Reklama

Mniejszy mandat, darmowy uber. Dzięki Kubie Rzeźniczakowi!

Norbert Skorzewski

Autor:Norbert Skorzewski

21 czerwca 2018, 15:50 • 24 min czytania 3 komentarze

Na jakie udogodnienia mogą liczyć Polacy, którzy przyjeżdżają do Baku? Jak mocno trzeba być zakręconym, żeby świętować urodziny w Uzbekistanie? Czy ludzie żyjący w większej biedzie są bardziej uprzejmi? Jak wspomina Indie, kraj kojarzący się z biedą i brudem? Czy w Australii do dziś zabiera się dzieci Aborygenom i przekazuje je do rodzin zastępczych? Jak strasznym wydarzeniem jest hiszpańska korrida? Dlaczego w chińskiej restauracji kelner nie będzie zwracał na ciebie uwagi, jeżeli nie złożysz kompletnego zamówienia?  Jakim cudem taksówkarz z Belgradu jeździ na mecze ŁKS-u Łomża?

Mniejszy mandat, darmowy uber. Dzięki Kubie Rzeźniczakowi!

Michał Maciatek to piłkarski podróżnik, który opowiedział nam o wielu ciekawych historiach ze swoich wyjazdów. Zapraszamy!

*

– Usłyszałem, że został ogłoszony kasting do KTS Weszło. Postanowiłem się zgłosić, nie zważając na to, że mam już 38 lat. Napisałem do Kuby Olkiewicza, że mogę pojawić się na treningu prosto z samolotu z Uzbekistanu. Akurat wracałem z meczu Azjatyckiej Ligi Mistrzów.

Poświęciłeś się, przyleciałeś prosto z Uzbekistanu i nie zostałeś przyjęty. Skandal!

Reklama

Nie no, wiedziałem, z kim rywalizuję. Mogę pograć amatorsko, z dwa razy w tygodniu, ale nie wygłupiajmy się. Przynajmniej mam więcej czasu w weekendy – mogę pojechać na jakiś mecz czy spędzić czas z rodziną lub znajomymi.

Odnośnie do rodziny i znajomych. Gdzie, według ciebie, Polacy najczęściej spędzają urodziny?

Pewnie w domu, albo w knajpie.

A nie w Uzbekistanie?!

Mi się zdarzyło! (śmiech) Pomysł wziął się stąd, że od pewnego czasu jeżdżę z kumplami po różnych stadionach na świecie. W przypadku Uzbekistanu wyglądało to podobnie. Stwierdziliśmy, że widzieliśmy już większość najważniejszych obiektów. Od trzech czy czterech lat staramy się jeździć na rozgrywki grupowe Ligi Mistrzów, a wiosną na jakieś ćwierćfinały lub półfinały. Stwierdziliśmy jednak, że to za mało. Nic egzotycznego. Wiele zmienił również mój wyjazd do Astany za Legią. Do tego stopnia, że zakochałem się w kulturze i krajobrazach Azji Środkowo-Wschodniej. Później namówiłem moich wspólników z pracy, żeby pojechać do Erywania na zebranie, ale przy okazji na mecz Armenia-Polska. Wtapiałem się w ten klimat, odkryłem, że w Uzbekistanie stacjonuje drużyna, która gra w Lidze Mistrzów i wiedziałem, że muszę tam pojechać. Grała w dniu moich urodzin, więc prościej było mi przekonać żonę, żeby mnie tak puściła. Pojechałem z dwoma kumplami. Tym sposobem spędziliśmy tam moje urodziny.

Przede wszystkim, nim wybraliśmy się do Uzbekistanu, przekonaliśmy się, jak trudno tam się dostać. To był jeden z największych reżimów na świecie. Porównywalny, jeszcze dwa lata temu, z Koreą Północną, gdzie do tej pory siedzi wielu więźniów politycznych. Dużo zmieniła śmierć prezydenta i zmiany ustrojowe. Otworzyli się na turystów, ale i tak nie byliśmy pewni, czy w ogóle dostaniemy wizę. Wybraliśmy się do ambasady.

Reklama

– A pa czemu Wy do nas chacicie?

– Na futbolnyj miacz.

– Miacz?

– No da, Lokomotiv Taszkient.

– Aaa, Wy futbolisty?

– Niet, turisty.

Po tej szybkiej wymianie zdań, miły pan poinformował nas, że wiza będzie do odbioru za tydzień. „Tak po prostu?” – odpowiedzieliśmy zdziwieni. „Tak, sześćdziesiąt dolców od każdego i wiza wasza” – odpowiedział. Podał numer konta, wpłaciliśmy pieniądze, trzy dni później wróciliśmy do ambasady. Zobaczył mnie w drzwiach, nawet nie zdążyłem się przywitać, i od razu wypalił.

– Aaa, ta ta, futbolista-turista, proszę!

Dał nam wizy, życzył dobrej zabawy. Oj, zmienili podejście do turystów… Kolejnym wyzwaniem było to, czy dostaniemy bilety. Stadion mieścił osiem tysięcy ludzi, a Taszkent do duża metropolia. System rezerwacji nie istniał, więc napisałem do klubu z prośbą o odłożenie biletów. Odpowiedź otrzymałem po… czterdziestu pięciu sekundach. Szef marketingu odpisał, że bilety będą na nas czekać. Drugie zaskoczenie.

Rano zadzwoniliśmy do osoby, która była markietologiem Lokomotiwu Taszkent. Kiedy dowiedział się, że przyjechaliśmy, zaprosił nas na oficjalny trening przed meczem Ligi Mistrzów. Pokazał nam klub i hotel, w którym mieszkają piłkarze. Oddalony o dziesięć kilometrów od miasta, żeby zawodnicy nie odczuwali potrzeby balowania. W całym klubie pracuje tylko czternastu pracowników, co raczej nie robi wrażenia, biorąc pod uwagę, że to mistrz kraju. U ich konkurencji pracuje na przykład dwieście czterdzieści osób. Dostaliśmy kamizelki foto, mogliśmy porobić zdjęcia. Wkurzył się tylko obserwator azjatyckiej federacji, bo nie mieliśmy żadnych akredytacji. Mecz przypominał stare czasy na Legii. Dostaliśmy – teoretycznie – bilety VIP. Niestety, ale dach kończył się tuż przed naszym sektorem, a akurat padał deszcz. U kibiców nie dało się dostrzec spontaniczności. Wszyscy mieli flagi Uzbekistanu, a nie swojego klubu. My dostaliśmy szaliki od właściciela klubu, ale na stadionie nosiło je może kilkanaście osób. Atmosfera – trzeba przyznać – mocno piknikowa.

Później wybraliśmy się na stadion Bunyodkoru Taszkent. Wygląda mniej więcej tak jak nasz Narodowy, tylko że może pomieścić trzydzieści pięć tysięcy osób. Nie odbywał się wówczas żaden mecz, ale chcieliśmy go pozwiedzać. Podeszliśmy do ochroniarza. Początkowo nie pozwolił, ale szybko dał się przekonać. Stary dobry zwyczaj dogadywania się łamanym angielskim i rosyjskim, a tak naprawdę walutą. Stanęło na trzech euro za trzy osoby. Weszliśmy, poopowiadał nam o meczach. Generalnie jednak widać, że łatwo się tam dogadać. Masz zamknięty dany obiekt, ale tak naprawdę możesz wejść wszędzie. Szczególnie, że nie spotkaliśmy tam żadnych turystów, oprócz tych w zorganizowanych wycieczkach – z Niemiec, USA czy Francji. Jako jedni z nielicznych osób chodziliśmy na piechotę. Wyróżnialiśmy się, bo posiadaliśmy okolicznościowe koszulki, które pokazywały naszą trasę. A jeszcze jeden z kumpli był cały wydziarany. Z kolei tam nie spotkasz tatuaży, bo zabrania im ich religia.

Widać było, że jesteśmy turisty.

Jak was odbierali?

Super! Według mnie jest jedna wspólna rzecz dla wszystkich krajów na wschód od nas. Im biedniej, tym ludzie są bardziej uprzejmi. A jeszcze jak widzą, że pokonałeś kilka tysięcy kilometrów, żeby zobaczyć mecz… Doceniają to. Oprócz tego, że ostatnio dużo podróżuję – nazwijmy to – futbolowo, sporo jeżdżę również rodzinnie. I faktycznie jest tak, że jak widzą za granicą, że chciało ci się przyjechać z dzieckiem, myślą, że jesteś otwarty. A najbardziej szokuje ich fakt, że przyjechałeś specjalnie na mecz. W każdym kraju są turyści, ale jeżeli wybierasz się w takim dość absurdalnym celu, tym bardziej to doceniają. Zresztą, ten mecz zawsze jest dodatkiem do tego, żeby pozwiedzać. W życiu nie wpadłbym na pomysł, żeby pojechać do Taszkentu tylko i wyłącznie w celach turystycznych. A nawet gdybym to wymyślił, nie dałbym rady przekonać żony czy kolegów z pracy. A tak mam dodatkowy pretekst, żeby poznać nową kulturę, zjeść i wypić inne rzeczy, obejrzeć jakieś spotkanie.

Jak wyglądał Taszkent?

Trochę jak republiki postsowieckie. Szerokie ulice, gotowe na czołgi. Ludzie rzadko wychodzą. Siedzą w biurach, domach. Jeżeli już kogoś widzisz, to mężczyzn. Ogromny gmachy. Robione, żeby pokazać ogrom rządów. By ludzie czuli moc władzy. Do tego piękne stacje metra, to muszę przyznać.

Przede wszystkim trzeba przyzwyczaić się do… chodzenia z siatką pieniędzy. Banknoty mają bardzo dużo zer. Chcieliśmy wymienić sto dolarów. Pani w kantorze ostrzegła nas, że w drugą stronę już tej waluty nie wymienimy. Każdy z nas wymienił właśnie po sto dolarów, a w zamian otrzymaliśmy taki plik pieniędzy, że spokojnie zająłby całą reklamówkę. Potem siedzimy na bazarku. Jemy obiad. Przychodzi czterech kolesi, wyglądających jak cinkciarze. Każdy wyciąga wielką reklamówkę i wyrzuca wszystkie banknoty na stół. Otworzyli sobie kantor przy stoliku! Mogłeś do nich podejść i coś wymienić. Nie mam pojęcia, jak ogarniali, ile jest banknotów, ale widziałem najszybsze palce, które przerzucały walutę. Ludzie chodzą z siatkami, trzymają w nich kasę, siadają sobie w restauracji i „otwierają” kantor. Szok.

Nim wyjechałeś do Uzbekistanu, wybrałeś się do Astany i Erywania. Zainspirowałeś się.

Większość moich wyjazdów zaczęła się przez Legię. Tak samo było z Astaną. Połączyłem mecz – bardzo istotne wydarzenia – i zwiedzanie. Zobaczyliśmy Expo – światową wystawę, która odbywała się w Kazachstanie. Dla mnie o tyle istotną, że na co dzień zajmuję się organizowaniem imprez. Czyli znów – przyjemne z pożytecznym. I znowu – pewnie chcielibyśmy tak pojechać, ale wydanie pieniędzy, by pojechać tylko i wyłącznie na Expo wydawało się mocno absurdalne. A wydanie pieniędzy, by pojechać na Legię, jest już mniej absurdalne. Może nawet naturalne i oczywiste.

Podobnie wyglądało to w przypadku Erywania. Szukaliśmy wraz ze wspólnikami miejsca, w którym moglibyśmy spokojnie przedyskutować to, co dzieje się w naszej firmie. Oczywiście ten nietypowy pomysł pojawił się w mojej głowie. „Dobra, lećmy do Armenii. Spędzimy trzy dni w Erywaniu, przy okazji pójdziemy na mecz” – zaproponowałem. Piłka nożna znów była „przy okazji”, nie stanowiła celu samego w sobie. Spoiwo. Katalizator. Niekiedy wytłumaczeniem, wymówką. A na pewno opcją na oderwanie się. Wentylem. Na meczach mam w nosie taktykę – to nie jest kluczowe. Chcę zobaczyć, jak reagują ludzie. Jak dopingują, jak przezywają, jak smakują hot-dogi. Niby prosta rzecz, ale w każdym kraju smakują inaczej. W Polsce – najlepiej. Zdecydowanie.

Wcześniej trafiłeś do Stambułu.

Do Uzbekistanu można dolecieć przez Kijów, ale pół roku wcześniej odbyliśmy trzydniową podróż po różnych krajach. W Stambule spędziliśmy dwadzieścia cztery godziny. Zakochaliśmy się w tym mieście. Stwierdziliśmy, że warto byłoby ponownie tam zawitać. Generalnie miałem wyobrażenie, że to bardzo brudne miasto i nie jest tam zbyt pięknie. Ale znowu – pozytywne zaskoczenie. Zachwyciliśmy się jedzeniem, ludźmi, zabytkami – całą otoczką, plus tym, co działo się na stadionie. Wtedy byliśmy na meczu Besiktasu i Porto. Tym razem nie grały najlepsze kluby ze Stambułu, więc wybraliśmy się na Kasımpasę. Głównym celem stał się jednak mecz koszykówki. Co ciekawe – na wejściu rekwirują monety. Postawili wielką puszkę, tak jak na zbiórkach w Polsce, i trzeba było je tam wrzucać. Jeżeli masz luźne monety, nie masz wyjścia – nie możesz wejść na halę, ponieważ boją się, że będziesz rzucał w koszykarza.

5

W celu odejścia od stadionów Europy Zachodniej, pewnego razu trafiliśmy do Baku. Głównie założenie – zobaczyć Kubę Rzeźniczaka. Mecz z Chelsea. Dwóch moich kumpli rozkręcało doping na stadionie! To byli jedyni kibice, którzy tak mocno śpiewali. Zaprzyjaźnili się z fanami gospodarzy, dostali flagi Karabachu. Szkoda tylko, że atmosfera była mocno piknikowa. Na trybunach nie działo się za wiele, ale już po meczu… dostaliśmy mandat. Poprosiłem Piotra Kuczę, który wówczas był u Kuby, żeby załatwił koszulkę Rzeźniczaka z autografem. Udało się, odebraliśmy ją, było super. Wsiedliśmy do taksówki, wysiedliśmy niedaleko hotelu i przebiegliśmy przez ulicę. Nagle z krzaków – ni stąd, ni zowąd – wyszedł policjant.

– Wiecie, będzie mandacik.

– Nie no, przyjechaliśmy na mecz, jaki mandacik?

Wyciągnął telefon i pokazał nam kilkanaście zdjęć paszportów zachodnich turystów. „Każdemu z nich dałem dzisiaj mandat” – pochwalił się. Chciał od nas sto pięćdziesiąt złotych. Mówiłem, że nie mamy tyle pieniędzy, że dopiero co wyszliśmy z meczu. Pokazałem mu koszulkę Kuby. Później koledzy mówili do mnie, że przecież równie dobrze mógł mi ją zabrać. Na szczęście tak się nie stało. Ale trzeba przyznać, że kiedy zobaczył, iż faktycznie przyjechaliśmy na mecz, opuścił nam sto złotych. Widać, że Kuba dużo tam znaczy i można mu dziękować za to, że mandat był mniejszy.

Później jechaliśmy na stadion uberem.

– Jeżeli będziecie kibicować Karabachowi, zawiozę was za darmo – wypalił kierowca.

– Przyjechaliśmy specjalnie na Karabach! Kuba Rzeźniczak, Legia…

– O, super! Wiozłem ostatnio znajomych Kuby. Kuba świetny, Kuba najlepszy!

Mieliśmy jeden bilet więcej, bo znajomy się wykruszył, więc zaproponowaliśmy mu, żeby poszedł z nami na mecz. Niestety – nie mógł znaleźć miejsca parkingowego. Ale przynajmniej my nie byliśmy stratni – dzięki Kubie Rzeźniczakowi zaoszczędziliśmy na mandacie i uberze.

4

Później wybrałeś się do Belgradu.

Kolejny cel i kolejny miły pan z marketingu. Ze Stambuły lecieliśmy do Baku, z Baku do Belgradu. Zaczęło się śmiesznie. Wychodząc z samolotu, podszedł do mnie miły pan z pistoletem. Byłem zmęczony, nieogolony. Poprosił o dokumenty. Szukali imigrantów, wypytywali, po co przyjechaliśmy. Mieliśmy na sobie specjalne koszulki. Pokazywaliśmy mu, że robimy trzy mecze w trzy dni. Nie było problemów, ale druga pani wzięła mój paszport, przyłożyła do niego Iphone’a i nagle na telefonie pojawiło się moje zdjęcie, imię, nazwisko, data urodzenia i wiele innych danych.

Potem jechaliśmy na stadion Partizana. Wsiadamy do taksówki, cztery osoby, i przekazujemy instrukcje taksówkarzowi. Ten od razu pyta się nas, skąd jesteśmy. Taka typowa gadka. Okazało się, że wiózł nas fanatyk FK Vozdovac, który bywa w Polsce kilka razy w roku na meczach zaprzyjaźnionego ŁKS-u Łomża. Muszę przyznać, że jego wiedza na temat polskiej piłki klubowej stała na naprawdę wysokim poziomie. Kiedy dowiedział się, że objeżdżamy Europę, najpierw zawiózł nas na stadion, a potem – jako że byliśmy spragnieni – do swojego kumpla. jak widać, na trasie można spotkać ciekawe osoby.

Rok wcześniej planowałem trasę – pięć meczów w pięć dni. Ostatnim miejscem miał być właśnie Belgrad. Napisałem do klubu, że chciałbym bilety na mecz. Facet z marketingu odpisał mi, że zaprasza mnie na spotkanie – mimo że miało być bez kibiców. Wtedy się nie udało, ale tym razem ponownie do niego napisałem i odpowiedź znów była pozytywna. Byliśmy na meczu Partizan-Young Boys. Świetny doping, ale ostatecznie żałowaliśmy. Po meczu skoczyliśmy do knajpy i okazało się, że Crvena grała w koszykówkę w Lidze Mistrzów. Nie pomyśleliśmy. Szkoda. Ale przynajmniej ludzie w knajpach byli bardzo mili. Z kolei Belgrad – jako miasto – nie zrobił na nas nie wiadomo jakiego wrażenia. Może dlatego, że był trzecim miastem na naszej trasie. Pojawiło się zmęczenie. Pamiętam, że musieliśmy potem dochodzić do siebie przez cały weekend. Jednak było warto. Zarówno ja, jak i moi kumple pracujemy, mamy rodziny. Wyjazdy są dla nas oderwaniem. Spuszczeniem powietrza. Widzimy, że można robić coś innego. Pracujesz – fajnie. Spędzasz czas z rodziną – zajebiście. Ale trzeba jeszcze coś robić. Inna sprawa, że rodzina mi na to pozwala, za co jestem niesamowicie wdzięczny. Nieraz też ze mną jeździ.

Z rodziną byłeś na przykład w Indiach.

Raz w roku jeżdżę z żoną i dziećmi na dłuższe, trzytygodniowe wakacje. Tym razem trafiło na Indie. Sylwester. Byliśmy w Koczin. Niestety, ale stało się tam coś, czego najbardziej żałuję, jeżeli chodzi o wyjazdy meczowe. Odkryłem, że znajduje się tam drużyna piłkarska – Kerala Blasters, w której gra Dimitar Berbatov. Udało mi się kupić bilety. Przyjechaliśmy do hotelu, na recepcji czekały wejściówki. Recepcjonista mówi, że super, też chciałby pójść, w końcu na meczach pojawia się sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi. Podobno świetny doping. Mówię podobno, bo ostatecznie tam nie trafiłem.

– Świetnie, że masz te bilety, ale jesteśmy na części starówkowej. To jest wyspa.

– No i dobrze. Jest sylwester. Mecz jest o 17, o 19 się skończy. Szybko wrócę do hotelu.

– I tak, i nie.

– Jak to i tak, i nie?!

– W związku z tym, że jest sylwester, władze zamykają most. W tamtą stronę dojedziesz, ale nie gwarantuję ci, że wrócisz.

Został prom. Ale wiadomo – w Indiach jest dużo ludzi. Główna impreza odbywała się przy wyjściu z promu. Byłby spory tłum, a ja jeszcze musiałbym wrócić po rodzinę. Zrezygnowałem. Oddałem bilety panu z hotelu, który pewnie przekazał je kolegom. Żal. Duży żal. Muszę tam wrócić.

Kraj kojarzy się z biedą i brudem. Jak go wspominasz?

Moim zdaniem to bardzo błędne wyobrażenie. Wszystkiego jest dużo więcej niż normalnie, bo i ludzi jest dużo więcej. W Delhi jest zarejestrowanych sto tysięcy taksówek. Jasne, jest tam bieda, widać ją. Są proporcje kastowe i zarobkowe. Jeżeli jedziesz pierwszy raz do Azji, może cię to przytłoczyć. Ilość wszystkiego, kolor, ludzie. W Delhi masz na przykład dzielnicę stricte muzułmańską, przechodzisz jedno skrzyżowanie i masz tylko i wyłącznie Hindusów. To się miksuje. Z drugiej strony ciągle się do ciebie uśmiechają. W hostelach powtarzali nam, żeby wrzucać na stronę zdjęcia z dziećmi. Bo nikt nie chce z nimi tutaj przyjeżdżać. Właśnie dlatego, że uważają, iż w Indiach jest brudno. My też przez kilka lat zastanawialiśmy się, czy nasze dzieci są już gotowe, żeby pojechać do takiego kraju. Na szczęście pozytywnie się zaskoczyliśmy.

Ale kontrast między biednymi i bogatymi na pewno tam występuje.

Oczywiście. Faktem jest, że w niektórych miejscach widać straszną biedę, ale nie popadajmy w skrajność. Całe Indie tak nie wyglądają. To kolorowy, uśmiechnięty kraj. Ludzie lubią robić zdjęcia, tym bardziej, kiedy zobaczą osoby o innej karnacji skóry. Podchodziły do nas dzieci – od podstawówki do liceum – i robiły sobie fotki z moją córką. Z synem podobnie. To dla nich egzotyka, mimo że byliśmy w dość znanych miejscach.

4

Jak wspominasz Chiny?

To był wczesny etap moich wyjazdów, wówczas jeszcze nie myślałem, żeby szukać bodźców stadionowych. Może dlatego, że twierdziłem, iż samemu – bez znajomych – nie będzie mi się chciało. Poświęcałem czas rodzinie. Dopiero kiedy urodził się mój syn, zacząłem kombinować. Ale do Chin wybrałem się czysto turystycznie. W niektórych miejscach nie byłem w stanie się dogadać.

Rozmawiałem o tym ze Szczepanem Janusem. Mówił, że nawet w hotelu mówili do niego po chińsku, mimo że zaznaczał, iż nic nie rozumie.

Koszmar. Do tego stopnia, że w każdym hotelu czy miejscu informacji turystycznej każdy chce ci pomóc, tylko nie zna języka. Więc mówi po chiński, nie zważając na to, że nic nie rozumiesz. Wschodnia mentalność. Każdy próbuje ci pomóc, co z tego, że nieudolnie. Prosiliśmy, żeby zapisywali nam na kartce to, gdzie zamierzamy jechać. Żeby taksówkarze wiedzieli co i jak. Później okazywało się, że nie wszyscy potrafili czytać.

Pewnego razu pojechaliśmy na wycieczkę rowerową. Zbliżamy się do wsi. Wiedzieliśmy, że znajduje się tam mała knajpka. Dojeżdżamy na miejsce – restauracja nad rzeczką. Piwo, jedzenie, wszystko super. Czekamy na kelnera, ale nie podszedł. W końcu go zawołaliśmy, pokazaliśmy mu, co chcemy. Odszedł. Mijał czas, osoby obok dostają kolejne dania, a my nic. Żona poszła do kuchni. Pokazuje, co zamawialiśmy, a kucharz kręci głową i sugeruje, że nic nam nie da. Nie ma takiej opcji. Co najważniejsze – ludzie siedzący obok dostawały podobne rzeczy do tych, które sobie życzyliśmy. A on – mimo że składniki znajdowały się na patelni – pokazuje, że nam tego nie da. Musieliśmy wyjść. Po powrocie opowiedziałem tę historię Francuzowi, którego tam poznaliśmy, a który mieszka w tamtych okolicach od kilku lat.

– Słuchajcie… Oczywiście, że nic nie dostaliście, to normalne.

– Dlaczego?

– Powinniście podać dokładny zestaw, który chcecie. A wy pewnie zapominaliście o jednym składniku, w związku z czym nie mogli wam podać czegoś, co jest niekompletne. A nie potrafili wam tego powiedzieć.

Koszmar, szczególnie że widzisz, jak ludzie obok ciebie jedzą pyszne potrawy. Egzotyka. Podobnie jak podróże autobusami sypialnymi po Chinach. Niby masz sypialnię na dwadzieścia osób, ale pełny autobus – po wyjeździe z dworca głównego – co chwilę się zatrzymuje i zabiera kolejne osoby. A łóżka są zajęte. Kładą się pomiędzy rzędami, nagle jadą z nami jakieś kury. Totalny odjazd. Córka była wniebowzięta, jechał z nami jeszcze jakiś pies. Albo autobus staje w nocy, kierowca wyjmuje miotłę, stuka w silnik, wraca i jedzie dalej. Absurd. A jeszcze jak czytasz, że kilka pojazdów spadło z przepaści…

Po jakimś czasie dojechaliśmy do małej wsi, w której po raz pierwszy w życiu widziałem uwięzione psy. Zdawałem sobie sprawę, że to była kuchnia. Dla nas dobijające, dla nich – coś normalnego. Wygolone psy, trochę jak owce. Szykowane, żeby je zabić i zjeść…

W Chinach, wiadomo, występuje polityka jednego dziecka, raczej rodzaju męskiego. Moja córka była wówczas małą blondyneczką. Ludzie potrafili zabrać ją z wózka – czytaliśmy o tym wcześniej, więc wydawało nam się, że jesteśmy na to mniej więcej przygotowani – wziąć do siebie do domu i robić z nią fotki. Na początku jej się to podobało, po tygodniu miała serdecznie dość.

4

Odwiedziłeś też Wietnam.

Powiem szczerze, że z Wietnamu pamiętam najmniej. To była pierwsza podróż mojego syna, wówczas pięciomiesięcznego. Zdecydowanie lepiej było w Kambodży i Hongkongu. Udało mi się dowiedzieć, że w Hongkongu odbywa się mecz Hongkong-Guangdong. To mecz o jakiś puchar, który odbywa się już od czterdziestu lat. Zabrałem moje syna, który był z tego powodu bardzo zadowolony. W Polsce nie ma meczów, a my możemy pójść sobie na jakieś spotkanie. Ludzie nie przeżywali tych meczów, aż do momentu, w którym piłkarze Hongkongu starli się z Chińczykami. Widać było historyczne zacięcie. Ale poza tym nie dostrzegłem zbyt wielkiego zainteresowania. Przede mną siedział facet, który obstawiał na telefonie wyścigi konne.

Kambodża jest jeszcze biedniejszym krajem, chyba trochę nieodkrytym. Doświadczony historią, rozwalony przez wiele narodów, na czele z Amerykanami, którzy zrobili w tamtym regionie najwięcej złego. Ale widać, że to kraj nienajechany przez turystów. Przeciwieństwo Wietnamu, gdzie było bardzo dużo Rosjan, co mnie trochę irytowało. Wiem, że polski jest podobny do rosyjskiego, ale mam coś takiego, że nie lubię jak ktoś zagaduje do mnie po rosyjsku na wakacjach.

6 4

Wydaje mi się, że gdyby nie moje zainteresowanie meczami, umknęłoby mi kilka ciekawostek historycznych. Przykład. Byliśmy w Australii, mieliśmy ustaloną trasę. Poszliśmy na mecz niedźwiedzi z Brisbane. Spotkanie bez większej historii, ale wracając, zobaczyliśmy drogowe napisy, które informowały, że na następny dzień trzeba szykować się na spore korki, bo odbędzie się mecz all-stars w rugby. Niewiele się zastanawiałem. Zmieniłem plany tak, żeby krócej być na mieście i wybrać się z synem na ten mecz. Moja córka też dała się namówić. Rdzenni Australijczycy, czyli Aborygeni mierzyli się z obcokrajowcami z ligi. Na początku była minuta ciszy. Na telebimach pokazywali płaczące kobiety i dzieci. Moja żona oglądała ten mecz w telewizji, a potem wytłumaczyła nam, że w Australii jest coś takiego, jak Stolen Generations. Coś, o czym nie przeczytaliśmy w przewodniku i nikt o tym nie mówił. Mniej więcej sto tysięcy dzieciaków rdzennych Aborygenów, w latach 1930-1970, było zabieranych od rodzin. Umieszczano ich w rodzinach zastępczych. Białych. Z jednej strony rząd tłumaczył to tym, że chcą ochronić ich przed alkoholizmem i biedą. Z drugiej tak naprawdę chodziło o zniwelowanie ilości Aborygenów. Coś nie do przyjęcia i coś, co wypłynęło dopiero w latach osiemdziesiątych, za co przeprosili w 2008. Dzieciaki nie znają swoich rodziców, a tak naprawdę ten proceder – z tego, co czytałem – trwa cały czas. Wciąż zabiera się dzieci od rodzin, tłumacząc, że są to rodziny patologiczne. Rdzenny język zanika. Ludność tak samo. Wszystko w ramach polityki lepszego rozwoju dzieci. Nie mieszkam w Australii, nie chcę się w nich wcielać, ale to dla mnie niewyobrażalna polityka.

Ale widzisz – gdybym nie poszedł na mecz, nie byłbym później na spotkaniu rugby. Nie byłoby minuty ciszy, moja żona nie oglądałaby tego w telewizji, i raczej byśmy o tym nie przeczytali. To pokazało mi, że piłka nożna może sprawić, że poznasz kontekst, dowiesz się więcej o historii danego kraju. Kiedy byliśmy w Azji środkowo-wschodniej zacząłem chłonąć tamtą historię, czytać dużo książek, dowiadywać się jaki wpływ na sport miała polityka. Dzięki futbolowej pasji czuję, że wiem więcej.

Skąd wzięła się u ciebie zajawka na podróżowanie?

Zaczęło się chyba od mojego dziadka. To był człowiek, który miał miliard pomysłów na minutę. Pamiętam jak byliśmy w Belgradzie. Zapytał, czy mam ochotę na frytki frankfurterki, które w latach dziewięćdziesiątych raczej nie były spotykane w Polsce. Zapewnił babcie, że to będzie blisko, gdzieś pod miastem. Jechaliśmy trzy i pół godziny, ale smak frytek pamiętam do dzisiaj. Dziadek odnalazł ją, bo już kiedyś w niej był. Myślę, że tak samo jak on mam motorek w tyłku. Lubię, gdy coś się dzieje. Kocham poznawać nowe miejsca i mam farta, że moja żona też to lubi. Kiedy się poznaliśmy, wyszło, że podróżowanie jest fajne, a dalekie podróżowanie – jeszcze fajniejsze. Zaczęliśmy od RPA. Mieliśmy określoną ilość kasy do wydania na każdy dzień. Pamiętam, że zrobiliśmy tam dwie dość głupie rzeczy i cieszę się, że żyjemy. Będąc w Zimbabwe stwierdziliśmy, że zaoszczędzimy na taksówce do największego baobabu, który znajdował się przy wodospadach Wiktorii i przejdziemy się tam na piechotę. Na miejscu spotkał nas strażnik ze strzelbą i przyznał, że jesteśmy niezłymi farciarzami, bo to pora, w której bawoły idą do wodopoju i nie zwracają uwagi czy ktoś idzie, czy nie. Po prostu idą i taranują.

W Kapsztadzie stwierdziliśmy, że na Przylądek Dobrej Nadziei pojedziemy rowerami. Po drodze podeszła do nas dwójka małolatów, która chciała skroić nas z plecaków. Jakoś ich zbyliśmy, ale kiedy chcieliśmy wypożyczyć rower, okazało się, że wszystkie zostały już zabrane. Musieliśmy jechać autostopem, bo nie mieliśmy pieniędzy na taksówkę. A łapanie stopa w Afryce nie jest dość popularną czynnością, do tego niekoniecznie bezpieczną. Przez godzinę nie mogliśmy nic złapać, aż w końcu ktoś się zatrzymał. Otworzyły się drzwi, poczuliśmy zapach zioła. W aucie siedziało trzech chłopaków, studenci, którzy stwierdzili, że jak zobaczyli kogoś łapiącego stopa, musieli sprawdzić, co to za debile. I właśnie dlatego zabiorą nas tam, gdzie chcemy. (śmiech)

Jak wielu ludzi poznajesz w podróży?

Niewielu, bo jeździmy w grupie. Do tego to wszystko jest na tyle intensywne, że nawet nie mamy czasu na poznawanie nowych ludzi. Zresztą, chcemy odpocząć od tego, co jest w Warszawie, Żyjemy w niesamowitym tempie, a wyjazdy są sposobem na oderwanie. Do tego stopnia, że jeden kiedyś tak się oderwał, że gonił nas pół Europy, żeby zdążyć na mecz. Zaspał na pobudkę, a mamy zasadę, że nie czekamy. Wszyscy są na tyle dorośli, że muszą zdążyć rano wstać. A i tak dzwoniliśmy i dobijaliśmy się do jego pokoju, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi zwrotnej. Z Manchesteru gonił nas do Madrytu, przez Brukselę, Londyn. Ale zdążył na mecz, choć pewnie nie spięło mu się to finansowo.

Najciekawsze historie biorą się z niczego?

Zdecydowanie. Nie można planować wszystkiego co do minuty, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Na przykład przypadkowo trafiłem na hiszpańską korridę. Pamiętam twój wywiad ze Szczepanem Janusem i niestety potwierdziło się wszystko, co mówił. Uważam, że to nie jest sport. To straszne… Byliśmy w szóstkę. Czterech z nas poszło, dwóch zostało. Zazdrościliśmy tym, którzy zostali.

Wydaje mi się, że nie wszyscy Polacy zdają sobie sprawę z tego, jak to wygląda naprawdę.

Może się wydawać, że to fajna zabawa z bykami, a tak naprawdę to totalny koszmar.

Do czasu rozmowy ze Szczepanem nie kojarzyło mi się to źle. Nie interesowałem się tym, ale pamiętam, że kiedyś oglądałem bajki, gdzie było to przedstawione bardzo pozytywnie. I taki obraz został mi w głowie.

No właśnie. Byk leci, wszystko super… Nie, to jest koszmar. Podróżowanie jest świetne, wielowymiarowe. Kocham to, co robię, ale tych obrazków nie zapomnę do końca życia. Jeżeli czegoś żałuję, to właśnie tego, że się tam wybrałem.

*

Fragment o korridzie z wywiadu ze Szczepanem Janusem (całość TUTAJ).

Napisałem gdzieś, że ludzie, którym korrida sprawia frajdę, są pojebani i pierdolnięci. Zdania nie zmieniłem. Podczas święta ukazania się Matki Boskiej, Fiestas del Pilar, byłem w Saragossie. Jak to Hiszpanie, bawią się kilka dni. Jednym z głównych punktów obchodów są właśnie… no właśnie, co? Nie mogę tego nazwać walkami byków, bo walki byków były w Fudżejrze. To bardziej krwawe „zabawy” z bezbronnymi zwierzętami. Nam się wydaje, że stoi gość z płachtą, bawi się z byczkiem, no i czasem go zabije. Okazuje się, że cały proces tego, co znamy pod pojęciem korridy, ma bardzo drastyczny, określony scenariusz – byk musi zginąć. W Hiszpanii to bardzo popularne wydarzenie. Miałem problemy z zakupem biletów, mimo że najtańsze kosztowały trzydzieści euro, na ogromny stadion pamiętający jeszcze szesnasty wiek. Dziesięć tysięcy miejsc, wszystkie sprzedane. Siadasz na kamieniu, nie masz żadnych krzesełek. To daje niesamowite wrażenia. Główny punkt programu z bykami zaczyna się około 18. Kiedy pojawiłem się pod tym stadionem, myślałem, że przyszedłem na Wimbledon. Laski wystrojone w kiecki, mężczyźni w garniakach. Przychodzi wyższa klasa społeczna. Zresztą, ktoś musi płacić za te bilety, których ceny dochodzą nawet do 80 euro. Siedzą sobie w knajpach wokół stadionu, sączą drinki, szampany. Wydają się normalni, z wyższej klasy społecznej, ale ja ciągle nie mogę zrozumieć, jak ci ludzie mogą się tym fascynować?

Było trzech toreadorów. Każdy walczył z dwoma lub trzema bykami – dokładnie nie pamiętam – więc odbywało sześć lub dziewięć walk. Blisko barierek zbudowanych jest kilka małych murków, tak aby byk nie mógł wsadzić tam głowy. Wychodzą z nich pomocnicy. Zwierzę biegnie przez cały ring, oni się chowają, w tym momencie inni wychodzą z drugiej strony. I tak przez kilka minut biedak goni w obie strony. Gdy jest już wypruty z sił, wychodzi toreador, wbija mu w ciało szpikulce, po jakimś czasie na opancerzonym koniu wjeżdża koleś z piką. Podjeżdża do byka, celuje w kark… Potem znów wychodzi główna gwiazda wieczoru z czerwoną szmatą. I „bawi się” z tym poobijanym bykiem, który ma wbitą w kark pikę i kilka szpikulców. Byk walczy resztkami sił, a tu wychodzi taki cwaniak i robi show… to podnieca ludzi. Kiedy przegoni go kilka razy, wyciąga sztylet. Byk zazwyczaj pada ze zmęczenia, klęczy na przednich kolanach. On podchodzi i go zabija.

Reakcje publiczności są bardzo zróżnicowane. Wydaje mi się, że chodzi im o to, żeby zabić go za pierwszym dźgnięciem. Jak wbije drugi raz, pojawiają się gwizdy, przy trzeciej próbie to już w ogóle. Takim sposobem podczas jednej imprezy ginie kilka byków i to jest nieuniknione. Każdy z nich musi zginąć, taki jest scenariusz. To są ogromne zwierzęta, ważące ponad tonę. Mają imiona, ktoś hodował je od małego tylko po to, żeby danego dnia inny je zadźgał. Człowiek się nim opiekował, dbał o nie, a potem wysyłał je na śmierć. Żeby podniecać ludzi lejącą się krwią. Autentycznie, byłem wstrząśnięty.

Do Sarogossy pojechałem do mojego przyjaciela z Krakowa, który jest Hiszpanem. Kilka dni przed wyjazdem okazało się, że nie będzie mógł jechać, bo cofnęli mu w pracy urlop. Po wszystkim opowiadam mu o swoich wrażeniach. Dziwię się, jak bardzo trzeba być pojebanym, żeby to kogoś bawiło. On mnie nie rozumiał. Dla niego to normalka, codzienność. Jego tłumaczenie? Po prostu tego nie rozumiesz! Wychował się na tym od dziecka, uważa to za coś normalnego… nie ogarniam tego. To straszne doświadczenie. Poszedłem tak pierwszy i ostatni raz.

*

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Najnowsze

Komentarze

3 komentarze

Loading...