Reklama

Ile znaczy prawdziwa miłość i czemu Szekspir nie pisał o Frankfurcie

Bartek Wylęgała

Autor:Bartek Wylęgała

13 stycznia 2024, 18:22 • 5 min czytania 0 komentarzy

Nie wierzmy w przeznaczenie. Los nie przypisał każdemu z nas osoby, którą w odpowiednim czasie przed nami ukaże. Nie ma nadnaturalnych więzów, które w oderwaniu od rzeczywistości cementują miłość dwóch nieznajomych. I obiecuję, że to nie jest pseudofilozoficzny tekst. Po prostu jakoś musiałem zacząć wątek Eintrachtu Frankfurt, który te moje przekonania skutecznie podważa.

Ile znaczy prawdziwa miłość i czemu Szekspir nie pisał o Frankfurcie

We Frankfurcie musieli czytać „Romeo i Julię”. Wątek dwóch młodych ludzi, których miłość skojarzyła bardzo wcześnie na etapie ich żyć, jednak środowisko nie pozwoliło im być razem po kres swoich dni. Tragedia Szekspira kończy się śmiercią obu bohaterów, preferujących ją ponad życie w rozłące – oczywiście przepraszamy za zdradzenie zakończenia. Najwyraźniej pion transferowy frankfurckiej drużyny też tę sztukę zna, ale nie lubi smutnych zakończeń. W ich bundesligowej adaptacji wystarczy poczekać, aż los na nowo złączy nieszczęśliwych początkowo kochanków, a „żyli długo i szczęśliwie” samo przyjdzie. Konkretnie w postaci zwycięstwa nad znienawidzonym Lipskiem.

Jak dbać o relację – poradnik dla zakochanych

Dziś na boisku nie widzieliśmy dominacji Eintrachtu. To nie był mecz w stylu dawnego Diego Simeone, gdzie szybko strzelona bramka pozwalała później kontrolować spotkanie szczelną defensywą przez pozostałą jego część. „Orły” grały dziś zwyczajnie poprawnie, zwłaszcza na początku spotkania. Ale okazało się, że oparcie zespołu na zawodnikach mających ciągle coś do udowodnienia ma rację bytu.

Nagłówek tego akapitu nawiązuje przede wszystkim do jednej, konkretnej postaci. Udowodniła ona, że w ofensywie czasem potrzeba jednego, wyjątkowo skupionego zawodnika. Co było motywacją dla Ansgara Knauffa w dzisiejszym meczu?

Może zwróćmy uwagę przede wszystkim na znalezioną w karierze miłość ze strony trybun. Mówimy o piłkarzu, który dwa sezony temu tkwił w zamrażarce Borussii Dortmund. Nie pokusimy się o stwierdzenie, że na Signal Iduna Park marnowano mu karierę, jednak jak na klub tak chętnie stawiający na młode talenty, ledwie 22-letni dziś pomocnik nie otrzymał tam wystarczająco dużo szans. Klub z Dortmundu miał szansę go zachować, ale zamiast tego wpisano w jego umowę wypożyczenia klauzulę wykupu w styczniu 2022 roku. BVB odpuściło promocję tego zawodnika, wyceniając go na tak wczesnym etapie na ledwie pięć milionów euro.

Reklama

Pięknie się odwdzięczył. Na boisku szalał, gdy oprócz zwycięskiej bramki terroryzował obronę przeciwników kolejnymi dośrodkowaniami. Mówiliśmy dziś o zawodniku kompletnym w grze ofensywnej. A przecież na co dzień, choć operuje w bocznych strefach, to raczej z pozycji mezzali w środku pola niż typowego skrzydłowego. A jednak tak właśnie przeciw „Bykom” grał. Najwyraźniej nad Menem ufają mu na każdej pozycji. A on to zaufanie w stu procentach spłaca, wdzięczny za powierzoną mu szansę, której nie otrzymał w poprzednim klubie. Nie wygląda jakby był w stanie tę zbudowaną w tym sezonie relację z trybunami złamać.

Romeo między słupkami

Czas jednak wrócić do początku tego tekstu. Kevin Trapp zaczynał swoją karierę na poziomie lig Top 5 właśnie w „Kapryśnej Diwie”. Miał wtedy status młodego talentu, wydawało się, że zawarł w sobie wszystkie cechy do zostania jednym z solidniejszych bramkarzy w Niemczech. Jednak golkipera potrzebowało samo PSG, które było w stanie postawić przed nim walizkę złota i przekonać go tym do rozwijania kariery w Paryżu. Niemiec wybrał transfer do Francji, co później okazało się błędem. Od drugiego sezonu rywalizował o miejsce z Alphonsem Areolą, co nie służyło nikomu. Później z kolei mógł liczyć tylko na bardzo głębokie miejsce na ławce rezerwowych. Cierpiał i on, i Eintracht, który liczył na nową klubową legendę.

Jego powrót do macierzystego klubu na trzy lata po odejściu okazał się błogosławieństwem. Wreszcie umocnił swoją pozycję jako „jedynka” między słupkami. Okazało się, że nie potrzebował w zupełności realizować swojego potencjału, by odbudować miłość ze strony najbardziej oddanych trybun stadionu Commerzbank-Areny. Wystarczyło co sezon rozwijać się nieco bardziej.

Aż przyszedł ten sezon. Eintracht znakomicie się w nim spisuje, w pełni realizując przedsezonowe założenia. Jednym z najważniejszych elementów tej udanej kampanii pozostaje właśnie 33-latek. Pomimo tego, że do domu wracał jako golkiper nadgryziony nieregularną grą, której ofiarą padł w „Mieście Zakochanych”, to dziś tego zupełnie po nim nie widać. Gospodarze dzisiejszego spotkania dwoili się i troili, by wreszcie dostarczyć jego antyfanom jakichkolwiek argumentów, ale zamiast tego tylko dali temu wybitnemu artyście scenę, na której mógł idealnie odegrać swoją rolę. Openda, napastnik Lipska, dziś będzie zasypiał z twarzą Niemca przybitą pod powiekami. Kapitan gości najpierw obronił jego strzał z odległości raptem kilku metrów tylko i wyłącznie dzięki podręcznikowemu ustawieniu, a w drugiej połowie ponownie pozbawił armatę z Lipska szansy na bramkę, gdy obronił jego strzał głową z pola bramkowego.

Dzięki Bogu, że w gabinetach klubu z miasta słynącego głównie z portu lotniczego nie powołano się na fatalną rozłąkę, kiedy pojawiła się szansa na odnowienie miłości. Okazało się, że nawet jeżeli uczucie na początku przegrało próbę niesprzyjających okoliczności (w postaci kusicieli z Paryża), to jednak czas uleczył ten uraz.

Ile razy można się zakochać?

Co dalej czeka Eintracht? Nie wiadomo. Podopieczni Dino Toppmollera mają czasem problemy ze stabilizacją formy. Kevin Trapp nie jest bramkarzem idealnym, choć miewa takie momenty i mecze jak dziś, a Ansgar Knauff, choć powinien stać się wyrzutem sumienia Dortmundu, nie jest Kevinem de Bruyne. Ale to zespół, w którym jest dużo postaci mających szansę na ukochanie ze strony trybun. Tego popołudnia w defensywie widzieliśmy ogromny potencjał Nielsa Nkonkou, członka letniego zaciągu do klubu. Oprócz tego widzieliśmy pierwszy mecz Donny’ego van de Beeka, tkwiącego do niedawna w toksycznej relacji z United, dziś szukającego szczęścia poza Anglią.

Reklama

Nie wszystko u „Orłów” jest idealne. Ale w jakim związku jest? Liczy się radość, którą ten klub z całą pewnością dostarczy swoim najbardziej oddanym kibicom w najbliższym czasie.

RB Lipsk 0:1 Eintracht Frankfurt

A. Knauff (0:1) 7′

WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

Nie Real, nie Barcelona, a Jordan-Sum Zakliczyn. Szczerze wierzy, że na około stumiejscowy stadion z atrakcyjnym dojazdem zawita jeszcze kiedyś Puchar Mistrzów. Do tego czasu pozostaje mu oglądanie hiszpańskiej i portugalskiej piłki. Czasem lubi także dietę wzbogacić o sporty walki, a numerowane gale UFC są dla niego świętem porównywalnym z Wielkanocą. Gdyby mógł, to powiesiłby nad łóżkiem plakat Seana Stricklanda, ale najpierw musi wymyśleć jak wytłumaczy się z tego znajomym.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Grosicki: Mam nadzieję, że za rok przyjadę na galę z drużyną, która zdobędzie mistrzostwo

Piotr Rzepecki
12
Grosicki: Mam nadzieję, że za rok przyjadę na galę z drużyną, która zdobędzie mistrzostwo

Niemcy

Komentarze

0 komentarzy

Loading...