Jeśli na liście noworocznych postanowień piłkarzy Manchesteru United znajdowała się pozycja pt. „w końcu przestać wkurzać swoich fanów”, to właśnie udało się postawić pierwszy krok w kierunku jej realizacji. Podopieczni Louisa van Gaala nareszcie zrobili to, czego nie potrafili dokonać przez cały grudzień i część listopada (ogółem przez osiem spotkań) – wygrali mecz. Niby dla takiej ekipy nie powinno być to coś wielkiego, ale sytuacja w ostatnich tygodniach była tak niewesoła, że kamień spadający z serc kibiców zgromadzonych na Old Trafford było słychać aż w Warszawie. 

Koniec koszmaru United. Fabiański blisko zdobycia efektownej bramki!

Wygrana ta smakuje tym lepiej, że droga prowadząca do przerwania beznadziejnej serii na pewno nie należała do tych usłanych różami. Raczej pełna była pagórków, dziur i zakrętów. Rywal – Swansea City – znajdujący się znacznie niżej w tabeli, ale za to z patentem na Czerwone Diabły. Ekipa Łukasza Fabiańskiego wygrała wszystkie trzy ostatnie potyczki z tym przeciwnikiem. W dodatku w poprzednich meczach nie traciła bramek (trzy czyste konta z rzędu), a to – biorąc pod uwagę skuteczność Rooneya i spółki – zwiastowało problemy.

No i pierwsza połowa rzeczywiście była przedłużeniem męczarni zarówno piłkarzy próbujących się przełamać, a także kibiców oglądających te próby. W sumie nic nowego – jeśli spojrzymy na ostatnie dziewięć spotkań Man Utd na własnym stadionie, to w pierwszych połowach… padła ledwie jedna bramka. I to bynajmniej nie za sprawą gracza gospodarzy, a zawodnika Norwich City. Przesadą byłoby napisać, że w pierwszej części gry nie działo się nic. Od czasu do czasu realizator pokazywał nam na zbliżeniach Fabiańskiego. Polak wyłapał wszystkie piłki lecące w światło bramki. Wszystkie trzy…

Do 317 minut udało mu się przedłużyć serię bez wpuszczonej bramki. Na początku drugiej połowy skapitulował po główce Martiala. Punkt zwrotny? Jeśli tak, to dla… Swansea. Od momentu bramki piłkarze Manchesteru przyjęli minimalistyczną postawę – „swoje zrobiliśmy, dajcie nam spokój”. A goście w końcu nabrali ochoty, by trochę uprzykrzyć im życie. Andre Ayew trafił w słupek – to było pierwsze bardzo poważne ostrzeżenie. A później już konkret – Gylfi Sigurdsson skorzystał z dobrego dośrodkowania i głową zapakował piłkę do siatki. Van Gaala znów miał tę swoją minę, którą można by straszyć niegrzeczne dzieci.

Jeśli oglądaliście poprzednie mecze Manchesteru United, doskonale wiecie, że często do przechylenia szali na swoją korzyść brakowało tej drużynie detali. Na przykład tego, by w jednej akcji dwóch piłkarzy z rzędu pokazało klasę. Generalnie zespoły na tym poziomie, które naszpikowane są gwiazdami, nie mają z tym większego problemu. Czerwone Diabły miały. Do dziś, do 77. minuty… Wtedy obejrzeliśmy takie cacko…

Wayne Rooney. Gość, który od jakiegoś czasu ma wielki problem z wyborem właściwego rozwiązania w banalnie prostych sytuacjach strzeleckich, dziś bezczelnie trafia do siatki po strzale piętą. Skąd miał w sobie tyle pewności siebie, że w ogóle zdecydował się na taką próbę – nie pytajcie, nie wiadomo. Dogranie Martiala też oczywiście pierwsza klasa. 2-1.

Goście jednak nie zamierzali odpuścić. Ostatecznie nie udało się już nic wskórać, Old Trafford w końcu może świętować, ale nie zgadniecie, kto był najbliżej zdobycia bramki wyrównującej…