Reklama

„Nawet po najlepszej imprezie przychodzi poniedziałek”. O problemach Koeln i Mainz

Szymon Piórek

Autor:Szymon Piórek

04 listopada 2023, 14:18 • 10 min czytania 1 komentarz

W cieniu Der Klassikera rozgrywają się inne ważne sceny dla losów Bundesligi. Do roszad dochodzi na dole tabeli, gdzie nieoczekiwanie znajdują się Kolonia i Moguncja. Jak dotąd Steffen Baumgart i Bo Svensson nie potrafili znaleźć sposobu na wyjście z kryzysu. Duńczyk zapłacił już za to posadą i niewykluczone, że podobny los czeka charyzmatycznego szkoleniowca w kaszkiecie. Co stało się jednak z rewelacyjnymi zespołami Koeln i Mainz?

„Nawet po najlepszej imprezie przychodzi poniedziałek”. O problemach Koeln i Mainz

Świat kocha podziały. Nie ma takiej materii, w której wszyscy byliby zgodni, dlatego zawsze stoimy przed wyborem albo-albo. Majonez Kielecki albo Winiary. Końcówka papieru w rolce z przodu czy z tyłu. Teoria czy praktyka. Akurat ten ostatni dowód ma mnóstwo przykładów z dziejów. Arystoteles czy Platon. Naukowcy czy inżynierowie. Szkoła kolońska czy moguncka, bo tak, również w szkoleniu trenerów w Niemczech wykreowały się dwa obozy. Akademia im. Hennesa Weisweilera od końca lat 40. XX wieku kształci pod względem teoretycznym kolejne pokolenia szkoleniowców. Nad Renem w Moguncji osiedlili się natomiast praktycy pokroju Thomasa Tuchela i Juergena Kloppa, gdzie z meczu na mecz zdobywali doświadczenie, robiąc wielkie kariery. W obliczu poważnych problemów żadna ze szkół nie ma odpowiedniej recepty na wyjście z kryzysu.

Problemy FC Koeln i FSV Mainz

Wzruszające pożegnanie

Kryzys dopadł zarówno Kolonię, jak i Moguncję. W dziewięciu kolejkach obie drużyny uzbierały łącznie siedem punktów. Mainz na zwycięstwo w Bundeslidze czeka od 22 kwietnia, kiedy to ograło Bayern Monachium. To w końcówce poprzedniego sezonu ekipa Bo Svenssona znajdowała się na ustach wszystkich w Niemczech. Rozdawała bowiem karty w mistrzowskim rozdaniu. Najpierw ograła Die Roten, a w ostatniej kolejce zremisowała z Borussią Dortmund, pozbawiając ją mistrzostwa. Były to ostatnie momenty chwały Die Nullfuenfer. Od tych wydarzeń minęło już pół roku!

W tym czasie Moguncja nie wygrała żadnego meczu w Bundeslidze. Odpadła z Pucharu Niemiec już w drugiej rundzie i zajmuje ostatnie miejsce w tabeli. Poskutkowało to złożeniem wypowiedzenia przez trenera Svenssona. Pomimo ostatnich tygodni pełnych niepowodzeń i tak było to ogromne zaskoczenie. Szkoleniowiec czuł jednak, że tylko to pomoże Mainz w utrzymaniu. Z podobnego założenia wyszedł w lipcu 2020 roku Jarosław Skrobacz, który po ponad czterech latach opuścił GKS Jastrzębia, żeby pobudzić zespół w walce o ligowy byt. Ekipa z Górnego Śląska nieuchronnie zmierzała do spadku, a po odejściu szkoleniowca zdobyła trzy punkty i utrzymała się na zapleczu Ekstraklasy. Podobnego efektu oczekuje Svensson, którego rozstanie jest niebywale bolesne, ale również pełne klasy i wzruszenia. 44-latek nagrał specjalny filmik, na którym oficjalnie pożegnał się z fanami.

Reklama

Drodzy Mainzers, niestety nastał ten dzień, ale taki jest futbol. Bardzo trudno przychodzi mi pożegnanie, ale jestem wdzięczny za wszystko. Przyszedłem tu w 2007 roku, spędziłem 16 lat, moje dzieci tu dorastały, a ja nauczyłem się wielu rzeczy, nie tylko o piłce, ale ludziach, których spotkałem w klubie, na trybunach, na ulicy. Przyszedł moment, w którym trzeba sobie uświadomić, że nikt nie jest większy niż klub. Dlatego musimy dołożyć wszelkich starań, żeby zapobiec tej trudnej sytuacji. Niestety nie stanie się to już ze mną na pokładzie – powiedział Svensson na pożegnalnym filmiku. Po tych słowach przerwał na kilka sekund z powodu napływających do oczu łez. Na koniec dodał, że na zawsze pozostanie Mainzerem.

Po szczycie przychodzi spadek

O tym, jak wielką postacią dla mogunckich kibiców był Svensson, najbardziej świadczy rok 2021. 4 stycznia przejął zespół na ostatnim miejscu w Bundeslidze. Mainz uciułało jesienią tylko sześć punktów i do bezpiecznego miejsca traciło pięć. Nieuchronnie zmierzało do spadku, co oznaczałoby powrót do 2. Bundesligi po 12 latach. Duńczyk dokonał jednak piłkarskiego cudu. Z Die Nullfuenfer stworzył bestię, która zgromadziła wiosną 33 punkty, zakończyła sezon na 12. pozycji i wyłącznie w tabeli za 2021 rok otarłaby się o Ligę Mistrzów, punktowała bowiem ze skutecznością piątej najlepszej drużyny. A mówimy o FSV Mainz, czyli klubie, którego możliwości finansowe i sportowe znajdują się na poziomie poniżej ligowej średniej.

To, że nasza sytuacja tak szybko się polepszyła, to także zasługa szczęścia. W niektórych meczach strzelaliśmy gole w odpowiednich momentach, co dało drużynie potwierdzenie, że to, co mówi ten facet z boku, działa. Właśnie tego potrzebujesz jako trener w takiej sytuacji – wspominał ten okres w wywiadzie dla „11Freunde” Svensson, który w Moguncji przeszedł drogę od piłkarza – prowadzili go zarówno Klopp, jak i Tuchel – przez trenera grup młodzieżowych, asystenta, aż po pierwszego szkoleniowca.

Co się zatem stało, że po dwóch latach Svensson postanowił rozstać się z Mainz? Wpływ miały na to czynniki zarówno sportowe, jak i poza pozaboiskowe.

Mainz to klub, który bardzo szybko stał się integralną częścią Bundesligi i możemy być dumni, że gramy w tej lidze nieprzerwanie od 14 lat. Niemniej jednak trzeba pozostawać realistą. Pod względem finansowym nadal znajdujemy się w dolnej połówce ligi i to decydujący czynnik wpływający na nasze miejsce w tabeli. Dlatego najpierw musimy upewnić się, że utrzymamy się w lidze w każdym sezonie – tłumaczył dalej Duńczyk, po czym mówił o swoich dwóch pierwszych latach pracy.
– Aby utrzymać się w lidze, nie potrzebowaliśmy tylko jednego zwycięstwa, ale jednego dobrego wyniku za drugim, niezależnie od tego, kto był po przeciwnej stronie. Jeśli chodzi o potwierdzenie takiego sukcesu, pojawiają się inne problemy: oczekiwania wobec zespołu i świadomość, że po szczycie zwykle następuje spadek. Dlatego fakt, że w następnym roku rozegraliśmy naprawdę solidny sezon, należy cenić tak samo wysoko, jak naszą poprzednią akcję ratunkową.

Reklama

Ofiara własnej filozofii i sukcesów

Finanse to jedno, ale równie istotne były dwa aspekty: sposób gry preferowany przez 44-latka i sukcesy, które zaburzyły prawdziwy obraz możliwości. Svensson stał się ofiarą swoich pomysłów i triumfów. Nastawił piłkarzy Moguncji na bardzo intensywny styl, opierający się na tysiącach przebiegniętych kilometrów, mnóstwie fauli, intensywnych biegów i sprintów. Po sezonie 2020/21 Mainz znalazło się na pierwszych miejscach w Bundeslidze w trzech pierwszych wymienionych statystykach, a w ostatniej plasowało się jedynie za plecami Wolfsburga. Teraz tylko w liczbie przewinień Die Nullfuenfer znajdują się na podium, co akurat nie przynosi chluby zespołowi.

Svensson, tak jak jego poprzednicy Klopp czy Tuchel, wycisnął z zespołu niemal wszystko, co się dało. Piłkarze znaleźli się na skraju możliwości, również fizycznych, co objawia się teraz falą kontuzji. Duński trener nie miał wykonawców, czego przyczyną są ograniczenia finansowe, do swojego stylu. Obrońcy zaczęli popełniać więcej indywidualnych błędów, co bezpośrednio wpłynęło na liczbę straconych goli. W dziewięciu meczach Robin Zentner wpuścił aż 24 bramki. To drugi najgorszy wynik w Bundeslidze, za który odpowiedzialność ponosi w dużej mierze Svensson, uparcie wystawiający trójkę przeciętnych defensorów.

Zawodnicy, których sprowadzamy, wiedzą, w co się pakują. Zawsze wyraźnie podkreślamy, że to jest nasza droga do sukcesu i zazwyczaj dobrze się przy tym bawimy. Ale oczywiście: jeśli tak grasz, musisz tak trenować i niektórzy ludzie chcieliby od czasu do czasu mieć trochę więcej luzu. Jednak szanse na to, że tak się stanie, są niewielkie – opowiadał Svensson.

40 mln euro to i tak za mało

Za wiarę w swoją ideologię Duńczyk przypłacił posadą. Ale wiadomo, że robił to z pełną premedytacją, o czym świadczą jego słowa. – Jak w prawdziwym życiu: nawet po najlepszej imprezie znów przychodzi poniedziałek rano, godzina ósma.

Równie uparty jest drugi ze szkoleniowców, którego stanowisko pozostaje zagrożone. Steffen Baumgart, podobnie jak Svensson w Mainz, trafił do Koeln w 2021 roku. Już w pierwszym sezonie wykręcił fantastyczny wynik, awansując z Kozłami do Ligi Konferencji. W kolejnym roku utrzymał się na bezpiecznym jedenastym miejscu w tabeli. W trzy lata zespół przeszedł drogę od występów na zapleczu Bundesligi do gry w europejskich pucharach i zapewnienia sobie statusu solidnego ligowca, który potrafi urwać punkty Bayernowi Monachium i Lipskowi czy pokonać Borussię Dortmund. Nad Koelner Dom ponownie zaświeciło słońce, a w jego blasku ogrzewał głowę w kaszkiecie charyzmatyczny Baumgart.

Kolonia grała atrakcyjny dla oka futbol nastawiony na intensywność i stwarzanie wielu okazji bramkowych po dośrodkowaniach z bocznych sektorów. Dzięki temu drugą młodość w wieku 34 lat przeżył Anthony Modest, strzelając 20 goli. Zapracował tym na przenosiny do Dortmundu. W trzy sezony Kozły zarobiły blisko 40 mln euro wyłącznie z transferów, dzięki czemu zredukowano długi klubu o 15 mln euro. Niemniej jednak FC Koeln nadal ma ponad 50 mln euro zaległych zobowiązań i to jeden z głównych czynników, dlaczego zespół znajduje się na przedostatnim miejscu w tabeli.

Klopp dla ubogich. Steffen Baumgart wzorem dla trenera każdej słabej drużyny

Bieda wyznacznikiem gry

Gdy tracisz najlepszego napastnika Modeste’a, dwóch środkowych pomocników: Saliha Oezcana, Ellyesa Skhiriego, kapitana i lewego obrońcę: Jonasa Hectora ciężko oczekiwać, że nadal będzie się punktowało na takim samym poziomie bez odpowiednich wzmocnień. Te nie nastąpiły, bo Kolonia ma finansowo związane ręce. W kwestii uporządkowania zespołu przy ograniczonym budżecie zaufano Baumgartowi, który jak mało kto, wie co to życie bez pieniędzy. Po zakończonej karierze piłkarskiej w 2009 roku dalej wiódł beztroskie życie. Szybko okazało się, że pieniądze zarobione w średniakach pokroju Magdeburga, Energie Cottbus czy Hansy Rostock, błyskawicznie się rozpłynęły. Tylko dzięki wsparciu finansowemu swojego przyjaciela mógł pozostać przy piłce. Zaczął od małych klubików jak SSV Koepenick-Oberspree czy Berliner AK, by przenieść się na cztery lata do SC Paderborn, gdzie zrobił wynik ponad stan i zapracował na przenosiny do Kolonii.

Te doświadczenia ukształtowały trenerską postawę Baugmarta jako człowieka wiecznie optymistycznego, ale również oczekującego dużego poświęcenia. Wie, że dzięki odpowiedniemu nastawieniu i ciężkiej pracy można wiele osiągnąć, czego sam jest przykładem. Na to samo liczy od piłkarzy. I o ile w ostatnich dwóch sezonach potrafił wykrzesać wiele ze swojego zespołu, o tyle teraz jest z tym ogromny problem. W szatni panuje nerwowa atmosfera. Nie ma już zabaw z przebieraniem się w różowe jednorożce czy grupowe zakładanie kaszkietów. Ostatnie konferencje prasowe to wielominutowe tyrady Baugmarta o złej grze jego zespołu.

Gówniane położenie i brak zgody na rezygnację

Znajdujemy się gównianym położeniu. Nie nagradzamy siebie za swój trud. Chłopcy próbują wielu rzeczy, dlatego nie będę wszystkiego krytykował, ale też nie będę niczego słodził. Musimy grać lepiej! – powiedział po ostatnim gwizdku meczu z VfB Stuttgart. Było to drugie z czterech spotkań, w którym Kolonia nie strzeliła gola.

Jestem kimś, kto stał za chłopakami przez długi czas i nadal będzie to robił. Ale w pewnym momencie przychodzi czas na pracę. Przychodzi czas na zrobienie tego, czego się od kogoś żąda. Jeśli niektóre osoby tego nie rozumieją, muszę wyrazić się jeszcze jaśniej. Jeśli ktoś nie rozumie, co oznacza Bundesliga, muszę to wyjaśnić. To najwyższa liga. Jesteśmy dumni, że w niej jesteśmy, ale żeby w niej nadal występować wszyscy muszą ciężko pracować. Właśnie to pragnę zobaczyć! Nie chcę zwieszania głów i rezygnacji pięć minut przed końcem połowy – zaczął swój monolog niczym Giovanni Trapattoni szkoleniowiec w kaszkiecie.

Porażki i błędy są częścią futbolu i można nad nimi pracować. To, co jest niezmienne to mowa ciała. Po raz pierwszy podczas mojego pobytu tutaj doświadczyłem takiej rezygnacji. Mowa ciała, postawa, mentalność – wszystkie te rzeczy są częścią futbolu. Jeśli na boisku nie pokażesz właściwej mowy ciała, masz problem. Byłem zawodnikiem, który odniósł sukces wyłącznie dzięki temu. I to właśnie uosabiam jako trener. Jeśli mój zespół swoją mową ciała uosabia porażkę, naprawdę się wściekam. Więcej na to nie pozwolę! Nie toleruję tego i nie chcę tego tolerować – grzmiał na konferencji prasowej po przegranym 0:6 meczu z Lipskiem.

Drzemka lekiem na problemy?

Ten wybuch miał pomóc zmobilizować zawodników do intensywniejszej pracy. Nie pomógł. Kolonia odpadła z Pucharu Niemiec, przegrywając 2:3 z drugoligowcem z Kaiserslautern. Mimo to ani działacze, ani sam szkoleniowiec nie myślą o zmianie. Wciąż obie strony twierdzą, że tylko w takim układzie Kozłom uda się utrzymać w Bundeslidze.

Nie wyobrażaliśmy sobie, że w sześciu kolejkach zdobędziemy jeden punkt. Ale nasze motto się nie zmienia. Nie poddamy się! Nie ma innego rozwiązania. Do pytania o utrzymanie możemy wrócić po 34. kolejkach, a nie po sześciu! – mówił dyrektor sportowy Koeln Christian Keller, cytowany przez „11Freunde”. – Bardzo lubię swoją pracę. Moja energia jest nadal na najwyższym poziomie. Nie chcę niczego zmieniać – wtórował mu Baugmart, przywołany przez „Bilda”.

Pytanie, jak długo Baugmartowi wystarczy optymizmu, a działaczom Koeln cierpliwości do trenera. Po dziewięciu kolejkach Kozły uzbierały cztery punkty. Zdobyły tylko siedem bramek, co jest najgorszym wynikiem w Bundeslidze. Jeśli taki stan rzeczy się utrzyma, nie będzie innego rozwiązania niż rozstanie.

W Moguncji i Kolonii wybiła już ósma w poniedziałek po najlepszej imprezie ostatnich lat. Die Nullfuenfer poddali się kacowi i w takim samym układzie już się nie spotkają. Kozły włączyły jeszcze drzemkę w nadziei, że pomoże ona wstać na nogi. Najbliższe tygodnie pokażą, czy było to tylko mydlenie rzeczywistości, a Baugmart skończy podobnie jak Svensson.

WIĘCEJ O BUNDESLIDZE:

Fot. Newspix

Urodzony z piłką, a przynajmniej tak mówią wszyscy w rodzinie. Wspomnienia pierwszej koszulki są dość mgliste, ale raz po raz powtarzano, że był to trykot Micheala Owena z Liverpoolu przywieziony z saksów przez stryjka. Wychowany na opowieściach taty o Leszku Piszu i drużynie Legii Warszawa z lat 80. i 90. Były trzecioligowy zawodnik Startu Działdowo, który na rzecz dziennikarstwa zrezygnował z kopania się po czole. Od 19. roku życia związany z pisaniem. Najpierw w "Przeglądzie Sportowym", a teraz w"Weszło". Fan polskiej kopanej na różnych poziomach od Ekstraklasy do B-klasy, niemieckiego futbolu, piłkarskich opowieści historycznych i ciekawostek różnej maści.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Komentarze

1 komentarz

Loading...