Piotr Zieliński – najważniejszy pomocnik Interu. Czas na duży test

Marcin Ziółkowski

11 stycznia 2026, 16:23 • 7 min czytania 1

Piotr Zieliński w końcu rozkręcił się w Interze. Pierwszy sezon był jak katorga. Zdrowie nie pomagało, a po końcowych rozstrzygnięciach na wszystkich frontach, potrzeba było mentalnego resetu. Nadszedł jednak długo wyczekiwany renesans formy. Jeszcze niedawno stawiano go jako środkowego pomocnika nr 5-6, teraz stał się najważniejszym elementem drugiej linii Interu. Ostatnie tygodnie w jego wykonaniu to stały progres i zyskanie miana „nietykalnego”. Mało kto spodziewał się takiego obrotu sprawy. Czas na wielki sprawdzian – mecz przeciwko drużynie, w której rozegrał 364 mecze. 

Piotr Zieliński – najważniejszy pomocnik Interu. Czas na duży test
Reklama

Polak rozkręcił się na dobre, choć łatwo nie było

Wielokrotnie przez ostatnich kilkanaście miesięcy dało się usłyszeć pod kątem Piotra Zielińskiego wypowiedzi w stylu: „niczym konkretnym się nie wyróżnił”, „miał przebłyski, ale…”, „coś tam pobiegał” i tak dalej. To się zmieniło.

Gra „Ziela” od zawsze była trochę dziwnym przedmiotem skrajnych opinii. Tym razem nie trzeba szukać pozytywów na siłę, jak to mają czasem w zwyczaju dziennikarze znad Wisły. Gra Polaka broni się do tego stopnia, że stał się kluczowym pomocnikiem Interu. Jeszcze rok temu takie zdanie zakrawałoby o szaleństwo. Dziś to miła dla kibica reprezentacji Polski rzeczywistość.

Reklama

Po jednym z ostatnich meczów w lidze Polak przyznał:

Mój sekret w tym roku? Jestem w dobrej formie fizycznej, nie odczuwam już bólu. Trener dał mi swobodę, szansę na czerpanie radości z gry.

Warto jednak przypomnieć, że z jego strony padły też (metaforyczne) strzały w stronę Simone Inzaghiego. Dość niesłuszne, choć zrozumiałe. Pomocnik powiedział, że był wręcz w trzecim rzędzie piłkarzy do gry u obecnego szkoleniowca Al-Hilal. Dodał też, że Cristian Chivu angażuje większą liczbę zawodników i sprawia, że wielu członków drużyny wierzy w to, że może grać od pierwszej minuty.

Brakowało mi tego od jakiegoś czasu, miałem problemy od samego początku – to zdanie z połowy grudnia Zielińskiego sprzed meczu z Genoą mówi w jego kontekście najwięcej. Polakowi wróciła radość z gry i zaczęły go omijać urazy.

Wystarczy zerknąć na minuty Piotra Zielińskiego w styczniu i w grudniu:

  • 22 minuty z Parmą (mecz ostatnio w środku tygodnia)
  • 90 minut i gol z Bologną
  • 84 minuty z Atalantą
  • 86 minut z Bologną
  • 90 minut z Genoą
  • 80 minut z Liverpoolem
  • 71 minut z Como
  • 46 minut z Venezią (Puchar Włoch)

Zieliński miał problem w sezonie 2024/25

W pierwszym sezonie w Interze regularnie wypadał z gry. Kontuzja w okresie przygotowawczym dodatkowo sprawę utrudniła. Generalnie trudno się dziwić Simone Inzaghiemu, że pod kątem minut Zielińskiego podchodził ostrożnie w temacie. Szpilki sugerujące, że mniej znany z duetu braci napastników miał swoich ulubieńców, akurat dalekie od prawdy nie są.

Barella, Calhanoglu i Mchitarjan grali, ile tylko się dało, wręcz dopóki zdrowie pozwalało. System ten świetnie funkcjonował, a Włoch wolał mieć żelazny, zaufany tercet. To samo było z wahadłami – Dimarco i Dumfriesem. Wielu z kibiców na pewno pamięta też kilka kluczowych bramek Davide Frattesiego z ławki i to jak często w meczach notował… mało podań.

Był on jednak kluczowy dla zespołu – wspomnijmy tu choćby o golu w dogrywce na Giuseppe Meazza w rewanżowym półfinale LM. Zielińskiemu takich właśnie momentów brakowało i w hierarchii był swego rodzaju „Davym Klaassenem premium”. Zamykał hierarchię drugiej linii z Kristjanem Asllanim. Ba, nawet to Albańczyk zagrał więcej minut. „Zielu” pod tym względem zajął odległe, 19. miejsce w zespole. Najbardziej eksploatowani grali po 4000 minut, a on 1700.

W skali proporcji – „momenty były”, ale niewiele – choćby mecz na Etihad z Manchesterem City. Jedno z zagrań Zielińskiego stało się viralem. Wyglądał tam jak zawodnik, który dobrze wprowadził się do nowego zespołu. Trudno było go „spressować”. Prowadził grę Interu. Z Juventusem trafił dwukrotnie z karnego. Miał szczęście, bo normalnie to Calhanoglu podchodzi do jedenastek, ale akurat nie grał. Koniec wyliczanki. Później takich meczów zwyczajnie nie było.

Bardzo niefortunny uraz z Monzą wykluczył Piotrka na pewien czas. Z uwagi na kolejny – tym razem majowy – ominął ostatnią kolejkę ligową, finał Ligi Mistrzów, a także Klubowe Mistrzostwa Świata. Wrócił do gry dopiero w połowie sierpnia. Ciągłości gry nie było jak złapać.

Widzimy najlepszego Zielińskiego w Interze

Dopiero teraz Polak wychodzi na prostą. Problemy zostały w tyle, tak jak i rywale do gry w pierwszym składzie. La Gazzetta dello Sport po Bologni (4 stycznia) w lidze pisała: – Dziurawił defensywę rywala, najlepszy pomocnik tego Interu. Ciekawe tylko, dlaczego zajęło mu tyle czasu, aby wrócić do formy z czasów Napoli. Zieliński wrócił naprawdę.

Choć jeden gol w tym przypadku wiosny nie czyni – mowa o kapitalnym trafieniu w Weronie przeciwko Hellasowi – ale był to moment, od którego coś się zaczęło zmieniać. Chwilę wcześniej kontuzji doznał Henrich Mchitarjan. Jego przerwa potrwała kilka meczów. Ormianin wrócił na początku grudnia (po miesiącu) i to on teraz wchodzi na 15, 20, 25 minut. Zieliński wywalczył sobie pierwszy skład. Polski pomocnik jest nietykalny, także pod kątem sprzedaży. Jeszcze na początku sezonu była to sytuacja nie do pomyślenia.

Przez blisko półtora roku sporo wody upłynęło w Padzie, Tybrze i innych włoskich rzekach. Dopiero teraz Zieliński jest tym, kim miał być docelowo w Interze. Nerazzurri uzupełniali latem 2024 linię pomocy o piłkarza, który potrafi w kreatywność, a także jest skupiony na ofensywie. Gdy maszyna Inzaghiego działała świetnie, choć głównie na doskonałym wypracowaniu schematów – często mówiło się, że potrzeba tam kogoś ofensywnego z darem boiskowej nieprzewidywalności.

Jeden z włoskich komentatorów – Riccardo Trevisani – przyznał ostatnio, że przez dwa lata Polak wyglądał niczym zawodnik przed wyjazdem do Arabii Saudyjskiej. Chodziło mu o dość niski poziom sportowy piłkarza, który porusza się jakby już się średnio nadawał do takiego tempa, więc zostaje tylko gra w najbogatszych państwach świata. To słowa mocne, ale Zieliński nie dawał zbyt wielu argumentów na swoją obronę. W problematycznym ostatnim sezonie w Neapolu (10. miejsce w Serie A) – trudno było chwalić kogokolwiek.

Warto tu na moment wrócić do końcówki przygody na południu Włoch. Czuć było, że coś się wypala. 11 lutego 2024 roku Piotrek zagrał w Mediolanie przeciwko Milanowi. Następnej doby we włoskich mediach huczało od tego, że przeszedł testy medyczne przed letnim transferem do Interu.

Niektórzy odebrali to jako karmę za to, że Aurelio De Laurentiis wiodącemu przez lata piłkarzowi zaproponował nową umowę na gorszych zasadach. Zbiegło się to z momentem w karierze Zielińskiego, kiedy potrzebował wpuścić do siebie trochę świeżego powietrza. Było to dość symboliczne zakończenie etapu neapolitańskiego – głośne zasygnalizowanie „musimy się rozstać, co mieliśmy wspólnie zrobić, to zrobiliśmy”. W końcu ponad 360 meczów to bardzo dużo.

Dopiero z czasem można ocenić to jako dobrą zmianę. W tym momencie określimy Zielińskiego najważniejszym pomocnikiem Interu i nie ma w tym krzty przesady. Z tą tezą zgadzają się choćby komentatorzy Eleven Sports – Piotr Dumanowski i Dominik Guziak w ostatnim Calcio Caście.

Zawodnik z Ząbkowic Śląskich jest jak nowy transfer do linii pomocy po pełnym różnych urazów i przygód sezonie 2024/25. Przeszedł w Interze długą drogę, choć jest w klubie raptem półtora roku. Spotkanie z Napoli będzie więc szczególne, bo może przypomnieć byłemu pracodawcy o swoich zaletach i co najlepsze dla samego Polaka – pokazać jeszcze lepszą wersję. Teraz jest ku temu świetna okazja. Ba, są to dwie ekipy, które biją się realnie o mistrzostwo. Na razie to „Zielu” jest tym przegranym, bo Napoli zdobyło jedno już bez niego. W tym sezonie będzie walczył, by wyrównać stan rywalizacji na 1:1.

Taki polski reżyser gry z przełomu 2025 i 2026 to ktoś, kogo chcemy oglądać także w reprezentacji – nadchodzą baraże o mundial, a docelowo latem jest sam turniej. Najwyższy czas, aby „Pietro” na dużej imprezie pokazał całą paletę barw i to z czego go najlepiej znamy.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

1 komentarz

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń

Najnowsze

Hiszpania

Lewandowski z golem w El Clasico. Tak oceniła go hiszpańska prasa

Braian Wilma
1
Lewandowski z golem w El Clasico. Tak oceniła go hiszpańska prasa
Reklama

Piłka nożna

Hiszpania

Lewandowski z golem w El Clasico. Tak oceniła go hiszpańska prasa

Braian Wilma
1
Lewandowski z golem w El Clasico. Tak oceniła go hiszpańska prasa
Reklama
Reklama