Iwona Lewandowska o swoim synu, Dariusz Szpakowski o słynnym monologu
Weszło

Iwona Lewandowska o swoim synu, Dariusz Szpakowski o słynnym monologu

Artykuł „Przeglądu Sportowego” z wypowiedziami mamy Roberta Lewandowskiego to dla nas, bez żadnych wątpliwości, tekst dnia.
SUPER EXPRESS

Rozmowa z Damienem Perquisem.

- Po strzeleniu gola wykonałeś nietypowy gest, jakbyś coś „strzepywał” z tej ręki, która była kontuzjowana…
– Tak, to dłuższa historia. Większość moich przyjaciół we Francji to Afrykańczycy, którzy często opowiadali mi o różnych lokalnych wierzeniach czy praktykach religijnych, włącznie z voodoo. Oni mają różne sposoby na odganianie złych mocy, na ochronę przed tymi, którzy źle ci życzą. Kiedy złamałem łokieć i mój występ na EURO stanął pod znakiem zapytania, Salim, mój wielki przyjaciel jeszcze od czasów dzieciństwa, podarował mi specjalną bransoletkę, którą nosiłem na kontuzjowanej ręce. Ona miała mnie chronić przed nieżyczliwymi ludźmi. Teraz już nie noszę, bo ręka niemal wyzdrowiała, ale mój gest po golu był właśnie z tym związany. Chciałem pokazać, że źli ludzie nie dali rady mnie „przekląć”.

– Bolał cię jeszcze łokieć w trakcie gry?
– W pierwszej połowie nie. W drugiej, po jednym z upadków, zaczął boleć, ale to nic poważnego. Już wcześniej poprosiłem trenera, aby mnie zdjął po godzinie, bo we Francji mniej więcej tyle się gra w pierwszych meczach po kontuzji.

RZECZPOSPOLITA

Wywiad z Franciszkiem Smudą.

Trudno było podjąć decyzję, których trzech zawodników skreślić z kadry na mistrzostwa Europy?
Na pewno był to jeden z najtrudniejszych momentów w moim trenerskim życiu. Nie chciałem nikogo skrzywdzić, wszyscy piłkarze ciężko pracowali i zasłużyli, by być w kadrze. Nie chciałem popełnić żadnego błędu, spotkałem się z całym sztabem szkoleniowym, później z kapitanem Jakubem Błaszczykowskim. No i musiałem przejść do rozmów z samymi zawodnikami.

(…)

Czego zabrakło Glikowi, Jodłowcowi i Kucharczykowi, a co mają inni, z którymi przegrali rywalizację?
Ta trójka nie została z kadry wyrzucona, po prostu musiałem przemyśleć, co każdy z nich może dać drużynie w konkretnym momencie. Nie chcę teraz sprawiać im dodatkowej przykrości i publicznie wytykać wad. Dwa miesiące po mistrzostwach Europy zaczynamy eliminacje do mistrzostw świata, być może do tego czasu ci piłkarze poprawią się w niektórych elementach i wrócą do drużyny. Nie zamknąłem przed nimi drzwi.

GAZETA WYBORCZA

Tekst o powołaniu dla Marcina Kamińskiego.

Grono lechitów, którzy wystąpili na dużych turniejach piłkarskich, jest bowiem bardzo skromne – znacznie skromniejsze od grona tych wybitnych graczy, którzy na turnieje nie pojechali. Marcin Kamiński to najmłodszy i w sumie najbardziej nieoczekiwany uczestnik wielkiego turnieju z grona wszystkich lechitów. Nieoczekiwany, choć selekcjoner Franciszek Smuda już kilka miesięcy temu zapowiedział, że widzi go w kadrze na mistrzostwa. Pozostał w tym przekonaniu konsekwentny.

(…)

Powołanie Marcina Kamińskiego na turniej jest – bez przesady – jednym z donioślejszych wydarzeń w historii Lecha Poznań w kontekście reprezentacji Polski. Dzięki temu, że Marcin Kamiński utrzymał się w kadrze, „Kolejorz” jest rekordzistą w reprezentacji trenera Smudy – dostarczył jej aż trzech piłkarzy. Dorównuje mu pod tym względem jedynie niemiecka Borussia Dortmund z byłym lechitą Robertem Lewandowskim, Łukaszem Piszczkiem i Jakubem Błaszczykowskim. Legia Warszawa straciła odrzuconego Michała Kucharczyka, więc ma w kadrze tylko dwóch graczy.

I wywiad z Arkadiuszem Głowackim.

A pan miał jakieś problemy z kibicami? 
– Szymkowiak opowiadał, że rzucano kamieniami, bał się o mieszkanie. My mieliśmy szczęście, że takich trudnych momentów nie było. Wręcz przeciwnie, gdy w poprzednim sezonie walczyliśmy o mistrzostwo, to po kiepskim początku rundy rewanżowej kibice nas wspierali. Byli na treningach, śpiewali itd. Nie spotkałem się z żadną niechęcią z ich strony. W mieście nieraz podchodzili do mnie fani i zagadywali, to normalne. W Trabzonie każdy kibicuje i każdy oczywiście zna się na piłce. Podejście do zawodników jest trochę inne, bo tam piłkarza traktuje się jak swojego bohatera. Jak na mnie wołali? „Glowaczki”.

Wraca pan do Wisły, która ma problemy finansowe… 
– Nie zwracałem na to uwagi. Grałem tu 10 lat i czasami takie problemy się zdarzały, ale zawsze prezes Cupiał dawał sobie z tym radę. Negocjacje? Jakie tam negocjacje. Ofertę, którą mi zaproponowano, przyjąłem od razu.

FAKT

Image and video hosting by TinyPic

Pomijając powołania, o których napisano już wszystko, warto zwrócić uwagę na informację o tym, że niemiecki milioner chce kupić Lechię Gdańsk.

Wernze to jeden ze sponsorów FC Koeln, a także miejscowej Victorii. W świecie futbolu współpracuje z polskim menedżerem Adamem Mandziarą. Razem przymierzali się niedawno do kupna bytomskiej Polonii, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Związki Wernzego z polską piłką są jednak nieco szersze. Swego czasu pośredniczył przecież w transferze Sławomira Peszki (27 l.) do kolońskiego klubu, wykładając na tę transakcję pół miliona euro. Teraz chciałby przejąć władzę w Lechii. Wedle nieoficjalnych doniesień oferuje za gdański klub 4,3 miliona euro. Miał obiecać też kolejne środki na transfery. Jednak druga strona – to też wersja nieoficjalna – oczekuje siedmiu milionów.

POLSKA THE TIMES

Wywiad z Dariuszem Szpakowskim.

Muszę zapytać o 2009 rok i mecz ze Słowenią w Mariborze, gdy odbywało się nasze pożegnanie z Afryką przed mundialem w RPA. Wygłosił Pan wówczas wielominutową przemowę, funkcjonującą dziś w sieci jako „Beenhakkera pamięci żałobny rapsod”. To był typowy Szpak, niektórzy twierdzili, że czytany z kartki.
Nieee, proszę zadzwonić do Andrzeja Juskowiaka, komentował ze mną. Ja nigdy nie piszę początków i końców. Jestem osobą wrażliwą, wrażeniowcem, nie wiem dziś, jak zacznę Euro. Nie napisałem tego i nie napiszę, ale im bliżej imprezy, będę szukał pomysłu na rozpoczęcie. Myślę, że sama atmosfera niesie komentatora. Pamiętam, jak na mundialu w 2006 roku Grzesiek Mielcarski zdziwił się, mówiąc, że zawsze zaskakiwałem czymś nowym, a tu nic. Ale pamiętam też, że po porażce z Ekwadorem zawodnicy myśleli o przeprosinach w prasie, że chcieli się wytłumaczyć, iż nie byli odpowiednio skoncentrowani, że te wszystkie telefony itd. I wtedy zacząłem drugi mecz słowami – nie ma większej gazety i większej widowni od tej, którą posiada TVP. Macie więc znakomitą okazję, by właśnie przeprosić kibiców. Chodziłem też i zastanawiałem się całkiem niedawno, gdy zacząłem tak: „Manchester ma swój Teatr Marzeń, a Hiszpanie Camp Nou i Santiago Bernabeu. Mediolan ma swoją piękną La Scalę, a my mamy swój Narodowy”. Zawsze się gdzieś szuka tego pomysłu na zaczęcie.

PRZEGLÄ„D SPORTOWY

Image and video hosting by TinyPic

Duży i bardzo ciekawy tekst z wypowiedziami Tomasza Hajty.

Nie mam problemu z tym, że w kadrze grają zawodnicy z Niemiec i Francji. Pod warunkiem, że wybierają Polskę, bo chcą dla niej grać, a nie dlatego, że nie mają innej alternatywy. Chciałbym też, żeby kibic, który podejdzie do reprezentanta Polski, mógł z nim pogadać w ojczystym języku. Jeśli Polanski mówi, że nie śpiewanie, lecz granie będzie ważne, to ktoś tu chyba czegoś nie rozumie. Ten człowiek nie zna historii Polski, która w trudnych momentach jednoczyła się wokół pewnych symboli. Śpiewanie hymnu było jednym z tych elementów, który pozwalał przetrwać ciężkie chwile. Idźmy dalej, bo przecież taki Obraniak jest w tej kadrze od trzech lat, a słowa po polsku nie umie. Ja w Niemczech już po pół roku potrafiłem się dogadać, a on wywiadu po polsku nie potrafi dać. Dla mnie to paranoja. I jeszcze nie podoba mi się to, że w lidze francuskiej umie dobrze zagrać, a w kadrze gra przeciętnie albo słabo. Jakby przyjeżdżał z łaski.

I świetny, obszerny artykuł o mamie Roberta Lewandowskiego.

Jesienią 2005 roku mąż zaczął chorować. Miał nowotwór. W marcu 2006 roku Krzysiek przeszedł operację. Wyszedł ze szpitala, odebraliśmy go z dziećmi. Po dwóch dniach zawiozłam Milenkę i Roberta do Warszawy. – Mamo, odwołali mi egzaminy, wrócę z tobą do Leszna – córka nie została na Bielanach, wróciła ze mną do domu. Mąż czuł się słabo, wszyscy byliśmy zmęczeni. Poszliśmy spać przed 22. Krzysiek zawsze pochrapywał.
 
Obudziłam się w środku nocy, w pokoju była absolutna cisza. Nie słyszałam chrapania, nie słyszałam oddechu. Zapaliłam światło, a on był już siny. Zaczęłam krzyczeć… Od razu złapałam za telefon, zadzwoniłam na pogotowie, a oni powolutku, spokojnie zadawali kolejne pytania. Nie rozumiałam, co się dzieje. A oni po prostu wiedzieli, że do martwego nie muszą się spieszyć. Okazało się, że miał wylew. Dobrze, że Roberta nie było wtedy w domu. Córka bardzo to przeżyła.
 
Powiedziałyśmy mu dopiero następnego dnia. Pojechałyśmy na Bielany, poczekałyśmy, aż wróci ze szkoły. Tego dnia miał ważny turniej. Wszedł, kazałam mu usiąść. Przyjął to spokojnie. – Przeczuwałem to – stwierdził.

(…)

Był na obozie pierwszego zespołu, który prowadził wówczas Darek Wdowczyk. Widzieli jednak, że nadal utyka. Uznali, że mają lepszych. Wtedy były inne układy, liczył się pieniądz.
 
Jak zwykle podjechałam samochodem pod klub. Patrzę, a Robert idzie z kopertą w ręku. A w kopercie jego karta zawodnicza. – Powiedzieli ci coś? Wytłumaczyli? – dopytywałam. – Nie miał kto tłumaczyć, kopertę dali
mi w sekretariacie – stwierdził. Bardzo go to zabolało. Wróciliśmy do domu, nie chciał jeść. Od razu zadzwoniłam do Marka Krzywickiego, akurat był na Varsovii. Stwierdził, żebyśmy przyjechali. Był zrezygnowany, ale wsiadł do samochodu. Zaczęliśmy zastanawiać się, co dalej. Chciałam, by poszedł do klubu, w którym się rozwinie, a nie tylko przetrwa. W końcu oboje wpadliśmy na ten sam pomysł – Znicz Pruszków.