Reklama

Wygwizdani, czyli z czym zmagają się sędziowie

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

20 października 2019, 12:40 • 11 min czytania 0 komentarzy

Mało jest zawodów, w których – jak dobrze byś ich nie wykonywał – możesz spodziewać się wyzwisk, gwizdów i pretensji. Właściwie na myśl przychodzi tylko jeden. Gdyby mecz piłkarski był filmem, to rola czarnego charakteru byłaby z miejsca obsadzona. Wbrew jego woli.

Wygwizdani, czyli z czym zmagają się sędziowie

Tak w skrócie wygląda praca sędziego piłkarskiego. Nawet najlepsze decyzje zawsze będą kwestionowane. Najgorsze – przypominane przez wiele tygodni. To w Ekstraklasie, gdzie do dyspozycji są kamery telewizyjne. A w niższych ligach? Nic nie wybroni arbitra – wszystko zależy od tego, jak decyzję postrzegali inni.

Mało kto zastanawia się w tym wszystkim, jak wygląda to wszystko zza kulis. Niewielu pyta o poświęcony czas i włożony w to wysiłek. Nikt nie jest ciekaw odczuwanego zdenerwowania, momentów strachu i chwil śmiechu. A przecież sędziowie też ludzie. I jak to ludzie, mają wiele do powiedzenia.

Wymagania

Tak naprawdę nie wyobrażam sobie, by kompletnie zrezygnować z sędziowania i piłki – mówi mi Rafał, aktualnie sędzia ligi okręgowej.

Reklama

Rafał: Wypalenie przychodzi, przynajmniej w moim przypadku, gdy się za dużo sędziuje. Takie momenty zdarzają się głównie w listopadzie i w okolicach lipca, gdy jest się zmęczonym sezonem. Wtedy staram się sędziować mniej. W końcu jednak zawsze po takim momencie zwątpienia przychodzi chęć powrotu na boisko.

Na pytanie o opłacalność zawodu Rafał reaguje szybko. Mówi, że to nie zawód, dopóki nie jest się na kontrakcie. A w Polsce sędziów z takimi jest kilku, wszyscy prowadzą mecze w Ekstraklasie. Czyli pięć lig wyżej od Rafała. Dopiero tam można traktować to jak pełnoprawną pracę. Trzeba więc zmienić pytanie. Jak opłacalne jest to zajęcie?

Rafał: Zacząłem sędziować w drugiej klasie liceum. Wtedy za cztery mecze weekendowo dostawałem około 300 złotych, razem 1200 złotych miesięcznie. To były dla mnie pieniądze niewyobrażalne. Dla studenta podobnie, pomagają w utrzymaniu. Ale przychodzi taki okres, gdy w dużym mieście zaczynasz pracę na pełen etat, z której masz dochód. Sędziowanie staje się wtedy bardziej hobby.

Rafał kurs na sędziego zrobił w 2011 roku, mecze prowadzi od 2012. Najpierw juniorów, na linii, potem stopniowo coraz wyżej i na środku, z gwizdkiem w ręku. Podobnie jak Kuba, który dziś już sędziować nie może ze względu na swoją pracę, ale uprawnienia wciąż posiada. Czy nie mógłby gwizdać w prywatnych ligach?

Kuba: Nie byłoby z tym problemu, ale nie opłaca się robić testów sprawnościowych, żeby sędziować ligę szóstek. Tym bardziej, że niekoniecznie muszą cię w niej obsadzać, bo pierwszeństwo mają sędziowie bardziej zasłużeni.

A testy to nie przelewki. Egzaminy teoretyczne zdać mógłby pewnie każdy, kto przysiadłby nad przepisami. Gorzej z fizycznymi – zaliczyć trzeba sprinty i interwały. Najtrudniejsze są te drugie – 12 okrążeń wokół boiska, każde podzielone na cztery interwały: 150 metrów biegiem, 50 chodu, 150 metrów, 50 chodu i tak aż do końca. Oczywiście wszystko na czas,
a tego jest mniej z każdą klasą rozgrywkową w górę.

Reklama

Presja

Kuba: Sędziowie, którzy prowadzą spotkania w wyższych ligach są arbitrami doświadczonymi, przechodzą kursy w zakresie psychologicznego radzenia sobie. Są świadomi tego, na co są przygotowani. Młodego sędziego często posyła się pierwszy raz do jakiejś miejscowości i tak naprawdę nie ma pojęcia, czego się spodziewać. Rzuca się go na głęboką wodę.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiecie się z Internetu o sędziowaniu, jest to, że wielu młodych arbitrów szybko rezygnuje z zawodu. Rafał nie zrezygnował, ale obserwował, jak robią to inni.

Rafał: Obecnie z mojego kursu, na którym było 45 osób, zostało nas około pięciu. Przede wszystkim ludzie, którzy się na ten kurs zapisali, nie byli świadomi tego, na co się piszą. Myśleli, że z miejsca dostaną mecze w wysokich ligach. Wielu zrezygnowało ze względu na czas, bo sędziowanie pochłania go naprawdę dużo. Inni nie grali wcześniej w piłkę, nie czuli gry i przez to sobie nie radzili. Wielu rezygnuje też przez kontuzje. Mój kolega, dobrze zapowiadający się arbiter, ma problemy z kręgosłupem, przez które musiał odpuścić uprawianie sportu. Dla mnie najtrudniejszym momentem był pierwszy mecz u seniorów na środku. Jako osiemnastolatek sędziowałem trzydziestolatków, nie mając w ogóle doświadczenia. Zderzyłem się z rzeczywistością.

Podobno najgorzej prowadzić spotkania, w których grają sędziowie. Tak twierdzi Kuba. Po chwili dodaje, że gdy sam grał, zdarzyło mu się „podskakiwać” do arbitra, więc to wiedza czerpana z praktyki sędziowskiej i piłkarskiej. Rafał dodaje z kolei, że o ile nie obchodzą go głosy z trybun i nie zwraca na nie uwagi, o tyle problemem są dla niego mecze w wyższych ligach. Tam, gdzie niektórzy z zawodników potrafią, w merytoryczny (nawet jeśli niezgodny z prawdą) sposób wytłumaczyć, dlaczego jest się beznadziejnym sędzią. A jak sobie z tym wszystkim radzić?

Rafał: Mieć poczucie własnej wartości i słuchać osób, które naprawdę się na tym wszystkim znają – obserwatorów, starszych kolegów po fachu, kolegów, którzy grają w piłkę i tych, którzy sędziują. Nie jakichkolwiek zawodników, bo ci często nawet nie znają przepisów.

Jatka

To słowo pojawia się już w drugiej wypowiedzi Kuby. Na pytanie, czy takie się zdarzały, odpowiada twierdząco. Rozmowa na chwilę schodzi na inne tematy, ale oczywistym torem szybko wraca do tego. Pada pytanie: „Z jakich powodów przerywaliście mecze?”.

Kuba: To był mój debiut. Pojechaliśmy do Tyńca, na mecz III ligi trampkarzy starszych: KS Tyniec – Tramwaj Kraków. Tyniec jest mocno wiślacki, Tramwaj stowarzyszony z Cracovią. Dodatkowo to drużyna wspierana przez MPK, więc na mecz przyjechali małym autobusem. Jeśli ktoś był w Krakowie, to dodam, że takim, jaki jeździ na Kopiec Kościuszki. Mecz był ostry, kopali się, było trochę kartek. Blisko boiska usiadło paru typków, kolegów chłopaków z Tyńca i zaczęło rzucać kamieniami w zawodników. Tam zaraz obok murawy są skałki, więc kamyczków było mnóstwo. Trzeba było przerwać mecz i prosić kibiców o przestanie. Faktycznie, przestali, ale po spotkaniu w autobusie nie było ani jednej szyby. My czekaliśmy w pięknym klubowym pomieszczeniu, dwa na dwa metry, a sympatyczny starszy arbiter, z którym sędziowaliśmy, kazał nam co jakiś czas sprawdzać, czy jego auto wciąż stoi i ma wszystkie szyby.

Kuba spina klamrą swój pierwszy okres sędziowski. Zaczęło się jatką i podobnie się skończyło. Miejsce akcji? Sidzina, okolice autostrady A4. Kiedyś częściowo należała do tynieckiego opactwa, od 1973 roku leży w granicach Krakowa. Kibicowsko zdecydowanie bliżej jej do miejskich niż chrześcijańskich postaw.

Kuba: Ten ostatni mecz był pierwszym, na który przyjechali moi rodzice. Akurat grała dopiero co reaktywowana ekipa. C-Klasa, 500 widzów na trybunach. Ja na linii, na środku młody sędzia, po drugiej stronie jeden z najbardziej wiekowych arbitrów. Obaj się strasznie mylili, ja – tak mi się wydaje – trzymałem jakiś tam poziom. W dodatku w drugiej drużynie na bramce stał Rafał, więc poszła fama, że gramy z zespołem sędziego. W przerwie, po wszystkich kontrowersyjnych decyzjach, na boisko wszedł kibic. Podszedł do sędziego z piłką w rękach i z metra zakurwił mu w brzuch. Tak, że ten zaczął się zwijać. Poszliśmy do szatni, przerwaliśmy mecz. Przez półtora godziny tam siedzieliśmy. W tym samym czasie
w samochodzie czekali na mnie moi rodzice.

Jakiś czas temu media na całym świecie obiegło zdjęcie pobitego arbitra z IV ligi argentyńskiej. Sędzia siedzi na nim na krześle, ma przymknięte oczy. Fotograf najprawdopodobniej stoi w drzwiach do pomieszczenia. Wszędzie wokół widać plamy krwi. Patrząc na arbitra można zastanawiać się, czy żyje. Rafał na wspomnienie o nim reaguje niemal natychmiast. Widział, choć zrozumieć nie potrafi.

Rafał: Straszne zdjęcie. Gdy sędzia kończy mecz, emocje opadają i wszystko powinno być już zakończone. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, choć wiem, że się zdarzają. Nawet
w  naszym podokręgu jeden z arbitrów został wepchnięty do gnojowiska, innego wrzucili na taczki i grozili mu, że go zabiją. Sam raz byłem w takiej sytuacji – sędziowaliśmy derby wsi, było 3:0 dla gospodarzy, a w samej końcówce podyktowaliśmy trzy rzuty karne dla gości. Zrobiło się 3:3. Trudno było wyjechać, jeszcze godzinę po meczu siedzieliśmy w blaszaku, w którego leciały kamienie. Wezwaliśmy policję, żeby móc opuścić teren wsi.

Piłkarze

Rafał: Przez cały mecz zawodnik zagrażał sędziemu głównemu. Ja byłem wtedy asystentem. Po meczu, który zresztą nie powinien zostać dokończony, emocje się utrzymywały. Gdy wychodziliśmy z szatni, ten sam zawodnik stał przed szatnią z piwem w ręku. Zaczęła się awantura. Główny dostał w twarz z liścia. Na szczęście był z nami drugi liniowy, który zna się na walce wręcz, więc szybko zareagował. Skończyło się awanturą ze wszystkimi zawodnikami drużyny i przyjazdem policji.

To wspomnienie spotkania w Myślenicach. Sprawa trafiła do sądu, ale o wyroku Rafał nic nie wie. Pamięta jednak, że agresywny zawodnik został zawieszony na rok. Do gry już nie wrócił. Włączono go za to do zarządu klubu i regularnie pojawia się na meczach. To jeden przykład, ale zjawisko częste, zwłaszcza w niższych ligach. Podobnie jak granie pod wpływem.

Kuba: Miałem taki mecz, żeby było śmieszniej, grali juniorzy jednego z klubów ze szczebla centralnego. 17-18 lat. Z pięciu ich wtedy nie dopuściliśmy do gry. Czuć ich było niesamowicie, a wyglądali jakby mieli siermiężnego kaca. Zasugerowaliśmy trenerowi, który dojechał później, że ci zawodnicy są po prostu najebani. On tylko na nich spojrzał i szybko powiedział, że ty, ty i ty nie gracie.

Rafał: Co weekend zdarzają się takie sytuacje. Nawet około godziny 14 często czuć od zawodników alkohol. Takiego piłkarza możemy odstawić od gry w momencie, gdy jesteśmy
w stanie na oko stwierdzić, że jest pijany. Mi się to jeszcze nie zdarzyło, bo zwykle zdąży zareagować trener albo inni zawodnicy. Tak naprawdę raczej nie przeszkadza nam, jeśli zawodnik jest lekko pod wpływem.

Co oczywiste, ani Rafał, ani Kuba nie mieli okazji sędziować meczów Ekstraklasy. Mało który zawodnik z A-Klasy mógł też w takim zagrać. Wielu jednak regularnie je ogląda,
a w okolicach Krakowa kibicuje się jednej z dwóch drużyn – zwykle w zależności od tego, gdzie mieszkasz. Co robić, gdy za tydzień Wisła gra z Cracovią, a na to spotkanie nakłada się mecz twojego zespołu? Można na przykład… dogadać się z arbitrem.

Rafał: Gdy zbliżają się derby, wiadomo, że będzie wesoło. Wielu zawodników chce mieć na nie pauzę, a nie wszyscy wymówią się weselem czy innymi chrzcinami. Najczęściej próbują się wykartkować. Zawsze przed derbami usłyszę od któregoś: „Bo ja potrzebuję dziś kartki, żeby pauzować za tydzień”. Zwykle da się dogadać. Kiedyś w 85. minucie podbił do mnie zawodnik i narzekał: „Panie sędzio, ale ja tak fauluję całe spotkanie, a pan to mi nawet żółtej kartki nie da”. Sęk w tym, że potrzebował czerwonej. To powiedziałem mu, żeby mi krzyknął „Ty chuju!”. I faktycznie, odchodzi kawałek, po chwili krzyczy do mnie: „TY CHUJU!”. No to podchodzę, czerwona kartka. Jego koledzy już wiedzą o co chodzi. Nagle podbija drugi zawodnik. Dobiega i krzyczy: „Panie sędzio, panie sędzio, ja też chcę! TY CHUJU!”. Druga czerwona, obaj schodzą z boiska i przybijają sobie piątki. Bo na derby pojadą.

Folklor

Krzywe linie, drzewa rosnące przy chorągiewkach, wielka kałuża na środku. Internet pełen jest zdjęć najróżniejszych boisk z niższych klas rozgrywkowych. Na niektórych pasą się krowy, na innych trawa sięga połowy łydek. Ale się gra. A na ławeczkach obok siedzą kibice, sączący spokojnie piwko. O ile te ławeczki są. Bo piwka na pewno nie zabraknie.

Kuba: Pamiętam boisko, gdzie były dwa metry spadu od jednej bramki do drugiej. Było po prostu widać, która drużyna gra pod górę, a która atakuje w dół. Murawa była wtedy skoszona, ale nikt nie zgrabił trawy. To była jakaś przedostatnia albo ostatnia kolejka, obie drużyny chciały zagrać, więc się zgodziliśmy. Mecz piekielnie słaby, 0-0 do 90. minuty. No
i nagle w samej końcówce gość przejął piłkę na środku i poszedł na sam na sam
z bramkarzem. Biegł, biegł i biegł… aż w końcu wpadł do dziury, która była zasypana trawą. Tak po pół łydki. Przekręcił sobie nogę, a z akcji nic nie było.

Rafał: Im niższa liga, tym niższa kultura. Im niższa liga, tym mniejsze możliwości zabezpieczenia meczów.

Kuba: Niedaleko Krakowa są takie dwie małe miejscowości, sąsiadujące ze sobą. W jednej zawsze są awantury. Druga jest spokojna, ale kiedyś, jak jechaliśmy tam sędziować, to okazało się, że tydzień wcześniej sympatyczni panowie złomiarze zapierdolili całą bramkę. Po prostu wzięli i nie było. Przez parę tygodni tamtejsza ekipa grała na wyjeździe, bo nie mieli bramki.

Rafał: Zdarzył mi się taki mecz, że kibice siedzieli na oponach obok boiska. Metr od linii autowej. Więc tak naprawdę, jak tam byli, to nie miałem gdzie biegać jako liniowy. A potem rozłożyli jeszcze flaszkę i kieliszki. Musiałem ich często upominać, żeby chociaż trzymali to w ręce.

Kuba: Alkohol to stały element takich meczów. Nie ma problemu, jak walisz piweczko na takim spotkaniu, to nie przeszkadza, jest fajna atmosfera pikniku. Nawet parę razy słyszałem „weź się napij z nami”, zawsze grzecznie odmawiałem. Choć znam sędziego, już wtedy emerytowanego, któremu zdarzyło się w przerwie wypić piwko. W drugiej połowie już nie był tym samym arbitrem. Znacznie gorzej jest, jak na meczu leje się wóda, każdy ma małpkę, a do tego kilka piw. Sędziowie wtedy obrywają. Nawet, jak nic nie zepsujesz, to taki gość się do czegoś dopierdoli.

Sędziowie

Kuba, jak zostało napisane, sędziować już nie może. Chyba że prywatnie, po znajomości. Rafał zaczyna traktować to bardziej jak hobby, choć nie ma zamiaru rezygnować i wciąż chce się w tym kierunku rozwijać. Pierwszy chętnie – mimo wszystkich minusów – wybiegłby na boisko i pogwizdał. Drugi robi to co tydzień, oczywiście w trakcie trwania rozgrywek. Teraz czeka na przerwę zimową i czas na naładowanie baterii. Po niej znów wróci na boisko.

W tym samym czasie za gwizdek łapią kolejni pretendenci do sędziowania. Czekają ich egzaminy i testy sprawnościowe. Ale najważniejszej prawdy nauczą ich same mecze: spodziewaj się wszystkiego. Bo nigdy nie wiesz, co się wydarzy.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...