Apartament z widokiem na Wawel, czyli fakty o Smudzie
Weszło

Apartament z widokiem na Wawel, czyli fakty o Smudzie

Temat jest akurat na czasie – w niedzielę mecz Wisły Kraków z Lechem Poznań, a pod Wawel przybywa Franciszek Smuda, były szkoleniowiec krakowskiego klubu. Z tej okazji, dzięki uprzejmości red. Jacka Kmiecika, zamieszczamy kolejną część książki „Piłkarski Pasjans, czyli co kryją karty polskiego futbolu”. Można wyczytać sporo ciekawostek o kilku nieznanych szerzej epizodach z życia „Franza”, a także o jego życiu prywatnym, tak objętym tajemnicą… Zapraszamy więc do lektury. Książka jest kontrowersyjna (niektórym w niej się nieźle dostało), ale za to bardzo ciekawa.
Przypominamy, że książka ukazała się w 2005 roku, więc nie wszystkie informacje zawarte w tekście są aktualne. Ale co było wcześniej, poczytać warto…


DZIESIÄ„TKA TREFL – FRANCISZEK SMUDA

Trener, o którym swego czasu trąbiono: „Smuda, co czyni cuda”. Dla jednych genialny strateg, posiadający niezwykłą intuicję w ocenie i doborze zawodników, dla innych zwykły farciarz, któremu dobrze idzie jedynie w bogatych klubach. Ale i w nich nie zawsze mu się wszystko udaje, bo jak w przypadku Legii-Daewoo potrafi też sprawę nieźle pokpić.

Trzy razy zdobył mistrzostwo Polski. Dwa razy był wicemistrzem. Dwukrotnie typowany na selekcjonera naszej reprezentacji. Trzykrotnie wybierany przez tygodnik „Piłka Nożna” trenerem roku. Wyróżniony „Oskarem” przez ligowych piłkarzy. Trenerski mag, a tak naprawdę teoretycznego przygotowania do trenowania nie miał do niedawna żadnego, bo skończył zaledwie zawodówkę o profilu murarskim. Dopiero dwa lata temu uzupełnił wiedzę szkoleniową w tak zwanej Kuleszówce, czyli akademii trenerskiej przy PZPN, gwarantującej licencję do prowadzenia pierwszoligowych drużyn. Zaliczał się do najpilniejszych słuchaczy. Na wykładach siadał w pierwszej ławce. A robiący za profesora na zajęciach metodyki treningu były selekcjoner reprezentacji Janusz Wójcik zawzięcie Frania pouczał: „Na nosa to można powąchać jak kobieta w przewężeniu pachnie”.

Smuda twierdził niegdyś, że ukończył słynną w Niemczech szkołę trenerską w Kolonii, ale ani nie figuruje w spisie absolwentów, ani też nikt nie widział certyfikatu uprawniającego FS do prowadzenia drużyn powyżej ligi regionalnej. Uważany jest za piłkarskiego maniaka. W domu ma niewyobrażalną, nawet dla futbolowych fanatyków, liczbę kaset z meczami. Ogląda, analizuje style, porównuje piłkarskie epoki. Właściwie tylko o tym można z nim sensownie rozmawiać.

>>> Piłkarski Pasjans: Papała, Dębski, Krakowiak – przyjaciele Wójcika

Pochodzi ze śląskiej rodziny z Lubomii koło Wodzisławia. Od lat posiada niemieckie obywatelstwo. Złośliwi twierdzą, że łatwiej się z nim dogadać po niemiecku niż po polsku. Może więc dlatego tak dobrze porozumiewa się ze stałym korespondentem niemieckiego fachowego, ale przeraźlwie sztampowego pisma piłkarskiego „Kicker”, dorywczo naczelnym „Przeglądu Sportowego”, Romanem Kołtoniem?

Ma willę pod Norymbergą i apartament w Krakowie, z widokiem na Wawel. Swoje prywatne życie trzyma w najgłębszej tajemnicy. Wiadomo, że w Niemczech ma syna i córkę. A w Krakowie mieszka ze świetną – jak zachwala – okulistką Małgorzatą. Znajomi mówią, że w życiu codziennym jest estetą do przesady. W domu wszystko ma poukładane jak w pudełku. Lubi się dobrze ubrać, ale nie ma zbyt wyszukanego gustu. Jeździ tylko niemieckim autami, BMW lub Mercedesami. Jego przyjaciel, Edward Socha żartuje, że gdy Franek pierwszy raz przyjechał pracować w Polsce jako trener, przez okrągły rok jeździł na zimowych oponach. Trudno dociec, czy bał się oddać samochód do naszego serwisu czy też był tak zielony, iż nie wiedział, że na Wschód od Odry także powinno się zmieniać ogumienie na wiosnę. Pseudonim „Franz” nadał mu były współwłaściciel Widzewa Łódź Andrzej Grajewski. Być może pseudo to wziął od głównego bohatera kultowego filmu „Psy” Władysława Pasikowskiego Franza Maurera, kapitalnie zagranego przez Bogusława Lindę?

Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Unii Racibórz. Potem został obrońcą Odry Wodzisław, skąd wywędrował do Stali Mielec, by wrócić w rodzinne strony – do Piasta Gliwice. Jeździł tam, gdzie lepiej płacili i była możliwość dorobienia w fabryce. „Byłem zwykłym kopaczem” – przyznaje. Na początku lat 70. szukał szczęścia w USA, gdzie występował dorywczo w amatorskich drużynach. Na krótko wrócił do Polski. Załapał się do Legii Warszawa, w której podczas trzech sezonów rozegrał ponad trzydzieści meczów i zaprzyjaźnił z wielkim mrukiem Kazimierzem Deyną. Ponownie wyemigrował do Ameryki, by pograć w zawodowej lidze NASL, poprzedniczce MLS. Zaliczył występy w Oakland Stompers, Los Angeles Aztecs i San Jose Eartquekas.

>>> Piłkarski Pasjans: Apostel, czyli zramolały rycerz polskiego futbolu

Wrócił ze Stanów, bo poniósł tam największą życiową klęskę. Razem z Deyną, grającym w San Diego Sockers, wzięli się za interesy. Deyna powierzył agentowi 300 tysięcy dolarów. Gdy pieniądze diabli wzięli, żona wyrzuciła go z domu. Wkrótce potem zginął w wypadku samochodowym. Ten sam oszust naciągnął wcześniej Smudę na ćwierć miliona dolarów. „Siedziałem trzy dni w hotelu kompletnie załamany. Chciałem się powiesić, ale zabrakło odwagi. Uświadomiłem sobie, że po skończeniu kariery muszę wszystko zaczynać od zera” – wspomina.

Kończył grać w piłkę w niemieckich, regionalnych klubach. Tam też zaczął karierę trenerską. „Walczyłem, gryzłem trawę, ale bez rezultatu. Kiedyś Dithmar Krammer, jeden ze znanych trenerów niemieckich, powiedział mi, że będę lepszym trenerem niż piłkarzem. Chwyciłem się więc tego fachu” – zwierzył się tygodnikowi „Polityka”. Gdy na początku lat 90. Turcy zaczęli szukać trenerów w Niemczech zaczepił się w Altayu Izmir, a potem w sąsiednim Konyaspor, gdzie na zakończenie tureckiej przygody trafił z Trabzonsporu były zawodnik Legii, Jacek Cyzio. Turcy odbierali Smudę jako Władysława Ł»mudę, czterokrotnego uczestnika finałów mistrzostw świata. A świeżo upieczony trener wcale nie zamierzał wyprowadzać ich z błędu.

Do Polski ściągnął go były kolega z Wodzisławia, Edek Socha. Akurat objął posadę menedżera w Stali Mielec i polecił ziomka właścicielowi klubu, Niemcowi Thomasowi Mertelowi. W pierwszym sezonie Franciszek wyciągnął Stal ze strefy spadkowej. W drugim był bliski startu w europejskich pucharach. Wiosną kolejnego skłócił się z zawodnikami i Mertel rozwiązał z nim współpracę. Niemiec dał się nabrać piłkarzom, którzy zaczęli podważać kwalifikacje trenera. „Nie mam wykresów z koncepcjami gry i założeniami taktycznymi. Wszystko mam w głowie” – stuka się w czoło. Smuda stosował w Stali pruski dryl. Był wymagający. Sam się angażował i żądał tego samego od wszystkich. Ale napotkał minimalizm i cwaniactwo. Mertel po zwolnieniu Smudy zaraz potem splajtował, a Stal ugrzęzła na lata w niższych klasach.

>>>Piłkarski Pasjans: Świerczewski, czyli Czarny Piotruś

„Franz” znalazł się w Widzewie, dokąd ściągnął go współwłaściciel łódzkiego klubu, biznesmen z Hanoweru – Jakob Andreas Grejawski, w skrócie JAG. Widzew był wówczas uważany za najbogatszy klub w Polsce. Miał najsilniejszą drużynę. Smuda w 34 meczach w sezonie 1995/96 nie przegrał z Widzewem meczu. Zdobył pierwsze od 1982 roku, czasów ekipy Zbigniewa Bońka, mistrzostwo Polski. Cztery kolejki przed finiszem, w decydującym o tytule meczu pokonał Legię na Łazienkowskiej 2:1, kończąc erę sukcesów drużyny prowadzonej wtedy przez Pawła Janasa. Po dramatycznych bojach z Broendby Kopenhaga wprowadził Widzew do Ligi Mistrzów. Był to drugi, po Legii, i ostatni udział polskiego zespołu w tych elitarnych klubowych rozgrywkach, zakończony jednym zwycięstwem i jednym remisem na sześć meczów w grupie.

W następnym sezonie powtórzył mistrzostwo Polski. Triumf święcił znowu na Łazienkowskiej i to w niezwykle emocjonujących okolicznościach. Jeszcze dwie minuty przed upływem regulaminowego czasu gry Legia wygrywała 2:0 i cieszyła się z trofeum. Końcówka meczu należała jednak do Widzewa. Trzy gole, w tym dwa w doliczonym czasie, zapewniły łodzianom tytuł. Premia za mistrzostwo (300 tysięcy marek), przywieziona przez Grajewskiego specjalnie na mecz do Warszawy, najwyraźniej dodała widzewiakom skrzydeł. A i nie bez znaczenia była dziwna kontuzja sędziego Andrzeja Czyżniewskiego odniesiona pod koniec spotkania, która najwyraźniej wybiła gospodarzy z rytmu i zaskakująco poderwała do boju gości.

Nieprzychylnie powiadają, że za sukcesami Smudy w Widzewie krył się niemiecki fizjolog Volker Fass, który faszerował zawodników odżywkami, identycznymi jakie stosowano wówczas w Bundeslidze. Całkiem możliwe, że plaga kontuzji jaka nękała później widzewiaków, wynikała z przedawkowania środków wspomagających doktora Fassa. W kolejnym sezonie, gdy zaczęły się kłopoty finansowe, a klub miesiącami zalegał piłkarzom i trenerom z wypłatami, zespół Smudy skończył rozgrywki na czwartym miejscu.

>>>Piłkarski Pasjans: Kolator, czyli kulturalno-oświatowy z Małkinii

„Franz” miał już jednak zaklepaną posadę w Wiśle Kraków, w której zastąpił Wojciecha Łazarka. Na powitanie Krakowa stoczył w pucharach równorzędną walkę z Parmą. Ale wybryk chuligana „Miśka” (zranienie rzuconym z trybun nożem Dino Baggio) wykluczył Białą Gwiazdę z europejskich rozgrywek w kolejnym sezonie. Zdobycie po 21 latach mistrzostwa Polski dla Wisły niewiele więc dało, bowiem drużyna nie została dopuszczona do walki o Ligę Mistrzów. W połowie rundy jesiennej Smuda zaskakująco przeszedł do Legii-Daewoo Warszawa.

Na początek pracy na Łazienkowskiej „Franz” sprowadził za 2 miliony marek swoich ulubieńców z Widzewa, Tomasza Łapińskiego i Marka Citkę oraz powracających z zagranicy Pawła Wojtalę i Rafała Siadaczkę. „Jak się komuś nie podobają transfery Legii, to niech wypierdala na Polonię. Zobaczymy, co powiedzą ci, którzy nazywają Citkę, Wojtalę i Łapińskiego kalekami, kiedy te kaleki zdobędą potrójną koronę” – pouczał malkontentów. Ale Trzy Korony Smuda mógł zdobyć tylko w Pieninach. Z Legią bowiem nic mu nie wychodziło. I choć twierdził, że „wygrana jest lepsza od orgazmu” zajął na finiszu rozgrywek dopiero czwarte miejsce. Nie zakwalifikował się nawet do Pucharu UEFA.

Mistrzostwo kraju zdobyła Polonia. A na dodatek upokorzyła Smudę na Łazienkowskiej najpierw gromiąc Legię w lidze, a potem dobijając ją w finale Pucharu Ligi. „W Widzewie przez 3,5 roku nie przegrałem tylu meczów, ile w Legii przez kilka miesięcy” – narzekał. Jego pupile z Widzewa furory na Łazienkowskiej nie zrobili. W zasadzie to głównie się w klubie leczyli.

Jak niegdyś w mieleckiej Stali popadł w konflikt z piłkarzami. „Trenerowi Smudzie wydaje się, że jest arcymistrzem szachowym i może wszystkich ustawiać. Ale on gra co najwyżej w warcaby. Nie będę pionkiem, którego będzie sobie przesuwał” – powiedział po powrocie z Legii do Ruchu Mariusz Śrutwa. To wówczas rozgoryczony i bezradny „Franz” przyznał, że „każda drużyna to banda, a każdy piłkarz to kurwa”, dając do zrozumienia, iż z zawodnikami trener nie wygra, gdy zechcą się sprzedać.
Na domiar złego, zadarł też ze stołecznymi dziennikarzami. Ofuknął wulgarnie ówczasną reporterkę Paulinę Smaszcz, żonę komentatora TVP, Macieja Kurzajewskiego. I od tej pory przestał mieć w Warszawie dobrą prasę. Odszedł z Łazienkowskiej w niesławie, po niespełna półtora sezonu bezowocnej pracy. Zdymisjonowano go trzy dni przed startem rundy wiosennej, po druzgocącej porażce 0:4 z Zagłębiem Lubin w ćwierćfinale Pucharu Polski. Rękę przyłożył do tego zaczynający mieć coraz większe wpływy w klubie właściciel Polmotu Andrzej Zarajczyk. Wprawdzie prezesem Legii-Daewoo był Marek Pietruszka, ale Koreańczycy we wszystkich decyzjach najpierw radzili się Zarajczyka.

Od początku współpraca szefa Polmotu z „Franzem” niebyt dobrze się układała. Zarajczyk chciał wcisnąć Smudzie na asystenta Dariusza Kubickiego, który akurat oddał stołek pierwszego swemu następcy. „Panie Franciszku, niewątpliwie jest pan najlepszym trenerem, bo zdobył pan trzy mistrzostwa. Ale po pierwsze, komuś trzeba przekazywać tę wiedzę, po drugie, różne krążą opinie, jeśli chodzi o pański warsztat. Kubickiemu można wszystko zarzucić, ale nie to, że nie ma warsztatu. To może byście razem popracowali?” – zaproponował Smudzie. Ale ten się nie zgodził i tym samym stracił poparcie Zarajczyka. Od tej pory trener zionął do właściciela niechęcią. Krzysztof Gawara, który asystował „Franzowi” w pracy na Łazienkowskiej po wylaniu zwierznika nie zostawił na nim suchej nitki: „Zespół był źle przygotowany, wyniki badań – najgorsze od wielu lat. Plan zajęć ustalał w tunelu stadionowym, gdy wychodziliśmy na trening”.

Gorzka lekcja w Legii nauczyła Smudę pokory. Stał się innym człowiekiem. Cichym, jakby lekko przybitym. „Mocno nadszarpnąłem nerwy. Ktoś mnie przekonał, że zamiast wybuchać jak petarda, mogę zupełnie inaczej, spokojnie reagować” – twierdzi. Tym kimś była wybranka serca Małgorzata.

>>>Piłkarski Pasjans: miliony całusów dla Listkiewicza

Gdy wrócił do Wisły kibice nie mogli pogodzić się ze zdradą i wywiesili na trybunach transparent: „Smuda judasz”. Nie spełnił oczekiwań właściciela Białej Gwiazdy, Bogusława Cupiała, gdyż nie udało mu się awansować do Ligi Mistrzów (porażka z Barceloną), a w Pucharze UEFA znowu dał o sobie znać włoski kompleks (nieznaczna przegrana z Interem Mediolan). W połowie sezonu ustąpił więc miejsca Henrykowi Kasperczakowi, a sam wrócił do Widzewa. „Gdy zobaczyłem jaką drużynę mam prowadzić, chciałem od razu uciec z ławki rezerwowych” – powiedział po objęciu zespołu po Petrze Nemecu. Był to pierwszy z jego trzech powrotów do łódzkiego klubu. Kiedy przejmował Widzew po raz czwarty wyjaśniał: „Wezmę pracę w Widzewie za kanapki i benzynę na dojazdy. Bo zbyt wiele temu klubowi zawdzięczam, by mu odmówić”.

Nie udało mu się jednak uchronić ukochanego zespołu przed degradacją. Rok później pogrążył go w drugiej lidze, gdy ratował przed spadkiem Odrę. W Wodzisławiu przeżywał na meczach taki horror, że prosił trumnę, bo bał się, że serce mu nie wytrzyma. Dopiero po wygranym barażu z Widzewem utrzymał drużynę w ekstraklasie.

Wcześniej nie powiodło mu się w cypryjskiej Omonii Nikozja. Po dwóch kolejkach, co wywróżył mu Wojciech Kowalczyk, grający niegdyś w Anotrhosisie Famagusta, w którym sięgnął po koronę króla strzelców ligi cypryjskiej, Smuda wyleciał do Polski. Jak niegdyś w drugoligowej Piotrcovii potraktowano go jak pętaka i już na starcie rozgrywek z hukiem wylano z klubu.

Ale mimo tych paru miażdżących wpadek, mit Smudy w polskiej lidze jeszcze nie prysnął. „Franz” nawet – w przypływie dobrego humoru – odgraża się, że przyjdzie wreszcie jego pora na poprowadzenie reprezentacji Polski. Poza nim tak naprawdę chyba nikt już w to nie wierzy. Na razie jednak zaufano mu w Zagłębiu. W Lubinie zastąpił niedawno Chorwata Drażena Beska, by wydźwignąć zespół ze strefy spadkowej. W miedziowym kombinacie widocznie wyszli z założenia, że z „Franzem” może nie będzie lepiej, ale przynajmniej weselej. Bo co by o nim nie mówić, to nadal pozostaje jedną z najzabawniejszych postaci naszej

FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT

KOMENTARZE (0)