Prezes Zagłębia Lubin w poszukiwaniu zaginionego rozumu
Weszło

Prezes Zagłębia Lubin w poszukiwaniu zaginionego rozumu

Z prezesem Zagłębia Lubin najwidoczniej jest coś nie halo. To jasne, że przyjęta przez Ekstraklasę SA reforma ligi nie wszystkim musi się podobać, tak jak pewnie nie wszystkim podoba się system rozgrywek w NBA. Jednak argumenty, których użył Marek Bestrzyński nie pozostawiają wątpliwości: facet ma duże problemy z zarządzaniem klubem piłkarskim.
Zastrzeżenia do refomy, tak w maksymalnym skrócie, sprowadzają się do „braku sprawiedliwości”, niby wynikającego z dzielenia punktów. Natomiast plusy, których chyba nikt nie kwestionuje, to: więcej meczów, więcej emocji. Ekstraklasa SA postawiła widowiskowość ligi, ponad klarowność zasad. Można dyskutować w nieskończoność, czy to źle, czy dobrze. Dla nas dobrze, niesprawiedliwości nie dostrzegamy, każdy zna zasady przed startem i wie, które punkty będą dzielone, a które nie. Gdyby uznać nowy system ligi za niesprawiedliwy, należałoby też za niesprawiedliwy uznać np. system Ligi Mistrzów, w której też przecież faza pucharowa jest więcej warta niż grupowa. A takiego argumentu dotąd nikt nie podnosił. Nieważne.

W każdym razie Bestrzyński w rozmowie ze sport.pl wypowiedział się tak: – Jako Zagłębie od początku byliśmy przeciwko takiej reformie, bo w związku z nią nie widzę żadnych korzyści, natomiast bardzo wiele kosztów. One są związane z organizacją spotkań, z pensjami dla zawodników, z premiami za wyniki. Przede wszystkim uważam, że nowy system może jeszcze obniżyć średnią frekwencje na stadionach. A to dopiero będzie dramat. Niektórych pojedynków nikt nie będzie chciał oglądać.

Oto obraz działacza polskiego. Największym problemem klubu jest to, że trzeba grać mecze. Gdyby nie trzeba było, to świat byłby piękniejszy. Dziwimy się, że prezes Bestrzyński nie zgłosi wniosku o wycofanie się z ekstraklasy i w ogóle z zawodowych struktur. Wówczas Zagłębie nie musiałoby grać żadnych meczów, nie trzeba byłoby płacić piłkarzom, no i nie byłoby ryzyka, że zorganizuje się mecz, na który nikt nie przyjdzie. Absurd? Nie, to tylko rozwinięcie życzeń prezesa lubinian. Ta sama idea, większa skala.

Pensje zawodnikom Bestrzyński płaci tak czy siak. Premii nie musi – jeśli się na nie umawia, to jest to tylko i wyłącznie jego kaprys. Występują więc jakieś koszty stałe, z których największe to właśnie wynagrodzenia dla piłkarzy. Pytanie – w jaki sposób można pokryć koszty wynagrodzeń pracowników przychodami? Ano zdawałoby się, że poprzez zaciągniecie tych pracowników do roboty. Po to się zatrudnia ludzi i im płaci, żeby pracowali. I generowali przychody. Ale Bestrzyński mówi inaczej: JA IM PŁACĘ, ALE NIECH ONI LEPIEJ NIE PRACUJÄ„.

To w prosty sposób pokazuje – klub jest bezsensownie zarządzany.

Pomyślmy: jakiś facet ma firmę, która zajmuje się zabawianiem ludzi (no, do tego można piłkę sprowadzać). Zatrudnia piętnastu klaunów, czterech połykaczy ognia i dwóch poskramiaczy lwów. Cyrk stoi, trzeba go utrzymywać, ogrzewać, pucować. Całej tej hałastrze trzeba miesiąc w miesiąc płacić. W „realnym” świecie właściciel cyrku organizowałby tak wiele pokazów, ile by tylko dał radę. W ten sposób próbowałby sobie odbić to, co zainwestował. A Bestrzyński na odwrót: niczego nie róbmy! Nie róbmy, bo będzie trzeba wynająć ochroniarzy!

Wiadomo, jest w komfortowej sytuacji. Jego cyrk jest sponsorowany przez potężną firmę. To bardzo wygodne. Prawie tak samo wygodne jak złota karta o taty-milionera.

Bestrzyński: – Przede wszystkim uważam, że nowy system może jeszcze obniżyć średnią frekwencje na stadionach. A to dopiero będzie dramat. Niektórych pojedynków nikt nie będzie chciał oglądać.

To dopiero ciekawe. Weźmy pod lupę ten sezon. Zagłębie aktualnie o nic nie walczy, tak się przynajmniej wydaje na ten moment. Zdaniem prezesa, te mecze o nic będą ciekawsze dla publiczności niż spotkania o realną (nawet jeśli sztucznie wywołaną) stawkę. On teraz woli grać w mrozie niż według nowych zasad dodatkowo w ciepłych miesiącach. Można odnieść wrażenie, że sypie mu się biznes. Przypominamy: chodzi o trzy albo cztery mecze na własnym boisku. Nawet gdyby miał na nie nikt nie przyjść, to chyba jednak nie jest jakiś całkowity dramat. Mówimy jednak o wykreowaniu meczów o stawkę! I o nadaniu stawki finiszowi sezonu zasadniczego – w tym roku może Zagłębie zdołałoby się dobić do pierwszej ósemki i potem powalczyć o europejskie puchary.

Ale nie. Najlepiej w ogóle nie grać, absolutnie unikać meczów o stawkę, po cichu robić swoje i brać pieniądze z KGHM.

KOMENTARZE (0)