Lech zakończył swoją przygodę w europejskich pucharach na 1/8 finału. Na papierze wynik co najmniej przyzwoity, tylko nieznacznie gorszy od niezwykle udanej kampanii sprzed trzech lat. Dodatkowo wygrał dwumecz na wiosnę, co wcześniej nie udało się przez ponad sto lat historii klubu. Długo mieliśmy jednak poczucie, że te osiągnięcia zakrywają smutną rzeczywistość o mimo wszystko nieudanej europejskiej przygodzie. Rewanżowy mecz z Szachtarem to zmienił.
Przed starciem w Krakowie istniało realne ryzyko, że za kilka lat kibice Lecha będą pamiętać ten europejski sezon głównie przez pryzmat kompromitacji na Gibraltarze. W teorii dotarcie do 1/8 finału to dobry wynik, ale w praktyce Lech osiągnął najmniejsze możliwe minimum. Wygrał tylko to, co powinien i nic ponadto. Rewanżem z Szachtarem sprawił jednak, że odczucia po tej przygodzie kompletnie się zmieniły.
Lech zakończył europejskie zmagania. Długo się wydawało, że udane bedą tylko na papierze
Wróćmy do sezonu 2022/23, kiedy Lech pod wodzą Johna van den Brona tak udanie sobie poradził w Lidze Konferencji. Raz, że dotarł do ćwierćfinału, ale przede zostawił po sobie bardzo dobre wrażenie i wiele momentów do wspominania dla kibiców. Tak, zaczęło się od 1:5 w Azerbejdżanie czy kuriozalnego dwumeczu z Vikingurem, ale później było już znacznie lepiej.
- Efektowne zwycięstwo 3:0 z Villarrealem przy Bułgarskiej, które dało awans z grupy;
- Wyeliminowanie Bodo/Glimt – uczestnika tegorocznej fazy pucharowej Ligi Mistrzów – co było pierwszym wygranym dwumeczem w europejskich pucharach na wiosnę w historii klubu;
- Rozgromienie 5:0 w dwumeczu szwedzkiego Djurgarden;
- Piękny comeback we Florencji i gol Artura Sobiecha, który przeszedł do historii, mimo że awansu to nie dało.
#łzywoczach pic.twitter.com/WByBKXEQeL
— Pako (@Pakoakamotherfu) April 20, 2023
Trochę tych momentów było, a nie wspomnieliśmy nawet o świetnym pierwszym meczu z Villarrealem, który lechici po walce przegrali 3:4. Do dziś w pamięci kibiców pozostały popisy Kristoffera Velde – nazwanego z tej okazji Mr. Conference League – do spółki z Michałem Skórasiem na drugim skrzydle.
A teraz popatrzmy na tegoroczne zmagania i zastanówmy się, co – nie licząc starcia w Krakowie z Szachtarem – po czasie będzie można wspominać z podobną nostalgią.
- 7:1 z Breidablik? No bez przesady, zespół na poziomie średniaka 1. Ligi, grający przez większość spotkania w osłabieniu;
- 4:1 z Rapidem Wiedeń? Też raczej nie. Trzy lata temu Lech wygrał również 4:1, tyle że z Austrią Wiedeń i nikt tego szczególnie nie wspomina;
- Zwycięstwo z Sigmą Ołomuniec? Fakt, ono było ważne, mocno poprawiło sytuację w tabeli Lecha, co pozwoliło w 1/16 zagrać z KuPS, a nie kimś znacznie mocniejszym, ale znów to zdecydowanie za mało. To zespół z czeskiego drugiego szeregu, który rzutem na taśmę nie odpadł z rozgrywek po fazie ligowej.
Dosłownie, Lech zrobił to, co powinien, co było w jego obowiązku, nic więcej. Można mówić, że dopisał punkty do rankingu i tak dalej, ale dla zwykłego kibica to nie jest najważniejsze. Najważniejsze są niezapomniane przeżycia, piękne europejskie noce, sprawione sensacje, pokonani faworyci z czołowych lig. W tym roku długo wydawało się, że fani z Poznania ani jednej z tych rzeczy nie dostaną. Za to, że skończą tylko z czymś, co chyba nawet przebiło te wszystkie Stjarnany, Żalgirisy i Trnawy.
Długie oczekiwanie na swój europejski wieczór
Mówimy o tym sezonie 2022/23 i historycznym ćwierćfinale, ale nawet w jeszcze wcześniejszych latach, gdy Lech osiągał teoretycznie gorsze wyniki od tych z obecnych rozgrywek potrafił zrobić coś, co pamięta się im do dziś. I to w pozytywnym znaczeniu.
- Fenomenalny rajd przez eliminacje Ligi Europy Dariusza Żurawia. Wiemy, jak to się skończyło, ale 3:0 z Hammarby, 5:0 z Apollonem Limassol i wyeliminowanie belgijskiego Charleroi. A wszystko to na wyjazdach i bez rewanżów. W sezonie pandemicznym rozgrywano tylko jeden mecz, a los tak chciał, że Lech przed własną publicznością zagrał tylko w pierwszej rundzie z łotewską Valmierą.
- 2:1 we Florencji z Fiorentiną za Jana Urbana.
Wiadomo, można byłoby pójść jeszcze dalej i przypomnieć o hat-tricku Artjomsa Rudnevsa w Turynie czy pokonaniu przy Bułgarskiej Manchesteru City, ale nie chcieliśmy już odbiegać aż tyle lat do tyłu.
A co pozostanie kibicom po tym sezonie? Była szansa na pokonanie zespołu z pięciu najlepszych lig i to jeszcze na wyjeździe. Prowadzenie w Hiszpanii z Rayo Vallecano 2:0, tylko co z tego? Nic, bo skończyło się 2:3. To może u siebie się udało? Również nie. Przyjechało Mainz, mecz kończyło w osłabieniu, a i tak do siebie z jednym punktem wróciło. Dobre okazje na dokonanie czegoś zapadającego w pamięć Lech miał także w dwóch letnich dwumeczach z drużynami teoretycznie silniejszymi, ale nie całkiem poza zasięgiem. I z Crveną Zvezdą, i z Genkiem dostał w czapkę bez podjęcia równorzędnej rywalizacji.

I teraz ta perła w koronie. W różnych absurdalnych okolicznościach Lech potrafił przegrywać, z drużynami o kilka klas słabszymi, ale w tym roku do kolekcji dopisał coś, co będzie ciężkie do przebicia. Przegrał na Gibraltarze i to na własne życzenie, a właściwie trenera. Niels Frederiksen po raz drugi w Lechu zdecydował się na wystawienie całkowicie rezerwowego składu i po raz drugi bardzo boleśnie przekonał się o tym, jak zła decyzja to była. Rok wcześniej odpadł z Pucharu Polski z Resovią, a w tym poległ z mistrzem Gibraltaru.
Tym samym mistrzem Gibraltaru, którego kilka tygodni później pokonała Legia Warszawa. Było to jej pierwsze zwycięstwo od blisko dwóch miesięcy i jedyne podczas całej kadencji Inakiego Astiza. Lincoln Red Imps przegrało także 0:5 ze Zrinjskim Mostar czy 1:9 w dwumeczu z Bragą.
Wspomnienie z Gibraltaru skutecznie zamazane
Można się było spodziewać, że w Krakowie nic spektakularnego się nie wydarzy i Lech pozostanie z tą swoją klęską na Gibraltarze jako jedynym wspomnieniem z tegorocznej przygody. Stało się jednak coś kompletnie odwrotnego. Zespół Nielsa Frederiksena w trakcie spotkania realnie wlał w nasze – a przede kibiców – serca wiarę, że może awansować do ćwierćfinału. Pachniało dogrywką, ale trochę pecha i wyszło tak, jak wyszło.
Sytuacja bardzo podobna do tej sprzed trzech lat we Florencji. Pod względem fabularnym wręcz identyczna. Mimo że awansem to się nie skończyło, to kibice dostali coś na co czekali cały sezon. Moment dumy ze swojego klubu, że ten się nie poddał i był naprawdę bliski dokonania czegoś wielkiego.
To jest jeden z takich meczów, które są wspominane. Podobnie jak o golu Sobiecha, będzie się mówiło także o dublecie Ishaka. Tym samym za kilka lat na myśl o europejskich zmaganiach Lecha w sezonie 2025/26 nie pojawi się od razu wstydliwa klęska na Gibraltarze, tylko godny pochwały bój o odrobienie strat z Szachtarem. Dariusz Żuraw ma swoje Charleroi, John van den Brom Florencję, a teraz Niels Frederiksen ma swój Kraków.
Czytaj więcej na Weszło:
- Ishak pobił rekord, ale Lech odpadł. „Wolałbym awansować”
- Lechu, dlaczego nie mogłeś tak zagrać w pierwszym meczu?
- Ishak pobił Lubańskiego! Najlepszy „polski” strzelec w Europie