Ten upadek jest bardzo bolesny i może służyć za nauczkę dla wszystkich tych, którzy chcieliby się na futbolu nachapać. Rumuńska piłka jest bowiem na kolanach absolutnie na własne życzenie, tylko i wyłącznie dzięki… rumuńskiej piłce właśnie. Gen autodestrukcji tamtejsi działacze mieli w sobie od zawsze, a na pewno sięga on czasów żelaznej kurtyny, ale z czasem dał o sobie znać ze zdwojoną siłą i w końcu unicestwił wszystko to, co Rumuni mieli. Naprawdę przyzwoitą reprezentację z kilkoma legendami. Niezłą ligę ze wspomnieniem dawnej, wielkiej Steauy. Szansę na to, by w sporym państwie jakoś to wszystko utrzymać, pewnie też rozsądnie to finansować, może nawet na tym zarabiać. Pozostały zgliszcza.
Z żalem wspomina się dziś czasy biegającego po boisku Gheorghe Hagiego. Legenda rumuńskiej piłki ma dziś 61 lat i dalej jest w centrum uwagi jako selekcjoner kadry. Trochę jak na tym memie, gdzie facet idzie z kilkoma wiadrami doić wychudzoną krowę – wyciskają z biednego Hagiego resztki dawnej magii. A on z pierwszego rzędu patrzy na to, jak futbol w Rumunii umiera przez dawne grzechy i teraźniejszy marazm.
Sprawa się rypła, nic nie wskazuje na to, że się odrypie. Może być w sumie tylko gorzej.
– Kryzys piłkarski w Rumunii osiągnął punkt wrzenia, a kilka klubów najwyższego szczebla boryka się z trudnościami finansowymi, które zagrażają ich istnieniu. Sytuacja stała się tak tragiczna, że nawet najbardziej utytułowane zespoły w kraju walczą o utrzymanie głowy nad wodą – alarmuje rumuński portal Tikitaka. Jego nazwa na przekór kojarzy się z prawdziwym szczytem europejskiej piłki, ale poruszany temat sięga tej piłki samego dna. A zaraz będzie w nie pukać od spodu.
Spis treści
- Rumuńska piłka upadła. Brakuje pieniędzy, pomysłu, wszystkiego
- Odkurzany pomysł albo raczej jego brak
- Działacze za kraty! Znamienity zbiór futbolowych przestępców
- Czyny kontra obietnice. Finanse rumuńskich klubów w opłakanym stanie
- Jest źle, będzie źle. Powrót do żywych zajmie długie lata
- Cooperativa. Rumuński odpowiednik piłkarskiej mafii
Rumuńska piłka upadła. Brakuje pieniędzy, pomysłu, wszystkiego
Mamy 2026 rok, ale sygnały dotyczące końca piłki nożnej w Rumunii sięgają wiele lat wstecz, kiedy oprócz prognoz pojawiły się również pierwsze poważne objawy. Zwracał na nie uwagę ponad dekadę temu Alexandru Avram, który poważnym piłkarzem nie był właściwie nigdy, ale z bliska mógł się przyglądać Otelulowi Galati, gdy ten zdobywał sensacyjne mistrzostwo kraju w sezonie 2010/2011. Avram nie łapał się nawet na ławkę, przez lata uzbierał w Otelulu cztery występy, lecz znalazł w sobie talent do opisywania problemów rumuńskiej piłki, który objawiał się tym, że potrafił nazwać rzeczy po imieniu.
– Minione lata pozwoliły nam zobaczyć wbijanie ostatnich gwoździ w trumnę rumuńskiego futbolu – pisał w 2016 roku. Od tego czasu trumnę z rumuńską piłką wyniesiono z kaplicy, złożono w grobie i zakopano.
By jednak nakreślić pełny obraz, Avram zachęca do grzebania jeszcze w końcówce XX wieku. Ostatni mecz kontrolny przed wyjazdem Rumunów na mistrzostwa świata we Francji. Rywalami Hagiego, Popescu, Petrescu i spółki Paragwajczycy, którzy postawili trudne warunki. Rumuni wygrywają 3:2, czują się mocni przed udziałem w wielkim turnieju. Niedługo rozprawią się w grupie z Anglikami, ulegną dopiero Chorwacji w 1/8 finału. Ale wcześniej padnie przepowiednia Gheorghe Hagiego, który po sparingu, 3 czerwca 1998 roku, wypowiedział te słowa:
– Przez dziesięć lat ukrywaliśmy występami naszej kadry tragiczne warunki, jakie mamy tutaj, w Rumunii. Nie mamy nic, nie mamy futbolu. Gdzie są dobre występy klubów w Rumunii? Zasługujemy na to, abyście budowali nam pomniki za to, co zrobiliśmy jako reprezentacja, biorąc pod uwagę okoliczności. Rumuński futbol klubowy zniknął, za dwa czy trzy lata w ogóle go nie będzie – grzmiał, wtedy jeszcze będący piłkarzem, Hagi.
Ciekawe czy spodziewał się tego, że za dwadzieścia, prawie trzydzieści lat będzie jeszcze gorzej?

Gheorghe Hagi już lata temu miał w rumuńskiej piłce bardzo mocną pozycję. I nie bał się mówić tego, co myśli
Odkurzany pomysł albo raczej jego brak
Symbolem tego, że w rumuńskim futbolu nie rodzi się już absolutnie nic nowego jest też schyłek życia Mircei Lucescu, który odszedł w kwietniu tego roku. Odszedł właściwie na służbie, bo niemal do samego końca prowadził reprezentację Rumunii jako jeden z najstarszych selekcjonerów na świecie. Objął kadrę po odejściu dobrze znanego w Polsce Ediego Iordanescu i otarł się z nią nawet o wyjazd na mundial. W barażach przegrał ostatecznie z Turcją, ale w grupie potrafił raz ograć Austriaków, co nie przeszło przez kraj bez echa. Cóż jednak z tego, skoro taki jednorazowy wybryk przyćmiewały problemy z Bośnią (lepszą w obu meczach eliminacji do mistrzostw świata) czy remis z Cyprem, który przed laty nie byłby dla Rumunów żadnym rywalem.
Lucescu miał siłę podtrzymywać Rumunię przy życiu, podobnym pudrowaniem trupa zajmuje się teraz zresztą Hagi, u którego w składzie na ostatni mecz (2:4 z Bośnią) największą wartość przypisuje się bramkarzowi, Ionutowi Radu, który gra na co dzień w Hiszpanii i ma za sobą już całkiem przyzwoite doświadczenie z mocnych lig. Można nawet założyć, że na ten moment dostałby on spokojnie miejsce między słupkami polskiej bramki, a w odwodzie pozostaje przecież Otto Hindrich, który też nie miałby się czego wstydzić w starciu z naszymi golkiperami. Ale to jedna pozycja, taki drobiażdżek. Wysoko stoją też oczywiście akcje Radu Dragusina z Fiorentiny, wyhamowanego nieco przed rokiem przez zerwane więzadła. Cała reszta wygląda jednak na ten moment kiepsko i Hagi doskonale o tym wie, tak jak i musiał wiedzieć wcześniej świętej pamięci Lucescu.
Obaj będący postaciami wręcz monumentalnymi dla rumuńskiej piłki. A gdy do ich kadencji – składających się w sumie na ostatnie dwa lata – dołoży się jeszcze dwa i pół roku pod wodzą działającego na wyobraźnię kibiców nazwiskiem ojca Ediego Iordanescu, mamy już szkic obrazu tamtejszej federacji. Zmuszonej do gry na kartach startych i przypominających starte, głównie dlatego, że wszystkie nowe mają niewielką wartość, do czego wydatnie przyczyniła się cała armia działaczy sprzed lat. Aktualne problemy Rumunów nie wynikają bowiem z żadnej nowości – to wypadkowa lat zaniedbań i złodziejstwa.
– Ogólny problem można zasadniczo rozdzielić na trzy główne podkategorie: skorumpowani właściciele klubów, nieprawidłowości finansowe i brak długoterminowego planowania – uznaje Avram. Więc i my tak to rozbijemy. No prawie tak.

Mircea Lucescu do samego końca chciał dać rumuńskiej piłce jeszcze odrobinę nadziei
Działacze za kraty! Znamienity zbiór futbolowych przestępców
Dumitru Dragomir wydaje się być pociesznym misiakiem, który swoją wrodzoną swadą mógłby rozbroić każdą bombę. Lidze rumuńskiej szefował przez osiemnaście lat, począwszy od roku 1996. I szefowałby pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie postawiono mu zarzutów dotyczących uchylania się od płacenia podatków, defraudacji i prania brudnych pieniędzy. Zarzutów w gruncie rzeczy takich samych, jakie równocześnie przyklejały się do kolejnych działaczy w zarządzanej przez niego lidze. Dragomir jakoś się wyłgał, w apelacji dorobił się uniewinnienia, ale nie wszyscy mogli odetchnąć z ulgą.
My ubralibyśmy to sobie w jedno budzące w naszym kraju w kontekście piłkarskim spory lęk słowo: korupcja. Rumuni rozbijali jednak ową korupcję na czynniki pierwsze i przybijali kolejne zarzuty. I tak oto w roku 2014 wyroki za wybryki podobne do tych zarzuconych Dragomirowi dostali:
- Gheorghe Popescu, były piłkarz Barcelony czy Tottenhamu, trzy lata i miesiąc więzienia,
- George Copos, były właściciel Rapidu Bukareszt, trzy lata i osiem miesięcy,
- Mihai Stoica, kierownik sportowy Steauy Bukareszt, trzy lata i sześć miesięcy,
- Cristi Borcea, były właściciel Dinama Bukareszt, sześć lat i cztery miesiące,
- Jean Padureanu, były prezes Glorii Bistrita, dwa lata i cztery miesiące,
- Ioan Becali, agent piłkarski, sześć lat i cztery miesiące,
- Victor Becali, jego brat, ale również agent piłkarski, cztery lata i osiem miesięcy,
- Gigi Netoiu, były właściciel Universitatei Craiova, trzy lata i cztery miesiące.
Co dziś u nich słychać? Taki Stoica, niech posłuży za przykład, zniknął z rumuńskiej piłki w lipcu 2014 roku. Pojawił się znowu w kwietniu 2016 roku, prawie dwa lata później. Bo wyszedł na warunkowym przed upływem całej kary. Dziś pracuje w FCSB, czyli w gruncie rzeczy nadal w tym samym klubie. Od trzech lat jest… przewodniczącym Rady Nadzorczej. Facet skazany za pranie pieniędzy i oszustwa podatkowe.
Pierwszy na powyższej liście Popescu to jedna z piłkarskich legend Rumunów. Tuż przed ogłoszeniem wyroku starał się nawet o fotel prezesa tamtejszej federacji, miał zgarnąć stołek na dniach, ale zamiast splendoru ostał mu się ino pasiak i pierdzenie w niego. Ostatecznie przez rok i osiem miesięcy, a nie zasądzone lekko ponad trzy lata. Co porabia Popescu w roku 2026? Jest prezydentem Farulu Constanta, który gra w rumuńskiej ekstraklasie. I jest mocno powiązany z największą inwestycją ostatnich lat w rumuńskiej piłce, czyli walką Gheorghe Hagiego o przyszłość chociaż rumuńskiej kadry.
„Rumunia będzie mistrzem świata”. Dzieci Hagiego wchodzą na scenę

Georghe Popescu (z prawej) kiedyś był nawet kapitanem Barcelony. Później trafił do kicia za robienie przekrętów w Rumunii
Na dokładkę jeszcze Ioan Becali, który zasłynął w Rumunii momentem niewiarygodnej wręcz szczerości. – Gheorghe Hagi jest jedyną osobą, która inwestuje w rumuński futbol czyste pieniądze – mówił swego czasu. Dziś zresztą dosyć chętnie opowiada o korupcji w rumuńskiej piłce, tak jakby była ona całkiem normalnym zjawiskiem. Zresztą – była.
Czyny kontra obietnice. Finanse rumuńskich klubów w opłakanym stanie
Oprócz złego zarządzania pieniędzmi już dostępnymi, działacze w Rumunii cierpieli na jeszcze jeden problem – brak pieniędzy. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi wobec przytoczonych wyżej wyroków za nadużycia finansowe, od upadku komunizmu piłka w kraju Drakuli jest naprawdę niedofinansowana. W sumie nie tylko piłka, cały sektor sportu. Wcześniej rząd kładł na niego mocny nacisk, ale nie dawał przestrzeni na samodzielność. Gdy brakło systemowej opieki na wszystko rzucili się ludzie, którzy postanowili nie tyle podzielić tort między siebie, co po prostu go rozkraść i od razu zjeść.
W efekcie Rumunia jest krajem całkowitego futbolowego marazmu. Zatrudnia się tam zawodników, niektórych z nich przyciąga obiecywanymi wypłatami, ale jednocześnie tamtejsze kluby ledwo wiążą koniec z końcem. Tak narodową taktykę negocjacyjną tłumaczy Mircea Bornescu, były bramkarz kilku tamtejszych klubów.
– Działacze i agenci pokażą piłkarzom trofea i najlepiej wygrany przez Stauę Puchar Europy, ale zbagatelizują problemy finansowe – wyjaśnia. – Powiedzą: „W porządku, rozwiążemy to”, ale prawda jest taka, że wiele z tych klubów żyje ciągle na kredyt i nie ma na siebie innego pomysłu – dodaje.

Mircea Bornescu to jedna z tych osób, które chciałby naprawić rumuńską piłkę, ale nie mają na to większych szans
Symbolem tragedii wynikającej z takich działań jest osuwający się w przeciętność CFR Cluj. W teorii jeden z miejscowych gigantów, ostatnio stale zajmujący w lidze czołowe miejsca. W praktyce – bankrut, który od sierpnia tego roku jest w trakcie postępowania upadłościowego. Na pewno pamiętacie Rumunów z Ligi Mistrzów, w której meldowali się w swoim złotym okresie na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku. Potem nastąpił… finansowy upadek klubu. Teraz przeżywamy go ponownie.
– Jeśli nie masz zbyt dobrego budżetu, jedyne co możesz, to zrobić z siebie głupka. Niestety, my nie wkładamy pieniędzy w piłkę nożną, a wtedy bardzo trudno jest liczyć na dobre wyniki – kiedy byłem trenerem, zostałem poproszony o wyniki, ale nie dostałem do dyspozycji budżetu, którego bym chciał. Gdybyśmy mieli w Rumunii budżety w wysokości 20-30 milionów euro, tak jak te w Polsce czy nawet na Cyprze, gdzie Pafos ma naprawdę solidne pieniądze… To jest powód. Jeśli masz pieniądze, udaje ci się zdobyć najlepszych graczy i zorganizować to wszystko na przyzwoitym poziomie. Jeśli nie, to w Europie będziesz miał bardzo ciężko – ocenia Dan Petrescu w rozmowie z rumuńskim Antena Sport.
– To oczywiście nie tylko problem CFR Cluj – mówi Bornescu cytowany przez Tikitakę. – Wiele klubów w rumuńskiej piłce nożnej zmaga się z zadłużeniem i jest to tykająca bomba zegarowa, która czeka na wybuch.
Jest źle, będzie źle. Powrót do żywych zajmie długie lata
Koniec złotej ery CFR Cluj zbiegł się w czasie z… masowymi aresztowaniami działaczy odpowiedzialnych za rozkradanie pieniędzy. I to w tamtym punkcie na osi czasu należy upatrywać początku końca rumuńskiej piłki klubowej, który z lekkim opóźnieniem pociągnął za sobą także będącą w coraz gorszym stanie reprezentację. Ktoś powie: „No tak, zamknęli gości, co jakoś to ogarniali, więc niech się nie dziwią”. Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać, ale to właśnie ich „jakieś ogarnianie” doprowadziło do zapaści, nieco tylko odroczonej.

Ranking FIFA jest dla Rumunów bardzo przykrym widokiem. Od początku jego istnienia reprezentacja tylko raz była w podobnym dołku jak dziś (źródło: FIFA)
Problem z ligą jest widoczny także w rankingu klubowym UEFA. My zastanawiamy się, czy jakimś cudem będziemy w stanie wskoczyć na dziesiątą lokatę i ucieszy nas automatyczny awans mistrza kraju do fazy ligowej Ligi Mistrzów. Rumuni okupują dziś 22. miejsce i nie mają większych perspektyw na poprawę tego stanu rzeczy. Niedługo odpadnie im z punktowego konta przyzwoity sezon 2022/23 i pewnie stoczą się jeszcze bardziej. A to oni jeszcze kilkanaście lat temu byli tam, gdzie my dopiero chcemy być. Dzięki świetnemu rankingowi sensacyjni mistrzowie – Unirea Urziceni i Otelul Galati – dostali się do Champions League i napisali tam swoje piękne historie. A potem jedni całkowicie zniknęli z powierzchni ziemi, a drudzy, jak to w Rumunii, zaliczyli podszyte korupcją bankructwo i po reaktywacji pełnią rolę ligowego przeciętniaczka.
Na Otelul, jako już się rzekło, z całkiem bliska mógł zerkać Alexandru Avram. – Właściciel klubu przejął wszystkie przychody z UEFA i odszedł z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi – tłumaczy. Nie było tam wiele miejsca na piłkę. Własny zysk na pierwszym miejscu, a jak udało się to zrobić bez łamania prawa, to już w ogóle było pięknie.
Częściej jednak to prawo łamano. Avram porównuje tamten okres w historii rumuńskiej piłki klubowej do działalności włoskiej mafii. Układ doczekał się w przestrzeni publicznej wdzięcznej nazwy Cooperativa, a jego główni bohaterowie mieli w środowisku urocze ksywki. Dumitru Dragomir nosił miano „Corleone”. Jean Padureanu dorobił się przydomka „Lord”. A rumuńska piłka do dziś może być nazywana „katastrofą”, bo przez ponad dekadę nie otrząsnęła się z grzechów, które doprowadziły ją na skraj urwiska. Teraz oglądamy więc moment, w którym z tego skraju odrywają się kolejne mniejsze i większe kamyczki, a Rumunia nie ma środków, by odsunąć się od przepaści choćby na krok.

Dumitru Dragomir ostatecznie jakoś uniknął więzienia. Teraz opowiada w mediach, jak wygląda życie staruszka po osiemdziesiątce i skarży się na nudę
Cooperativa. Rumuński odpowiednik piłkarskiej mafii
Skoro już zahaczyliśmy ten temat, warto dać mu tu na sam koniec choć odrobinę przestrzeni. Układ trzęsący rumuńską piłką zawiązał się jeszcze w czasach komunizmu, ale przetrwał okres przemian i doskonale przystosował się do nowych realiów.
– Cooperativa była relacyjną strukturą kilku klubów piłkarskich, których powiązania przetrwały po upadku komunizmu. Z czasem zjawisko ustawiania meczów stało się uznawanym za absolutnie normalne w rumuńskim futbolu. Sposób, w jaki Cooperativa się przekształciła i jak ewoluowała, wciąż fascynuje. Zaczęła się jako forma przetrwania sportu poprzez korupcję w czasie komunizmu. W końcu stała się centralną grupą wpływów, która dostosowała się do społeczeństwa kapitalistycznego i zdołała kontrolować konkurencję poprzez zastraszanie, nadużycia i ustawianie meczów – piszą w swojej pracy Pompiliu-Nicolae Constantin i Monica Stanescu z Narodowego Uniwersytetu Wychowania Fizycznego i Sportu w Bukareszcie.
Cała ta maszyna Cooperativy miała jeden cel – napchanie kieszeni tych, którzy należą do całego systemu. I tu dochodzimy do przykrej konkluzji, która rumuńskiej piłce nie daje żadnych nadziei. Jakiekolwiek zainteresowanie poważną inwestycją w futbol pojawia się tam tylko wtedy, gdy ta inwestycja może dać pokaźny zwrot temu, który się na nią zdecyduje. A że bez unikania podatków, defraudacji, prania brudnych pieniędzy, zastraszeń, nadużyć i ustawiania meczów dorobić się na tym nie da, to drogi dla ludzi gotowych rozruszać piłkarską Rumunię są dwie. Albo w to wejdą dla idei i stracą, w dodatku niemało. Albo wejdą w to dla siebie, pomogą doraźnie na kilka lat i… trafią za kratki. Perspektywy są, delikatnie rzecz ujmując, nieciekawe.
A zegar przyczepiony do bomby tyka.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix