post Avatar

Opublikowane 25.03.2020 11:26 przez

Jakub Olkiewicz

Trzy lata temu powstały dziesiątki, może i setki tekstów wspominających Pawła Zarzecznego. Przypominamy najlepszy z nich, po prostu. Krzysztof Stanowski, który z Pawłem zjadł kilkanaście beczek soli w bardzo osobistym tekście. Wesołe historyjki, ale i gorzkie refleksje, zresztą – przeczytajcie po prostu sami. To bez wątpienia najlepsza lektura na trzecią rocznicę śmierci naszego dziennikarza.

***

Słuchaj Stanek, mam prośbę!
– Noooooo – odpowiadam znudzonym głosem.
– Napisałbyś mi pożegnanie.
– Jakie pożegnanie?
– No, moje. Nekrolog. Napisz mi taki tekst, jakbym umarł i mi wyślij, ok? Tylko wiesz, postaraj się, nie na kolanie, dobra?
– Czy cię, Pawełku, posrało?

Taki oto dialog mieliśmy ze trzy lata temu.

Stanek, weź mi napisz i już. To dla mnie ważne – kontynuował.
– Ale o co ci chodzi? Jaki nekrolog, jakie pożegnanie? Dlaczego mam pisać, że umarłeś?
– Bo chodzi o to, że jak już umrę, to nie przeczytam, co o mnie napisałeś. Sam rozumiesz, prawda? – trudno było mu odmówić logiki, rozumiałem. – No więc to jest bez sensu, że te wszystkie teksty, kto kim był i jak żył, ukazują się zawsze minimum dzień za późno. Ja bym chętnie przeczytał taki o sobie, a ty napiszesz szczerze, a cała ta reszta nudziarzy strzeli jakieś hagiografie. To weź mi tak napisz coś ładnego, tak jak umiesz, sam jestem ciekaw co z tego wyjdzie. No i wyślij mi na maila. Jakbyś się wyrobił przed środą, byłoby wspaniale. Buźka!

Oczywiście była to jedna z wielu próśb, których nie spełniłem. W sumie szkoda, bo może odesłałby z poprawkami i w ten sposób mielibyśmy pierwszy w dziejach tego typu tekst zredagowany przez nieboszczyka.

*

Zdaje mi się, że Paweł zawsze chciał sfingować własną śmierć właśnie po to, aby przekonać się, co tak naprawdę sądzą o nim ludzie, sprawdzić, kto przyjdzie na pogrzeb i kto uroni łzę. Jako że nie został doceniony za życia w tym stopniu, w jakim jego zdaniem na to zasługiwał, docenienie po śmierci stawało się jego obsesją. Często mówił, co to będzie, gdy już umrze, jak bardzo zatęsknimy, jak zmienimy zdanie na jego temat i ile zdań napisanych czy wygłoszonych wreszcie zrozumiemy.

Pierwsza myśl: a może właśnie to się stało? Może wdrożył swój plan w życie? Może udaje, że umarł i śmieje się, siedząc w piwnicy i pijąc „Warkę”? Byłby w stanie porwać się na takie szaleństwo.

Druga myśl: no nie, bo jeśli ktoś naprawdę miał umrzeć, jeśli któremuś z moich znajomych miałbym przewidzieć śmierć, to jego wskazałbym jako pierwszego. Paweł i długo, długo nikt. Nawet w tym wyścigu był najlepszy.

Wiesz co Paweł, chciałeś, żebym coś o tobie szczerze napisał… No więc byłeś spaślakiem, grubasem, pierdolonym obżartuchem, który jako pierwszy człowiek w dziejach całkowicie wykluczył z diety wodę, a postawił w stu procentach na piwo. Nawet jak się dowiedziałeś, że masz cukrzycę i sto innych chorób, to po prostu oprócz reklamówki z browarami zacząłeś też nosić reklamówkę z lekarstwami, jakby popijanie jednego drugim miało wystarczyć. I o to mam do ciebie pretensje, a wręcz jestem wkurwiony. Wkurwiałeś mnie, przychodząc zrobiony na program. Wkurwiałeś mnie, pisząc kolejny felieton po pijaku. Wkurwiałeś bardzo często. Ale nie dlatego, że program źle wyjdzie albo ludziom nie spodoba się tekst. Wkurwiałeś mnie, bo wiedziałem, jak to się skończy. I wiedziałem, że ty też wiesz.

Gdy prosto na ścianę pędzi zwykły debil, wzruszam ramionami. A ty – no cóż – popełniłeś moim zdaniem takie powolne, kontrolowane, długo wyczekiwane samobójstwo. Byłeś zbyt mądrym człowiekiem, by w takiej sprawie nie dodać dwóch do dwóch i nie przewidzieć zakończenia.

O, to właśnie najbardziej chciałem ci napisać, bo nigdy nie zwyzywałem cię wystarczająco za to, co ze sobą robisz, mimo że miałem na to tysiąc razy ochotę.

*

Widziałeś w „One Man Show” jak Paweł przewidział własną śmierć? Ale trafił – powiedziałem w sobotę do Przemka Rudzkiego.
– Wiesz, przy całym szacunku dla jego zdolności wizjonerskich, w końcu musiał trafić, bo przewidywał ją minimum raz w tygodniu – odparł nie bez racji.

Czasami miałem wrażenie, że Paweł sam był zaskoczony, że udało się przeturlać przez jeszcze jeden tydzień. Że po prostu nastał ranek, a on otworzył oczy. Nielogicznie – tak intensywnie niszczyć samego siebie i bez skutku. Wiele osób kupowało tę jego pozę – człowieka szczęśliwego, wesołka, lekkoducha, bawidamka. A moim zdaniem za tą maską często krył się człowiek smutny i niespełniony, złamany już na starcie. Często, bo nie zawsze. On faktycznie był rzadko spotykaną plątaniną charakterów i postaw. Był słodko-gorzki. Zdarzało się, że zapominał o problemach i żalu i wtedy był ośmiolatkiem, który dostał pierwszy w życiu rower. Ale zdarzało się, że miał te swoje 56 lat i niósł cały ten ciężki bagaż.

Myślę, że odpowiedzi na wszystko, co zdarzyło się później, trzeba szukać w dzieciństwie – gdy na oczach Pawła jego ojciec siekierą zabija matkę, a później się wiesza. Mały Paweł ucieka w książki, w naukę, w historię, w te wszystkie alternatywne światy, które pozwalają mu funkcjonować w innych wymiarach. Później znowu – w domu dziecka – otacza go przemoc i on znowu ucieka w lektury. Bo gdyby po prostu został tutaj, na Ziemi, między zwykłymi ludźmi i rówieśnikami – to zwariowałby od razu. Dużo więc czyta, chłonie, a na sprawy przyziemne ma całkowicie wywalone – nie ma już nic, co go rusza. Wszystko może obśmiać, okpić, każdego obrazić, albo złamać każdą zasadę. Bo co mu zrobią? Wszystko co najgorsze już się dokonało. Pozostaje więc bezczelnym chłopakiem z podwórka, ale jednak z głową pełną wiedzy.

Musicie więc wiedzieć, że Paweł był naprawdę intelektualnym tytanem, największym z największych. Aż mi się przypomniała taka scenka sprzed kilku tygodni, z czasów programu „Stan Futbolu”. W grudniu zmarł mój teść, w styczniu do Hiszpanii zabrałem teściową. Paweł pytał, jak się ona trzyma, co robimy na co dzień i tak dalej. Mówię mu: – Ona lubi sztukę, zawiozłem ją niedawno do muzeum Prado w Madrycie.

Nie wiem, czy Paweł był kiedyś w Prado. Nie sądzę. Jeśli był w Madrycie, to w barze, potem ewentualnie w jakiejś agencji towarzyskiej, ale najpewniej po prostu w kolejnym barze. Natomiast z książek wiedział o tym miejscu wszystko.

Siedzimy przy znanym wam z telewizji stole, wchodzimy na antenę za dziesięć minut. Obok albo Karol Klimczak z Lecha Poznań, albo Dariusz Marzec z Ekstraklasy SA, nie pamiętam już, który to odcinek. I Paweł mówi: – Tam są wspaniałe obrazy Velazqueza oraz Goi. Velazquez to głównie portrety, ale Goia to też scenki.

I zaczyna opowiadać o problemach z proporcjami na niektórych obrazach, zwłaszcza na tych przedstawiających ludzi siedzącymi na koniach. Przez słuchawkę słyszę, że do wejścia na antenę została minuta, a Paweł pyta: – A Boscha tam teraz wystawiają? Ten to miał łeb zryty!

Zaczyna kolejną opowieść, przerwaną przez reżyserkę: „jesteście na żywo”.

*

Przez wiele lat miałem problemy ze zdecydowaniem, czy postrzegam Pawła Zarzecznego jako osobę dobrą, czy jako złą. Nie chodzi o to, czy go lubiłem, czy nie, bo zawsze lubiłem. Po prostu o to, do której grupy osób obiektywnie należałoby go zakwalifikować.

Nie był on bowiem ideałem człowieka, a jego życie rodzinne – to dorosłe – nie paprało się samo, tylko w ogromnej mierze na jego własne życzenie. Nie uznawał świętości – to jest fajne hasło, imponuje młodym ludziom, ale w życiu każdego człowieka są pewne świętości, które uznawać po prostu trzeba. W przeciwnym razie płoną mosty, także te najważniejsze. Kilka poszło z dymem.

Jednak ostatnie trzy-cztery lata to moim zdaniem przemiana Pawła. Może wynikająca z zaakceptowania faktu, że już na rynku medialnym nie będzie rozdawał kart, takim wyzbyciem się niepotrzebnych, zjadających człowieka ambicji. Przejściem do tego momentu w życiu, gdy siada się przy kominku i po prostu opowiada historie. Bez napinania mięśni i bez groźnych min.

Paweł stał się znacznie życzliwszy niż wcześniej, otwarty na ludzi, przyjemniejszy w codziennym odbiorze. Zaczął dzwonić i pytać się, co słychać. Ze szczerą ciekawością. Ileż razy mu mówiłem, że wszystko OK i że nie mam teraz czasu na głupie gadki, a on to ciągnął i ciągnął, aż musiałem brutalnie przerywać. Zwłaszcza, że zawsze schodził na ten sam temat: – A kiedy „akcja Zosia”?

Chciał, żebym miał córkę Zosię. Powtarzał, że ja i moja żona mamy dobre geny i nie mogą się marnować. I że Leon musi mieć rodzeństwo. Zawsze mnie to krępowało: – Paweł, co ja ci mam powiedzieć? Pytasz czy uprawiam seks, czy co?

Każda rozmowa kończyła się tak samo: – A kiedy „akcja Zosia”?

Dzieci to w ogóle była jego zajawka. Jaką ma mądrą córkę, jakiego sprytnego syna. Rozpierała go duma, gdy o nich mówił. Wszystko w życiu było głupotą, wszystko teatralną sztuką, wszystko było fatamorganą, ale dzieci były naprawdę.

*

No więc Paweł bywał różnym człowiekiem, takim z krwi i kości, upadającym i wstającym, ale w ostatnich latach – dobrym. Takim naprawdę dobrym. Ciepłym. Kiedyś – zimny skurwiel, cynik. Ale potem nastąpiła przemiana. On naprawdę zaczął wszystkim wokół życzyć dobrze. I wybaczał, godził się, nie chował urazy. Mówił: „winy przeciwko mnie są nieprzedawnione”, a potem z automatu przedawniał wszystkie.

Poznaliśmy się w „Przeglądzie Sportowym”. Miałem pewnie z 16 lat, już dobrze nie pamiętam, i o dziwo w „PS” wylądowałem przed nim. On przyszedł jako uznana postać, od razu na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. Byłem zdziwiony, że gdy nas sobie przedstawiono, wiedział o moim istnieniu.

Cztery lata później wysłał mnie na finały mistrzostw świata do Korei i Japonii. Nie dlatego, że mnie lubił, bo nawet mnie jakoś dobrze nie znał, a z innymi biesiadował. Po prostu wiedział, że mu ten mundial dobrze obsłużę. Przyślę dużo tekstów, wszystkie na czas, będzie wstęp, rozwinięcie i zakończenie, przecinki gdzie trzeba. Bo to, że Paweł nie uznawał świętości objawiało się w każdym wycinku jego życia – nie uznawał na przykład takich świętości, że polecieć powinien ktoś z większym stażem i zasługami. On, jako osoba odpowiedzialna za gazetę, chciał mieć święty spokój i możliwie najlepsze artykuły. Hierarchię miał w dupie jak wszystko inne, za wyjątkiem wyników sprzedaży.

U mnie demokracja nie istnieje. Ja rządzę, a jak coś wam nie pasuje, możecie sobie popierdolić o tym w kuchni – mówił.

Różny był wtedy „Przegląd Sportowy”. Bywał świetny, bywał fatalny, Paweł jak we wszystkim w życiu, tak i w robieniu gazety potrafił się zatracić i przekroczyć granicę dobrego smaku („Sraczka w Legii” na okładce), ale trzeba było przyznać jedno: to była gazeta z zębem. Czasami gryzła za mocno i nie zawsze właściwą osobę, ale chociaż gryzła, zamiast przeżuwać.

Bo jak sam Paweł mówił: „Najgorsza jest obojętność. A jeśli czytelnik we wszystkim się z gazetą zgadza, to jest to dla gazety duży problem”.

*

W tamtych czasach stosował taktykę rodem z boksu: przypierdol i odskocz. Mówił: – Dobra, dzisiaj go skrytykowaliśmy, to jutro pochwalmy, żeby sam nie wiedział, o co chodzi.

Ale takie tylko wydawał rozkazy. Sam zdecydowanie częściej wolał soczyście przypierdolić. Tylko że z wdziękiem, ze swadą. Jak wtedy, gdy w chwili triumfu Jerzego Engela i jego kadry napisał prorocze słowa, których nikt inny nie odważyłby się puścić drukiem w gazecie: „Panowie, jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach”.

*

To był geniusz słowa, erudyta. Musielibyśmy się wszyscy drugi raz urodzić, by przeczytać tyle książek, ile on przeczytał – i jeszcze ze cztery razy, by tyle ich zapamiętać, ile on zapamiętał. Nie wiem, jak on magazynował w głowie te wszystkie postaci, cytaty, wydarzenia, którymi mógł rzucać z niebywałą lekkością. I co najważniejsze – zawsze we właściwym momencie. Dalibyście mi tydzień na dobranie cytatu do jakiegoś zdarzenia i bym nie dał rady tego zrobić tak dobrze, jak on robił to od ręki. Komputer w głowie.

Chociaż jeśli chodzi o czytanie, przypomina mi się taka scenka…

A wiesz, miałem teraz sporo wolnego czasu. Uznałem, że przeczytam jeszcze raz tych wszystkich Mickiewiczów, Słowackich, Sienkiewiczów… No, walnąłem komplet przez wakacje. I wiesz co? – zapytał.
– Co?
– Okazało się, że jak sam nie napiszę, to nie poczytam. Chała.

Siedzieliśmy wtedy przed jego domem, w Zalesiu, Paweł sprowadzał do poziomu gówna wszystkich największych polskich pisarzy. Z kolei jego pies – z wyglądu groźny jak diabli – biegał sobie po okolicy. Podszedł wnerwiony sąsiad.

Dlaczego ten pies biega bez kagańca?
– A dlaczego ma biegać w kagańcu?
– Bo może kogoś pogryźć!

W duszy przyznałem rację sąsiadowi, ten pies to było bydle.

A dlaczego pan jest bez kagańca? – zapytał nagle Paweł.
– Słucham?!
– Statystycznie rzecz biorąc, ludzie na ludzi napadają znacznie częściej niż psy na ludzi, więc zgodnie z tym rozumowaniem pan pierwszy powinien założyć kaganiec.
– Co pan powiedział?!
– No sam pan widzi, kto tu jest agresywny – skwitował Paweł i sięgnął po piwko.

*

Myślę, że słowo „bajkopisarz” jednak go trochę obraża. Bardziej pasuje – „bajarz”. On nie tyle w swoich tekstach często zmyślał, ile nie przejmował się faktami, które uważał w danym momencie za nieistotne lub po prostu psujące całkiem przyjemną narrację.

Kilka tygodni temu do niego mówię: – Paweł, opowiadasz jakieś bzdury, że PSG sprzedało mecz Barcelonie. Sam w to nie wierzysz, a ludzie cię słuchają. Po co to?

A on na to: – Pewnie, że nie wierzę, ale każdy może powiedzieć, że PSG nie sprzedało. A że sprzedało, to mogę powiedzieć tylko ja!

Był człowiekiem, który w piłce i w ogóle w życiu tyle widział, iż kolejne mecze, kolejne sezony, kolejni piłkarze – to wszystko mu powszedniało. Kiedy więc snuł swoje opowieści, nie należało zwracać uwagi, o jakim konkretnie zawodniku mówi z jakiego klubu. Mógł na potrzebę chwili podstawić dowolnych bohaterów, zgadzać miało się przesłanie. Pawła trzeba było umieć czytać i słuchać. Kto próbował robić to dosłownie, ten przegrywał. Jak w starych bajkach – więc może jednak „bajkopisarz”? – z reguły chodziło o morał.

Denerwowałem się czasami, że czytelnicy tego nie rozumieją. Tego przerysowania, stawania okoniem tylko po to, by rzucić na sprawę inne światło. Kiedy wszyscy mówili „to jest czarne”, on mówił „to jest białe”. Nie dlatego, że uważał, iż to jest faktycznie białe, lecz dlatego, by zwrócić wszystkim innym uwagę, iż tamta czerń nie jest do końca czernią, lecz po prostu bardzo, bardzo ciemną szarością. Tak, trzeba było umieć go czytać. Zastanowić się, co faktycznie chce przekazać i dlaczego.

Nie zgadzam się! Głupoty pisze! – to prostackie. Z Pawłem można się było nie zgadzać, on sam się z sobą celowo nie zgadzał. Zazwyczaj chodziło jednak o to, by przy okazji czytelnik leciutko nie zgodził się także z samym sobą, troszkę zmodyfikował wcześniejszą opinię. Albo chociaż poczuł ożywczy intelektualnie zamęt w głowie.

*

Zwykł mawiać: „wszystko już było” – dlatego też niespecjalnie ekscytował się kolejnymi sportowymi wydarzeniami. W każdym doszukiwał się kalki z przeszłości, za wyjątkiem wygranego meczu z Niemcami na Stadionie Narodowym, gdy rozpłakał się jak dziecko. Raz jeden nie mógł powiedzieć, że „wszystko już było”. A on nawet własną śmierć sprowadziłby do tego stwierdzenia. Powiedziałby: – Co to w ogóle za temat? Geniusz umarł? Einstein też umarł! Wszystko już było!

W ten sposób dochodzimy do jego narcyzmu. Tego nigdy do końca nie rozgryzłem. Wciąż nie wiem, na ile Paweł w sobie zakochany był, a na ile udawał. Na ile stworzył postać, którą po prostu odgrywał. Nie wiem. Ale bywał w tym uroczy.

Nie ukrywam, że jakoś na początku roku często się na niego denerwowałem. Pisał teksty, które tak naprawdę nadawały się tylko do śmieci, a nie do publikacji. Nie przykładał się, nie trzymał poziomu. Napisałem mu to, grałem na ambicji, chciałem go podłączyć pod prąd. Wprost go informowałem – to gówno jest, a nie felieton.

Odpisał: „masz rację”. Zdziwiłem się.

Po chwili odpisał znowu: „Ale i tak lepszego nie napiszesz”. Uśmiechnąłem się.

A potem napisał tekst i całą tę moją złość na zawsze rozładował. Jak to on – kilkoma głębokimi zdaniami:

Kolega mi doradził, jak pisać felietony. Mądrze, dowcipnie, merytorycznie, długo, z pasją… Przemyślane.

Ja bym bardzo chciał, wierzcie, problem w tym, że każdy człowiek się zużywa. Jak bateria. Ślepnie, głuchnie, za autobusem nie pobiegnie.

Życie. Kto tego nie pojmuje, nie zrozumie nigdy własnych rodziców.

Kiedyś – z rok wcześniej – podjąłem inną próbę walki o jakość jego tekstów. Odpisał mi: „To tak jakbyś recenzował Hemingwaya, przykre”. I po chwili: „Kopernik musiał mieć przejebane”. I znowu po chwili: „A Galileusza skazali na stos, taki z ognia, a Sokratesa na wypicie trucizny”.

Puszczał oko i porównywał się z największymi.

*

Kochał życie. Kochał też przechwałki. Nikt do końca nie wiedział, którą z opowieści należy potraktować poważnie i czy w ogóle którąkolwiek. Co się rzeczywiście zdarzyło, a co jest tylko cudowną fikcją. Zdarzały się jednak sytuacje, które nagle rzucały wszystkich adwersarzy o glebę.

Na przykład taka z „Dziennika”, gdzie też pracowaliśmy razem. Jak się weszło drzwiami, do działu sportowego naszej gazety należało przejść ze 20 metrów prosto, a z kolei 10 metrów po prawej od drzwi był dział sportowy „Faktu”. Tam urzędowała sekretarka. Dziewczyna przed 30 rokiem życia, młodzież by powiedziała, że solidne 7/10, z obfitym i z reguły niezbyt ukrytym biustem, więc spora część dziennikarzy nie odrywała wzroku.

Natomiast Paweł nigdy nawet nie rzucił okiem.

Wchodził, albo raczej wtaczał się, kierował się prosto do swojego biurka, siadał i mówił z grymasem: – Nogi bolą, bardzo bolą.

Tak dzień w dzień – 20 metrów na wprost, krzesło: – Nogi bolą, bardzo bolą.

A potem była impreza firmowa, koło knajpy pieniek. Paweł usiadł, w czym nie było nic dziwnego, pewnie bolały go nogi. Ale na Pawle siedziała owa sekretarka i…

No, tak właśnie. Przestaliśmy traktować jego opowieści jako fantastykę.

*

Na pewno jednak dużo grał. Grał bogatego, którym nie był. Opowiadał o cudzych domach i cudzych samochodach, jak o swoich. To wszystko kreacja, pomagająca mu w codziennej pracy. Prawda jest taka, że bywały lata, gdy ze znalezieniem pracy miał ogromne trudności, a w tylnej kieszeni wcale nie nosił miliona dolarów, tylko bilet na tramwaj. Niby wszyscy go lubili, ale na dystans, jeśli się spotkać to najlepiej przypadkowo i góra na godzinkę. Z jednej strony miał prawo czuć się rozżalony, że on – człowiek o takiej wiedzy, medialny potwór i mistrz wszech wag – nie może liczyć na wystarczająco nobilitującą posadę. Z drugiej – sam sobie zamykał kolejne drzwi. Pijaństwem. Delegacjami, w które jechał i z których zapominał przesłać teksty (za to przesyłał pocztówki). Hotelami, w których się barykadował, podając się za Andrzeja Szarmacha. Wreszcie – chadzaniem własnymi ścieżkami, bez słuchania instrukcji i poleceń, niesubordynacją. Całym tym stylem utracjusza, który był czarujący, ale nie z punktu widzenia przełożonego.

Paweł, od pięciu dni do ciebie dzwonię. Nie nadałeś tekstu! Daj mi coś podyktuj – krzyczał do słuchawki Kaziu Marcinek, podczas kolejnej zawalonej delegacji.
– Dobrze, notuj. W bramce zagra Matysek, w obronie Bąk, a dalej sobie dopisz. Muszę kończyć.
– Ale Paweł!
– Nie popisuj się Kaziu, nie popisuj się. Buźka! Ściskam! Pa!

(abonent czasowo niedostępny)

Rozumiałem obie strony – Pawła zdziwionego, że nie ma pracy i pracodawców, którzy nie chcieli mu jej dać.

Niedawno rozstawałem się z Eleven. Przedstawiciel stacji próbował wtedy rozbić nasz duet. Wziął Pawła na rozmowę i zaczął go mamić pieniędzmi, a Paweł pieniędzy potrzebował – chociażby po to, żeby opłacać córce studia w Anglii (jemu samemu wystarczyło szesnaście puszek „Warki” dziennie). W Eleven mieli przez moment plan robienia mojego programu, ale beze mnie.

Co ja mam zrobić? – spytał mnie Paweł przez telefon.
– Jeśli pytasz mnie, czy rozczaruję się tobą, jeśli dalej będziesz tam chodził do programu, to moja odpowiedź brzmi: tak, rozczaruję się. Ale jeśli potrzebujesz pieniędzy, to nic mi do tego.

Zadzwonił po trzydziestu minutach: – Pierdolić te pieniądze. Zawsze razem.

*

Teraz chwila przykrej dla mnie szczerości. Są oferty na „Stan Futbolu”. Jedna z telewizji powiedziała: – Chcemy to, ale bez Zarzecznego.

Bez niego i już, warunek nie do przeskoczenia. Wszystko inne jest negocjowalne, ale to akurat nie.

I wiecie co? Pomyślałem sobie – rozumiem ich. Prawda jest taka, że Paweł coraz częściej był niedysponowany i przeszkadzał zamiast pomagać. Nie każda telewizja przymyka na to oko. Brałem pod uwagę przyjęcie warunku, mimo tamtego telefonicznego „zawsze razem”. Zastanawiałem się, rozważałem, radziłem. Napisałem Kubie Olkiewiczowi: – Waham się, to trochę zostawienie swojego człowieka na polu bitwy.

Nie wiem, jaką decyzję bym ostatecznie podjął, bo żadnej podjąć niestety nie zdążyłem.

*

Ostatnio w ogóle kilka razy Pawła zawiodłem. Nie wiem, o co chodziło mu z tym odcinkiem numer 500, dlaczego chciał robić z tego jubileuszu tak wielkie wydarzenie, po co ta pompa. Prosił mnie, bym nagrał życzenia. Nie miałem pomysłu, wszystko wydawało mi się takie banalne – nie nagrałem w ogóle. Pomyślałem: – Nagram na odcinek numer 1000.

A teraz patrzę na ten moment, gdy on na wstępie mówi, że odcinek numer 500 i więcej może już nie być, bo umrze. Przypominam sobie, jak zabiegał, by mu te życzenia wysłać, co było nie w jego stylu. Wręcz… błagał? Więc powiedz mi teraz, Pawełku. To był jakiś plan? Wiedziałeś, co się stanie następnego dnia? Tak miało być? Chciałeś się pożegnać ze mną, z Rudim, z chłopakami? Po co cała ta celebra? Nie mogło przecież chodzić o pracę. Nigdy nie przejmowałeś się pracą.

Zastanawiam się, kiedy ostatni raz tak dłużej rozmawialiśmy, co dziś faktycznie można byłoby uznać za pożegnanie. Było lato, pamiętasz? Jechałem z żoną na działkę, pomyślałem, że siedzisz sam i że po ciebie podjadę. Pojechaliśmy pogrillować, popatrzeć na biegającego Leona, powspominać. Przyjechał teść i przywiózł whisky. Bardzo był dumny przed kolegami w pracy, że gościł na działce tego słynnego Pawła Zarzecznego.

W grudniu umarł, w marcu umarłeś ty. Mam nadzieję, że polewacie tam sobie nawzajem.

*

Trudno się pisze nekrologi, wiesz? Wiem, że wiesz. Pamiętam, jak zmarł Kazimierz Górski. Naczelny chciał o tym dwie strony, koniecznie twojego autorstwa. Gazeta miała odjechać o 21:00.

O 20:50 przybiegł spanikowany sekretarz redakcji, by sprawdzić, czy już poprawiasz literówki. Tymczasem ty jadłeś golonkę, a na monitorze widoczne było tylko jedno zdanie: „Zmarł Kazimierz Górski”. Więcej nie dałeś rady.

Paweł, a co z tekstem? – zawołał przerażony.
– Zjeść też trzeba – odparłeś, nawet nie podnosząc głowy znad talerza.

*

Chciałeś zobaczyć własną śmierć? Wszedłem na Twittera, na Weszło, na Onet, na Gazetę, na Interię… Byłbyś zadowolony. Piszą, że odszedł ktoś wielki. Hejterzy pochowani w norach, a normalni ludzie przed klawiaturami. Tak jak chciałeś. Skurczybyku, znowu ci się udało.

KRZYSZTOF STANOWSKI

PS Mamy mało wspólnych zdjęć. To główne zdjęcie pochodzi z mojego wesela. Paweł w oczepinach złapał rzucaną przeze mnie muchę, dzięki czemu mógł przetańczyć noc ze świadkową.

Zrzut ekranu 2017-03-26 o 11.54.25

Opublikowane 25.03.2020 11:26 przez

Jakub Olkiewicz

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 3
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
fachowiec
fachowiec

„Ale na Pawle siedziała owa sekretarka i…”

Łooo, ale dziś mógłby mieć procesy, gdyby owa sekretarka sobie po 10 latach przypomniała, że taka sytuacja miała miejsce i że tak w sumie to ona ma gigantyczną traumę i sra pod siebie i korzysta z pomocy psychiatry, psychologa i egzorcysty (no chyba że dostanie trochę kaski, to wtedy nie).

Kto wie, skoro lubi „rzucać odmienne światło na sprawy”, to może dziś byłby jedynym, który broni pewnego Pytona z Przeglądu, który x lat temu ośmielił się po pijaku dotknąć (nie wiadomo czy na pewno) nogę koleżance , a banda śmieci chce go linczować (tfu na was wszarze).

Zwłaszcza biorąc pod uwagę treść felietonów podpisanych przez „Paulo River” na nieistniejącej już , niezbyt ambitnej stronie „Wyszło”.

Pedro
Pedro

Co z Rudzkim zrobiliście, że go nie ma w misji futbol?

warka2
warka2

Działa w konkurencyjnym kanale Misja DickBall.

Weszło
06.06.2020

Kamil Drygas wraca na teren jak po swoje

Pogoń po kilku tygodniach beznadziei doczekała się pozytywnych informacji. Pierwsza, ta najważniejsza – „Portowcy” wygrali po sześciu meczach bez zwycięstwa. Druga – do formy wraca Kamil Drygas. To jego bramka (i ciasteczko od Listkowskiego) była ozdobą meczu, a wręcz… No nie darujemy sobie wbicia szpilki – ta akcja była jedyną rzeczą, na którą w meczu […]
06.06.2020
Niemcy
06.06.2020

Hertha się broniła, ale jednak nie dała rady dowieźć 0:0. Borussia skromnie wygrywa

Ostrzyliśmy sobie zęby na starcie Dortmundu z Herthą, bo i BVB wygląda dobrze w lidze – tylko Bayern po restarcie okazał się mocniejszy – i klub ze stolicy zaskakuje. To już chyba nie jest ta ekipa co wcześniej. Bruno Labbadia zebrał tych piłkarzy do kupy, Hertha punktuje i nie męczy buły, potrafiła przecież ograć Union […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Czy znajdzie się ktoś, kto wreszcie odstawi go od składu?

Macie czasami tak, że podczas oglądania horrorów nie możecie nadziwić się temu, jak durne decyzje podejmują główni bohaterowie? Właściwie sami proszą się o problemy i wychodzą prosto w ramiona potwora czy seryjnego mordercy. Mamy tak samo, gdy widzimy, że Dariusz Żuraw po raz kolejny wystawia w pierwszym składzie Karlo Muhara. To już nie jest upartość, […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Radosna twórczość Zagłębia i Lecha w tyłach? Radość dla naszych oczu

Takie popołudnia z Ekstraklasą to czysta przyjemność. Jasne, w dużej mierze mecz Zagłębia Lubin z Lechem Poznań oglądało się tak fajnie dlatego, że obie ekipy miały duże braki w defensywie i nie imponowały dyscypliną taktyczną. „Kolejorz” w pierwszej połowie stworzył ze swojego środka strefę całkowicie zdemilitaryzowaną, robiąc przeciwnikowi mnóstwo miejsca w każdej akcji. Ale z […]
06.06.2020
Włochy
06.06.2020

Dlaczego zawsze on? Brescia rozwiązuje kontrakt z Balotellim

„Dlaczego zawsze ja?” – pytał Mario Balotelli poprzez legendarny już niemalże napis na koszulce. Było to dziewięć lat temu. Włoch, wówczas napastnik Manchesteru City, zdobył otwierającą bramkę w derbach miasta, ostatecznie wygranych przez „Obywateli” 6:1. Można powiedzieć, że to pytanie stało się niejako podsumowaniem kariery Balotellego. Bo jeżeli w świecie futbolu odgrywa się jakiś skandal, […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Robert Janicki Napoleonem Warty. Poznaniacy uciekają Stali

Odkąd pierwszoligowcy wrócili na boiska, obserwujemy dziwną zasadę. Otóż na zapleczu Ekstraklasy bardzo poważnie podchodzą do dawkowania emocji. Zwykle jeden dobry mecz na dzień to maksimum, na jakie możemy liczyć. Znakomite potwierdzenie tej tezy miało miejsce w sobotę. Pierwszy mecz? Walka cios za cios, wysoka intensywność, kochana przez niektórych „jazda na dupie”. Drugi? Macanka, tempo […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Trzy punkty? Wisła Płock: a komu to potrzebne?

Nie powiemy, że Wisła Płock straciła zwycięstwo w Białymstoku w najbardziej frajerski sposób w tym sezonie, bo pamiętamy choćby to, co w Gdyni odwalił Raków Częstochowa, ale na miejscu Radosław Sobolewskiego rozwalilibyśmy dziś ze dwie szafki. Albo zamknęlibyśmy drzwi do autokaru przed nosem kilku delikwentów. Już mieliśmy pisać, że w Ekstraklasie wszystko po staremu, czyli […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Lewandowski pobił kolejny rekord. Tym razem swój osobisty

Fantastyczny dla Roberta Lewandowskiego był sezon 2016/17. Strzelił 43 gole, na rozkładzie miał m.in. Arsenal, Atletico, Real i rzecz jasna BVB. Wydawało się, że do tak wysoko zawieszonej poprzeczki już nie doskoczy. Tymczasem Polak w bieżącym sezonie już przebił tamten wynik. A do rozegrania ma jeszcze cztery kolejki w lidze, być może dwa kolejne w […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Szymon Sićko – następca Karola Bieleckiego w kadrze na lata?

W dniu, w którym reprezentacyjną karierę zakończył Karol Bielecki, powstało pytanie: kiedy w kadrze pojawi się jego następca? Ktoś, kto będzie dysponował piekielnie mocnym rzutem, a co za tym idzie zdobywał z lewego rozegrania dużo bramek. Przez długie miesiące wydawało się, że o takim gościu w najbliższej przyszłości możemy tylko pomarzyć. I wtedy światu objawił […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Słonikom przestało sprzyjać szczęście. Podbeskidzie wygrywa czwarty raz z rzędu

Oko za oko, ząb za ząb. Taką zasadę przyjęli dziś piłkarze Podbeskidzia i Bruk-Bet Termaliki, którzy wysmażyli nam western w samo południe. Western, bo strzelania nie brakowało, mimo że ostatecznie w Bielsku padła tylko jedna bramka. Strzelili ją gospodarze, którym chyba tylko katastrofa mogłaby odebrać awans do Ekstraklasy. W czterech wiosennych meczach „Górale” zdobyli 12 […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

LIVE: Miała być walka o mistrzostwo, jest sześć porażek z rzędu

Jeszcze parę kolejek temu Wisła Płock żyła niedalekimi wspomnieniami o fotelu lidera oraz kapitalnej jesieni, która przyniosła nadspodziewanie wysokie loty w lidze. Jagiellonia mniej więcej w tym samym czasie zerkała nerwowo za plecy, bo coraz mocniej zbliżała się do niej cała strefa spadkowa. Dziś obie ekipy zaliczają klasyczną mijankę – Jaga po trzech zwycięstwach z […]
06.06.2020
Niemcy
06.06.2020

Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jak Bruno Labbadia naprawił Herthę

Na przełomie 2019 i 2020 roku berlińska Hertha bez wątpienia aspirowała do miana jednej z najbardziej rozczarowujących drużyn Europy. Szczytem wszystkiego było starcie z FC Koeln. Goście z Kolonii przyjechali na Stadion Olimpijski w Berlinie jak po swoje i zmiażdżyli gospodarzy 5:0. Powiedzieć, że ten rezultat – z przeciętnym w sumie oponentem – dość mocno […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Łukasz Zwoliński – ile znaczy zmiana otoczenia

Stadion Pogoni Szczecin. Do bramki trafia wychowanek. Piłkarz, który – jak trafnie stwierdził kiedyś „Przegląd Sportowy” – ma wszystko, by stać się wymarzonym idolem trybun. – Gola strzelił Łukasz!!! – krzyczy spiker. (cisza) – Łukasz!!! – ponawia okrzyk, mimo że nie doczekał się odpowiedzi. (cisza) – Łukasz!!! Po trzecim razie już przyszła reakcja trybun. Nie […]
06.06.2020
WeszłoTV
06.06.2020

STAN FUTBOLU. Kusiński, Janiak, Kowalczyk, Rokuszewski, Stanowski

Jest sobota, jest godzina 11:30, a zatem zapraszamy na kolejny odcinek Stanu Futbolu. Tym razem w programie pojawi się jego tytułowy gospodarz, czyli Krzysztof Stanowski. Jego gośćmi będą: Wojciech Kowalczyk, Mateusz Rokuszewski, Michał Kusiński (były skaut Rakowa Częstochowa, dziś manager) i Mateusz Janiak (Przegląd Sportowy). Sporo ekstraklasowych i pierwszoligowych tematów do omówienia, więc będzie ciekawie! […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Dlaczego Pogoń Szczecin tak mocno spuściła z tonu?

Pogoń Szczecin od kilku lat ugruntowuje swoją pozycję w Ekstraklasie jako klub z górnej połowy tabeli. Nadal jednak nie potrafi wykonać kolejnego kroku do przodu, który oznaczałby awans do europejskich pucharów. Wydawało się, że w tym sezonie musi się wreszcie udać. Drużyna znalazła się jednak w tak głębokim dołku, że na tę chwilę zagrożona staje […]
06.06.2020
Bukmacherka
06.06.2020

Piszczek czy Piątek? Kto będzie lepszy w polskim starciu w Bundeslidze?

Łukasz Piszczek kontra Krzysztof Piątek. To starcie dnia za naszą zachodnią granicą. Doświadczony defensor niedawno z powodzeniem zatrzymał Roberta Lewandowskiego. Czy ta sztuka uda mu się z Piątkiem, który przechodzi strzeleckie odrodzenie? Sprawdźcie nasze typy na mecz Borussii z Herthą Berlin u legalnego bukmachera BETFAN! Borussia Dortmund – Hertha Berlin Ostatnie mecze bezpośrednie: WWRRW Poprzednie […]
06.06.2020
Bukmacherka
06.06.2020

Czy Zagłębie znów ogra Lecha? „Miedziowi” walczą o grupę mistrzowska

W sobotnie popołudnie w Ekstraklasie czeka nas mecz, na myśl o którym Alan Czerwiński ma spory ból głowy. Jego przyszła drużyna – Lech Poznań, przyjeżdża do obecnej – Zagłębia Lubin. Ale nie tylko o Czerwińskim warto dziś wspomnieć. „Miedziowi” muszą dziś wygrać, żeby zachować szanse na awans do grupy mistrzowskiej. Lech, żeby nie stracić dystansu […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Pogoń w kryzysie. Ile winy ponosi Kosta Runjaić?

Pogoń Szczecin długo szukała swojego wymarzonego trenera, ale jakoś nie potrafiła być stała w uczuciach. Do pojawienia się Kosty Runjaicia tylko Dariusz Wdowczyk umiał przebić barierę 500 dni na stołku, w innych przypadkach zawsze było coś nie tak. W Michniewiczu nie pasował styl, Skorża rozczarował totalnie, Moskal odszedł z powodów osobistych. Niby wszyscy wiedzieli, że […]
06.06.2020