. W marcu, razem z Salifem Diao, uczestniczyli w treningach dzieciaków w Liverpoolu. Sił próbował też w mediach, a ostatnio ukończył kurs dziennikarstwa sportowego.

***

Dziś zniknął z piłkarskiej mapy. Nie wiadomo czy jeszcze gra, czy już kompletnie dał sobie spokój. Trop urywa się we Francji, gdzie promował książkę opisującą jego historię. Historię tak nieprawdopodobną, że spokojnie mogłaby posłużyć jako niezły materiał na filmowy scenariusz. W pewnym momencie zabrakło albo talentu, albo – co bardziej prawdopodobne – głowy, ale Bayan Mahmud i tak może być wdzięczny losowi, że dotarł tam, gdzie dotarł.

Jego historia też zaczyna się w Afryce, konkretnie w ghańskim sierocińcu. Trafił tam wraz z bratem, po tym, jak przez kraj przeszła fala przemocy na linii plemion Kusasi i Mamprhrusis, która zabiła im rodziców. Mieli dziesięć lat, grali w piłkę nieopodal domu. Usłyszeli strzały, Puścili się biegiem, a kiedy dotarli do celu, zobaczyli tylko ciała. Kiedy miał piętnaście lat, szykował się kolejny konflikt. Instynktownie uciekli z domu dziecka i przedostali się na południe kraju, do portowego miasta Cape Coast. Po drodze zostali rozdzieleni. Bayan przez chwilę dorabiał przy ładowaniu towarów aż w końcu postanowić uciec. Zdobył kilka paczek ciastek, dwie butelki wody, garść manioku i dostał się do niewielkiego pomieszczenia na przypadkowym statku. Później okazało się, że obrał kurs na Argentynę.

hfhgh

To z pewnością nie był rejs, który kojarzymy z darmowych broszur rozdawanych przez biura podróży. Trzy tygodnia na morzu, na kilku metrach kwadratowych, prawie zupełnie sam. Prawie, bo chłopca szczęśliwie odnalazł jeden z marynarzy. Ryzykując utratę pracy donosił mu jedzenie i trzymał w ukryciu. Gdyby o pasażerze na gapę dowiedziała się reszta załogi, to w najlepszym wypadku odesłaliby go do Ghany, a w najgorszym… wyrzucili przez burtę. Kiedy statek w końcu się zatrzymał, nie miał bladego pojęcia gdzie jest. Przez trzy noce spał na dworcu. Później trafił na życzliwych ludzi, którzy go nakarmili i kupili bilet do Buenos Aires. Bilet, który przy okazji miał mu dać przepustkę do wielkiej piłkarskiej kariery, ale najwyraźniej coś poszło nie tak.

Jeden z ludzi Boca Juniors zauważył go grającego w parku i zaproponował przyjście na trening. Szybko zobaczono w nim nieprzeciętny talent. Został włączony do jednej z drużyn młodzieżowych i podpisał pierwszy kontrakt. Wtedy, czyli dwa lata temu, zrobiło się o nim nieprawdopodobnie głośno. Jego historię przedrukowały setki gazet i portali, co nie umknęło uwadze marketingowców Nike, którzy zobaczyli w nim całkiem niezły materiał promocyjny. Opowiadał o tym, że chce być pierwszym czarnoskórym reprezentantem Argentyny. Znając życie pewnie uderzyła mu soda, bo dziś w piłkę prawdopodobnie już nie gra. Z pierwszej drużyny Boca zostało mu tylko zdjęcie z Juanem Riquelme. Nigdy nawet tam nie zadebiutował.

***

Anglia, Argentyna… W porządku, ale chyba pierwszym krajem, który kojarzy się z uchodźcami są Niemcy. Jako osiemnastolatek z Gambii uciekł na przykład Ousman Manneh, który dziś gra w rezerwach Werderu Brema. Eksperci uważają, że musi sporo pracować, szczególnie nad charakterem, ale ma za sobą kontakt z pierwszą drużyną. Latem, podczas jednego ze sparingów, zdobył nawet cztery bramki.

Kolejny, pewnie mniej utalentowany, ale mający barwną historię, to Cellou Diallo, który do Niemiec trafił z Gwinei. Tam grał na piasku, bez butów, bez taktyki. Pierwszy kontakt z piłką na normalnym poziomie złapał już po ucieczce z ojczyzny. Ucieczce, której jednym motywem było uniknięcie głodu i nędzy. Dziś dwa razy w tygodniu uczy się niemieckiego i gra w czwartoligowym Rödinghausen. Mieszka razem z 74-letnią kibicką, która zgodziła się go przygarnąć, a na treningi dojeżdża rowerem. Szału nie ma, ale jego zdaniem lepsze to niż afrykańskia nędza. Zycie, które ma teraz, nazywa cudem.

Cellou-Diallo-SV-Roedinghausen-2-

Dorastał w Yembering, pięćset kilometrów od stolicy. Jego rodzice nie pracowali, rodzina żyła w skrajnym ubóstwie. Szans na jakąkolwiek poprawę nie było kompletnie żadnych. No, może poza piłką. Do szalonej podróży namówili go kumple. Kiedy miał szesnaście lat zarzucił plecak na ramię i po prostu ruszył w drogę. Autostopami, ciężarówkami i częściowo pieszo przeszedł przez Mali, Algierię, Saharę i dotarł do Maroka. Po drodze pieniądze na dalszą podróż zarabiał myjąc samochody. Pieniądze były potrzebne na jedzenie, ale też przekupowanie służby celnej. Im bliżej był Morza Śródziemnego, tym częściej słyszał historię o tonących statkach. Wiedział, że ta przeprawa może być jego ostatnią.

Miał szczęście. W pobliżu Malagi jego łódź przejął Czerwony Krzyż. Potem dostał się do Niemiec, ale tam jest na czarno. Grozi mu deportacja, bo uciekał przed ubóstwem, bez bezpośredniego zagrożenia życia. Nie ma pozwolenia na pracę, a utrzymuje się z wypłacanego przez klub kieszonkowego.

Na pytanie, dlaczego uciekł, skoro w jego kraju nie było żadnej wojny, odpowiedział, że ma tylko jedno życie i nie chce zmarnować go w głodzie i ubóstwie.

PIOTR BORKOWSKI

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY