Śląsk Wrocław – przepalarnia pieniędzy

Jakub Białek

16 lutego 2026, 19:02 • 3 min czytania 11

Śląsk Wrocław – przepalarnia pieniędzy

Czy istnieje jakiekolwiek uzasadnienie do kwot, które zarabiają piłkarze i sztab Śląska Wrocław, czyli przeciętnej drużyny z pierwszej ligi? Być może jakieś tak, ale my – no cóż – z żadnej strony go nie dostrzegamy.

Reklama

Organizacja Sieć Obywatelska poprosiła miasto Wrocław o udostępnienie zarobków zawodników oraz trenerów tamtejszego klubu. Wyniki są szokujące. Rekordziści zrobili w grudniu w spadkowiczu z Ekstraklasy 133, 123, 99 czy 86 tysięcy złotych (kwoty podane są brutto). Te sumy nie szokowałyby, gdyby Śląsk nie był miejskim klubem i nie wyciągałby dopiero co z miasta rekordowych 30 milionów złotych, dokonując przy tym emocjonalnego szantażu, że bez tej kwoty WKS upadnie.

Upadłby, bo płaci chore stawki.

Reklama

Zarobki w Śląsku Wrocław

I naszym zdaniem płacenie takich kwot w Śląsku Wrocław nie jest w żaden sposób uzasadnione. Nie broni się to z żadnej strony…

Ekonomicznej – bo ci piłkarze nie generują wysokich przychodów. Ich gra nie przynosi na tyle dużych benefitów ze strony organizatora rozgrywek, telewizji, sponsorów czy kibiców, żeby projekt ten był choćby blisko wypracowania zwrotu z inwestycji. Nie, jest to firma notująca katastrofalny bilans i ratuje ją jedynie sztuczna kroplówka ze strony miasta. Zadajmy sobie pytanie – czy rolą ratusza jest ratowanie fatalnie prowadzonych przedsiębiorstw czy jednak wspieranie inicjatyw, które mają ręce i nogi?

Sportowej – bo dużo biedniejsze kluby radzą sobie znacznie lepiej. Nie trzeba płacić po sto tysięcy złotych, żeby mieć dziewiąte miejsce w pierwszej lidze. Jeśli wielkie pieniądze płaci Wieczysta, nie mamy z tym żadnego problemu, bo co nam do prywatnych pieniędzy Wojciecha Kwietnia? Kiedy robi to publiczny Śląsk, skamląc przy tym o upadku, czujemy wielki niesmak.

Moralnej – bo dlaczego za tak horrendalne kontrakty mają płacić mieszkańcy? Czy we Wrocławiu nie ma potrzebujących osób ani innych palących wydatków? Wreszcie – czy to nie Wrocław ma zadłużenie, które na koniec 2026 roku wyniesie 5,7 miliardów złotych?

Nie da się w żaden sposób obronić wydatków Śląska na piłkarzy i sztab. Ktoś powie, że tak już musi być, bo kiedy WKS sięgał po wicemistrzostwo, podpisywał kontrakty obracając się w zupełnie innych realiach. No właśnie niekoniecznie, bo rozsądnie zarządzany klub zapewniłby sobie klauzule, że w przypadku ewentualnego spadku uposażenie zawodników spada o dany procent, do rozsądnych sum. Poza tym, według prawa PZPN (które jest sprzeczne z prawem FIFA, ale to na marginesie) klub może po spadku rozwiązać kontrakty z piłkarzami. Śląsk wziął je na siebie, więc trudno forsować narrację, że nic nie dało się zrobić.

W normalnym świecie, jeśli klub nie potrafi na siebie zarobić i musi żebrać o wiele milionów wsparcia, w klubie tym dochodzi do jakiejś restrukturyzacji. Prezes przedstawia plan naprawczy, wydatki systematycznie maleją, kontrakty są renegocjowane, klub się kurczy, żeby wyjść na prostą. A w Śląsku dalej hulaj dusza, piekła nie ma. Bawmy się za sto tysięcy miesięcznie, a głupi podatnik niech płaci.

WIĘCEJ O ŚLĄSKU WROCŁAW:

Fot. newspix.pl

11 komentarzy
Jakub Białek

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Betclic 1 liga

Reklama
Reklama