Zapomnieć chwilowo o troskach, podpisać ostatnie papiery i udać się na bal

Piotr Tomasik

23 sierpnia 2016, 11:23 • 3 min czytania

„Proszę podpisać jeszcze tu i tu i sprawa załatwiona. Przelew puścimy w ciągu siedmiu dni roboczych”. To już ostatnia formalność przed rozłożeniem czerwonego dywanu prowadzącego do otwartych na oścież drzwi z przybitą do nich tabliczką „Champions League”. Po dwudziestu latach taplania się polskich drużyn w błocie czy też – jak kto woli – po kilku tygodniach podejmowania przez Legię bezskutecznych prób odbicia się od dna, w końcu nadszedł ten szczególny dzień. Dzień, w którym pod nosem nieśmiało uśmiechnie się pewnie nawet Jakub Rzeźniczak, zaś Besnik Hasi będzie mógł choć na chwilę schronić się w kącie płonącego pomieszczenia, do którego nie zdążył dotrzeć jeszcze ogień. 

Zapomnieć chwilowo o troskach, podpisać ostatnie papiery i udać się na bal
Reklama

Można się sprzeczać, czy awans Legii do Ligi Mistrzów po przejściu w – delikatnie rzecz ujmując – niezbyt cieszącym oko stylu drabinki śmiechu, na której szczycie mistrzowi Polski przyszło się zmierzyć z półamatorską drużyną z Irlandii, można uważać za największy sukces polskiej piłki klubowej na przestrzeni minionych dwudziestu lat. Mając na względzie obecną (anty)formę „Wojskowych” nie da się bowiem zaprzeczyć, że szczęście w losowaniu miało ogromny wpływ na ostateczne powodzenie misji. Pisząc wprost – do Ligi Mistrzów awansuje dziś paradoksalnie jeden z najgorszych, a przynajmniej znajdujący się w swojej najgorszej dyspozycji w momencie toczenia boju o udział w najbardziej prestiżowych rozgrywkach Starego Kontynentu, mistrz Polski ostatnich lat.

Jakkolwiek jednak spojrzeć, po dwóch dekadach dobijania się do bram piłkarskiego raju w nadziei na to, że Święty Piotr w końcu odpowie na błagalne prośby, zlituje się, otworzy wrota i z dobrotliwym uśmiechem na ustach zaprosi któregoś z naszych przedstawicieli do środka, wreszcie przyszedł czas na to, by – przynajmniej w Warszawie – choć na moment, niezależnie od okoliczności, przestać rozpamiętywać mniej lub bardziej piękne porażki z przeszłości i cieszyć się chwilą. By w końcu po latach błądzenia za kroplą wody na pustyni powiedzieć sobie: „mamy to i już nikt nam tego nie zabierze”. A że do Ligi Mistrzów nie dostanie się kilka znacznie lepszych drużyn? Nie nasze małpy, nie nasz cyrk. Dali, to wzięliśmy. Tylko idiota by nie skorzystał.

Reklama

Sam przebieg spotkania będzie – co tu dużo gadać – kwestią absolutnie drugorzędną. Tak naprawdę ma ono stanowić wyłącznie preludium do wielkiego, długo wyczekiwanego świętowania, po którym w stolicy nastąpi jutro najprawdopodobniej wysyp masowych urlopów na żądanie, a pracodawcy urządzą z rana łapankę pod Pałacem Kultury i Nauki. Pokaz fajerwerków ma się bowiem odbyć nie na murawie, lecz poza nią. Nikt o zdrowych zmysłach na stadion przy Łazienkowskiej nie przyjdzie dziś w pierwszej kolejności po to, by rozpływać się nad grą Legii. Nie po tym, co stołeczna ekipa pokazywała w ostatnich tygodniach. Niezależnie od postawy podopiecznych Besnika Hasiego, bardziej niż ścięcie w pięknym stylu ograniczonego piłkarsko rywala, liczyć się będzie bowiem – osiągnięty choćby wskutek wspinaczki po trupach do celu – sam awans.

Jasne, za chwilę trzeba będzie wybudzić się z pięknego snu i na nowo stanąć twarzą w twarz z roztaczającymi się na horyzoncie problemami, które po dobiciu się do Champions League nie znikną przecież z dnia na dzień jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Potyczka z Dundalk będzie raczej po prostu złapaniem chwilowego oddechu dla tonącego. Dziś balujemy, a martwić będziemy się jutro? Trochę na pewno tak. Czy jednak – tak na logikę – coś jest tak naprawdę w stanie w większym stopniu podnieść morale zespołu niż awans do Champions League? Bo przecież o tym, że głównym problemem „Wojskowych” na tę chwilę nie są umiejętności czysto piłkarskie, a właśnie psychika, nie trzeba nikogo chyba zbyt długo przekonywać.

Jeśli natomiast Dundalk zdoła dziś jakimś cudem odrobić straty z pierwszego spotkania… Nie, to wykracza już nawet poza nasze zdolności postrzegania wszechświata i snucia wizji alternatywnych rzeczywistości. Awans Irlandczyków byłby zbyt mało wiarygodny nawet jak na scenariusz filmu science fiction.

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Anglia

Manchester City osłabiony. Kontuzje wymuszają działania transferowe

Wojciech Piela
1
Manchester City osłabiony. Kontuzje wymuszają działania transferowe
Anglia

Oficjalnie: Nowy rozdział na Stamford Bridge. Chelsea ogłosiła trenera

Wojciech Piela
3
Oficjalnie: Nowy rozdział na Stamford Bridge. Chelsea ogłosiła trenera
Reklama
Reklama