Reklama

Kapitan z kapelusza

redakcja

Autor:redakcja

28 listopada 2019, 19:19 • 8 min czytania 0 komentarzy

Wjeżdżamy na drugie piętro stadionu Górnika. Idziemy korytarzem w lewo. Wreszcie dochodzimy do gabinetu jedynej legendy wielkiego Górnika Zabrze z lat 60. i 70., która oprócz miejsca w galerii sław, złotych medali mistrzostw Polski i wielu innych wyróżnień, dorobiła się także swojego biura na zabrzańskim obiekcie. Do biura zajmowanego przez Stanisława Oślizłę.

Kapitan z kapelusza

ZOBACZ „BLIŻEJ KLUBÓW” ZE STANISŁAWEM OŚLIZŁĄ W ROLI GŁÓWNEJ:

Były znakomity stoper reprezentacji Polski, wieloletni kapitan Górnika. Ale i jeden z najbardziej znanych kibiców tego klubu mającego w jego sercu szczególne miejsce. Tak szczególne, że choć mógłby już od wielu lat cieszyć się urokami górniczej emerytury, praktycznie codziennie jest obecny przy Roosevelta 81. Obecnie jako doradca zarządu, wcześniej między innymi kierownik sekcji, rzecznik prasowy, asystent trenera, a w dwóch spotkaniach nawet pierwszy szkoleniowiec.

W żadnej z ról nie mógł być jednak tak dobry, jak świetny był piłkarsko. Choć zaczynał uprawiać piłkę bardzo późno – dopiero w roku maturalnym kolega namówił go, by przyszedł na trening Kolejarza Wodzisław – błyskawicznie stał się jednym z najtrudniejszych do przejścia defensorów w Polsce. Do zwinności i niesamowitego wyskoku dosiężnego, dokładał wielką pracowitość i siłę. Nie mogło być inaczej, skoro po aresztowaniu ojca rodzina Oślizłów musiała wyrabiać na roli nałożone przez władzę ludową normy bez pomocy głowy rodziny.

Reklama

Stanisław, a właściwie wtedy to jeszcze Staszek, szybko poznał wagę ciężkiej pracy. Harował w polu, pomagał też jako nastoletni ministrant przy budowie kościoła. To, co dziś piłkarze osiągają zamknięci w budynku siłowni, on zyskał nosząc cegłówki.

Po tym, jak w IV lidze w barwach Kolejarza Katowice – gdzie grę łączył ze studiami w Wyższej Szkole Ekonomicznej – wypatrzył go Kazimierz Górski, kwestią czasu stało się, aż trafi do naprawdę mocnego klubu. Choć wcale nie musiał zostać legendą Górnika, mógł dorobić się takiego statusu w klubie… najbardziej przez fanów z Zabrza znienawidzonym. W Ruchu Chorzów.

– Jak jeszcze nie grałem w piłkę, nasza klasa wracając z teatru z Katowic zajechała na stadion Ruchu Chorzów, podczas meczu derbowego z Polonią Bytom. Ruch wygrał 7:0 albo 7:1. W moich myślach to była potęga, drużyna dla której chce się grać. Po skończeniu liceum ogólnokształcącego zacząłem studia w Katowicach. Najbliżej był Ruch Chorzów, skierowałem tam więc kroki, ale niezbyt udana to była wizyta – mówi nam Oślizło.

Gdy pojawił się w Chorzowie, zastał tylko gospodarza obiektu przy Cichej, który wskazał mu pomieszczenie, gdzie znajdzie działacza Ruchu. Ten nieszczególnie przekonany, nie kwapił się z podjęciem decyzji odnośnie obrońcy.

– Może nie wiedzieli, kto to Stanisław Oślizło. Że mogę w przyszłości być bardzo dobrym piłkarzem klubowym, reprezentacyjnym. Finał był taki, że zacząłem grać w Górniku Zabrze.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Gornik Zabrze - Lech Poznan. 05.10.2018Oślizło drugi od lewej, z tabliczką Ryszarda Cyronia z galerii sław Górnika

Reklama

Przesadą byłoby oczywiście stwierdzenie, że gdyby Oślizło wylądował w Ruchu, to klub z Chorzowa święciłby takie triumfy, jakie później stały się udziałem zabrzan. Ale Oślizło jako kapitan przez dekadę miał do nich niebagatelny wkład. Gdy odwijasz z taśmy trójmecz z AS Roma w półfinale Pucharu Zdobywcow Pucharów, punktem kulminacyjnym jest dający Górnikowi finał rzut monetą, na której zwycięską stronę wskazał stoper polskiej drużyny. Przegrany finał z Manchesterem City? To Oślizło na około kwadrans przed końcem dał nadzieję golem na 1:2. Ostatnim po dziś dzień trafieniem polskiej drużyny w finale europejskiego pucharu.

– Nie wiem, czy myśleliśmy w ogóle o tym, że możemy dokonać czegoś historycznego. Robiliśmy przez cały sezon coś, czego uczył nas trener, czego wymagali od nas działacze, kibice. Większość fanów to byli pracownicy ośmiu kopalń Zabrzańskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego, którzy po trudnej pracy na kopalni rekompensowali sobie to przychodzeniem na nasze mecze i oglądaniem dobrego widowiska. Do tego Górnik przyzwyczaił swoich kibiców, przez kolejne lata zdobywając tytuły mistrza kraju, puchary.

Łącznie osiem mistrzostw i sześć pucharów kraju. Za każdym razem jako kapitan wznosił to drugie trofeum ponad głowę, dziś z uśmiechem wspominając jego ciężar.

– Na podniesienie go znów dziś zabrakłoby sił. Ale jak już wróci z wystawy w Muzeum Miejskim, trzeba będzie ustawić go na wagę i sprawdzić, ile to było kilo. Jak kolejny dziennikarz przyjdzie ze mną porozmawiać, będę już wiedział, jaki to dokładnie ciężar.

Jako piłkarz dał sobie radę i z nim, i z ciężarem kapitańskiej opaski, i z tym związanym z opieką nad jednym z największych talentów polskiej piłki. Bo takie właśnie zadanie powierzono mu, gdy w szatni pierwszej drużyny Górnika pojawił się Włodzimierz Lubański.

– Traktowałem piłkę nożną bardzo profesjonalnie, dlatego zostałem w pewnym momencie kapitanem i byłem nim przez jakieś dziesięć lat. Zostałem też kapitanem reprezentacji Polski. Nigdy nie pytałem trenerów, dlaczego ja, dlaczego nie ktoś inny. Tutaj w Zabrzu wybór polegał na tym, że zawodnicy wrzucali głosy zapisane na karteczce do kapelusza. Stąd opieka nad młodocianym wtedy, wielkim talentem Włodkiem Lubańskim, przypadła szczególnie mnie. Jako temu, który najpoważniej traktował swoje obowiązki jako piłkarza. Wydaje mi się, że dobrze wywiązałem się z tej roli, co najlepiej potwierdza kariera Włodka Lubańskiego. Został wspaniałym piłkarzem. Czołowym graczem w Europie, ale i moim zdaniem na świecie.

Lubańskiego starał się chronić nie tylko przed złym wpływem innych piłkarzy, ale też przed… ligową komisją.

– To był mecz z GKS-em Katowice, kiedy sędzia nie uznał nam dwóch bramek. Doszło do przepychanki, wszystko odbywało się po stronie boiska, gdzie bronił GKS. Tam podobno najbardziej aktywny, w tym zamieszaniu, był Włodek Lubański, który domagał się zmiany decyzji sędziego. No ale sędzia w protokole napisał, że Floreński, Oślizło, Kostka byli bardzo agresywni, zachowywali się nie fair. Hubert Kostka dostał naganę, ja też naganę, a Floreńskiego zawieszono w prawach zawodnika. A po iluś latach sam Włodek Lubański przyznał się, że to on tam popchnął sędziego.

Zarówno Górnikowi, jak i federacji nie było jednak na rękę zawieszenie Lubańskiego w prawach zawodnika. Zbyt wiele znaczył dla klubu i reprezentacji, z którą zdobył trzecie miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku. Ośliźle nigdy nie było zaś dane nie tyle wywalczyć medalu imprezy rangi mistrzowskiej, co w ogóle na taką imprezę pojechać, choć grał w kadrze przez ponad dziesięć lat. Zaczynał w wygranym 1:0 meczu z ZSRR, kończył przegrywając z RFN 1:3. Winnymi porażki uznano wtedy bramkarza i obrońców, z Oślizłą na czele.

Ekstraklasa. Gornik Zabrze. Benefis Stanislawa Oslizlo. 18.12.2012

Wciąż jednak był w stanie wtedy – już trochę po trzydziestce – wiele dać Górnikowi. A przynajmniej on tak twierdził. I jego trener, a także serdeczny przyjaciel Jan Kowalski. Innego zdania był jednak prezes Górnika Eryk Wyra. Miłość Oślizły do klubu wystawił na wielką próbę.

– Gdzieś na górze zapadła decyzja, której do dnia dzisiejszego nie rozumiem. I chyba już nigdy tej kwestii nie rozwiążę, bo ówczesny prezes zadecydował o tym, że ja już jestem… Nie wiem nawet, co powiedział. Podobno stwierdził, że mam już dość dachówek. A budowałem sobie wtedy domek letniskowy w Szczyrku. Nie wiem, czy to zazdrość, jakaś zawiść. Do tamtej pory z prezesem Wyrą miałem bardzo dobre kontakty, nie było żadnych spięć, nieporozumień między nami.

– Po jednym z treningów kierownik drużyny, pan Olejnik, powiedział nam, żebyśmy poszli wspólnie na górę, do krawca. Zbliżał się wyjazd do Ameryki Południowej, więc aby tam się dobrze prezentować, Górnik postanowił nas ubrać w jednakowe garnitury. Poszedłem jako ostatni, bo zawsze korzystałem z masażu, kąpieli, krótkiej rehabilitacji. Kiedy wszedłem do pokoju pana, który zajmował się krawiectwem w zakładach bytomskich i przedstawiłem się, spojrzał na listę. Jedzie od góry na dół wzrokiem i mówi mi: „panie Stanisławie, pana tutaj nie ma”. Mówię mu, że to jest niemożliwe, że to musi być jakaś pomyłka, niedopatrzenie, że Stanisława Oślizły, reprezentanta Polski i kapitana Górnika nie ma na liście. Zszedłem na dół, wpadłem na kierownika. Mówię: „Marian, mnie nie ma na liście”. Widziałem, że był zażenowany, skrępowany. „Wiesz co, Staszek, ja taką listę dostałem od prezesa klubu”. W tamtym momencie pozbawiono mnie wyjazdu i odpowiedniego przygotowania do sezonu. Podjęto za mnie decyzję, że mam dosyć grania w Górniku Zabrze – wspomina Oślizło.

I dodaje: – Nigdy nie zadałem prezesowi Wyrze pytania: „Panie prezesie, co się stało? Dlaczego taka decyzja, a nie inna?”. Pożegnałem jeszcze pana Wyrę na cmentarzu w Katowicach, kiedy zmarł. Odwiedzałem go w szpitalu, ale nigdy – czego bardzo żałuję do dziś – nie zadałem mu pytania: „Panie prezesie, pamięta pan moje rozstanie z Górnikiem? Dlaczego tak się stało?”. Do dnia dzisiejszego nie wiem, a uważam, że mogłem jeszcze ten piętnasty tytuł mistrza kraju zdobyć z Górnikiem.

Stąd w sercu Stanisława Oślizły utkwiła na jakiś czas zadra i choć utrzymał ciągłość zatrudnienia w górniczych klubach – warunek otrzymania górniczej emerytury – to jednak nie była to ciągłość w ramach Górnika Zabrze. Póki prezes Wyra był w Zabrzu, Oślizło nie przyjął oferty pracy. Wrócił, by zostać asystentem Jana Kowalskiego, później już praktycznie się z klubem z Zabrza nie rozstawał.

– Przychodziły takie momenty, kiedy chciałem sobie powiedzieć: dość. Dzieliłem się tym przemyśleniem z moimi kolegami, byłymi piłkarzami. Ale oni mówili: „Staszek, czy ktoś cię wyrzuca? Co ty będziesz w domu robił? Nie wariuj, nie szalej. Masz zajęcie, jesteś bardzo blisko klubu, który kiedyś pokochałeś” – mówi Oślizło.

– I wie pan co? Ja go dalej kocham.

SZYMON PODSTUFKA

fot. Michał Chwieduk, 400mm.pl

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...