Ręka, but i kaput. Raków też musi gonić wynik w rewanżu z Fiorentiną

Szymon Janczyk

12 marca 2026, 23:31 • 3 min czytania 8

Reklama
Ręka, but i kaput. Raków też musi gonić wynik w rewanżu z Fiorentiną

Chwilę, dosłownie chwilkę – tyle brakowało, żeby Raków zaliczył niemal najlepszy możliwy wynik. Niemal, bo zawsze przecież można wygrać, lecz remis oznaczałby totalnie otwartą kwestię awansu w dwumeczu. Tyle że jednak go nie ma, więc nad głowami wisi nam czarna chmura: ostateczne pożegnanie z pucharami w marcu.

I tak nie ma nad czym rozpaczać, bo Raków będzie gonił z pozycji znacznie lepszej niż Jagiellonia czy wcześniej Lech. Nie zapowiada się też na to, że Fiorentina w Sosnowcu powtórzy Atalantę. Niemniej – dwa momenty słabości zdecydowały o tym, że Raków z wyniku zadowolony być nie może.

Jonatan Braut Brunes strzela jak Erling Braut Haaland. Raków objął prowadzenie z Fiorentiną

W pierwszej połowie Jacopo Fazzini mógł kręcić głową z niedowierzaniem, gdy rąbnął z powietrza nad poprzeczką z bliskiej odległości. W przerwie jednak nie rozmyślaliśmy o tym, że Raków spotkało wielkie szczęście, że na tablicy wyników wciąż widzimy zero i zero. Łukasz Tomczyk w pucharowym debiucie porządnie ustawił drużynę w obronie tak, żeby obrona pola karnego znów była dumą Rakowa. To się sprawdziło, co pozwoliło Rakowowi wejść w drugą część meczu z pomysłem na to, żeby szarpnąć, drapnąć, znaleźć w końcu swoją szansę.

I szansa przyszła w bardzo prosty sposób. Szybkie wznowienie gry po faulu w ataku Fiorentiny pozwoliło rywala kompletnie zaskoczyć. Długa piłka spadła na głowę Patryka Makucha, który w powietrzu potrafi wiele. Napastnik pokazał to, wygrywając pojedynek z Niccolo Fortinim, znakomicie zgrywając piłkę w przestrzeń, w której powinien być Jack Harrison, ale akurat drzemał. Jonatan Braut Brunes zachował się więc tak, jak zachowałby się jego sławniejszy kuzyn – wywiódł w pole Pietro Comuzzo, walnął nie do obrony.

Reklama

Dwa błędy, dwie wpadki. Tradycji stało się zadość – Fiorentina znów z zaliczką przed rewanżem z Polakami

Wtedy stało się coś, co należy chyba określić mianem niedbalstwa, gapiostwa. Zaraz po golu Rakowa padła bramka wyrównująca, ale nie chodzi tylko o to. Fiorentina odgryzła się w momencie, gdy za linią boczną Oskar Repka sklejał buta taśmą. Czasem trzeba i tak, lecz brak Repki na boisku idealnie zbiegł się w czasie z chwilą, gdy Rolando Mandragora – pan Liga Konferencji, autor największej liczby goli i asyst w tych rozgrywkach – umiejętnie zgrał piłkę w okolice szesnastki.

Można powiedzieć, że mniej więcej tam właśnie brakowało szóstki, środkowego pomocnika. Efektem strzał życia Chera Ndoura, który umieścił piłkę w siatce.

Reklama

Wydawało się jednak, że Fiorentina więcej nie zrobi. Zwłaszcza po tym, jak grający do tej pory świetne zawody Bogdan Racovitan zgubił piłkę w bocznym sektorze boiska, dając Roberto Piccolemu dogodną szansę na wyjście na sam na sam z bramkarzem. Oliwier Zych zachował się dobrze, skrócił kąt, ale ostatecznie to nie to pomogło Rakowowi nie stracić drugiego gola. Piccoli po prostu obił poprzeczkę.

I gdy czekaliśmy tak na ostatni gwizdek, znów ktoś się zagapił, pomylił. Tym razem Michael Ameyaw, który na granicy pola karnego zablokował ręką dośrodkowanie Dodo. Sędziowie rysowali, analizowali, sprawdzali i orzekli, że stało się to dokładnie na linii szesnastki. Rzut karny, duży spokój oraz pewność Alberta Gudmundssona i po zawodach. Fiorentina z malutką zaliczką jedzie do Sosnowca, my znów musimy się zastanawiać, czy z Violą uda się wynik odwrócić.

ACF Fiorentina — Raków Częstochowa 2:1 (0:0)

  • 0:1 – Jonatan Braut Brunes 60′
  • 1:1 – Cher Ndour 62′
  • 2:1 – Albert Gudmundsson 90+3′

WIĘCEJ O LIDZE KONFERENCJI NA WESZŁO:

fot. Newspix

Reklama
8 komentarzy
Szymon Janczyk

Liczby, transfery i reportaże. Dobrych historii szukam na całym świecie - od koła podbiegunowego po Rijad. Na Weszło od lat staram się przekazać, że polska piłka też jest ciekawa.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Liga Konferencji