– Chcąc walczyć o Ligę Mistrzów, musimy skompletować kadrę szybko i sprawnie – zapowiedział niedawno holenderski duet Maaskant – Valcx. Dziś mamy tego pierwszy efekt. 31-letni Ivica Iliev. Ni to napastnik, ni skrzydłowy. Towar drugiej świeżości, czy jednak zastrzyk rutyny i cennego doświadczenia? Bez wątpienia facet, który już na starcie podzielił kibiców Wisły Kraków na entuzjastów i zdecydowanych krytyków. Przeczytajcie, kim jest zawodnik, który ma pomóc w pierwszym od 1996 roku awansie polskiej drużyny do fazy grupowej Champions League.
Zaczęło się od małego zamieszania. Wisła potwierdziła transfer dopiero w piątek, choć sam Iliev chwalił się nowym kontraktem niemal tydzień wcześniej. Jak się okazało, podszedł do tematu oryginalnie i dosyć na luzie. Ustalił najważniejsze punkty umowy, po czym zamiast ją podpisać, postanowił wybrać się na wczasy. Ostatnie szczegóły ustalał już przez telefon, a parafkę złożył dopiero po powrocie. – Osiągnąłem z Partizanem wszystko, co mogłem. Nie wierzę, że uda mi się powtórzyć drugi tak dobry sezon, więc lepiej, by zapamiętano mnie właśnie z tego okresu – zadeklarował na odchodne.

Ivica Iliev: snajper, który okazał się skrzydłowym

„Mówi, jakby przyjeżdżał tu na kolejne wczasy. Nie ma niczego powtarzać, tylko być jeszcze lepszy” – zawrzały wiślackie fora. Ale Iliev faktycznie zrobił w Partizanie wszystko, co mógł. W jednym sezonie „skasował” krajowy puchar, mistrzostwo i tytuł króla strzelców. W plebiscycie serbskiej federacji sześciu trenerów uznało go najlepszym piłkarzem sezonu. Strzelił trzynaście goli i zaliczył sześć asyst. Choć w przeszłości proporcje na ogół układały się na odwrót. – Nigdy nie zdobywał wielu bramek, bo jest tak naprawdę typowym skrzydłowym. Zawodnik o nietuzinkowych umiejętnościach z dobrym przyspieszeniem i celnym dośrodkowaniem. Potrafi zejść do środka, dryblując na małej przestrzeni dwóch, trzech rywali. To jego najsilniejsza broń – mówi Tomasz Rząsa, który był niegdyś klubowym kolegą Ilieva i do dziś utrzymuje z nim kontakt.

Po raz pierwszy spotkali się w sezonie 2003/2004. Partizan niespodziewanie wyeliminował Newcastle United i awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Iliev strzelił akurat decydującego gola na St. James’s Park, odrabiając straty z Belgradu i doprowadzając do karnych. – W fazie grupowej graliśmy z Realem, Porto, Marsyliąâ€¦ I Iliev naprawdę poczynał sobie z nimi bez kompleksów. Robił różnicę – wspomina Rząsa. Wisła zdecydowała się na transfer, bo potrzebowała przede wszystkim zawodnika wszechstronnego. – Może być dla nas kimś takim, jak Małecki i Melikson, którzy w razie kartek czy kontuzji poradzą sobie na różnych pozycjach – uważa Maaskant.

C-KLASOWA ZSYŁKA

Jeszcze dziesięć lat temu Iliev uważany był za jednego z najzdolniejszych Serbów swojej generacji. Rozegrał 150 spotkań w lidze, w reprezentacji strzelił gola w meczu z Polską i w wieku 25 lat ruszył na Zachód. Menedżer najpierw negocjował z hiszpańską Mallorcą. Wreszcie załatwił mu kontrakt na Sycylii – w pukającej do bram Serie A Messinie. – Po pierwszym, udanym sezonie, w którym grałem regularnie, popadłem w konflikt z trenerem Bruno Giordano i zostałem wypożyczony do Genoi – opowiadał serbskim dziennikarzom.

Występy w Serie C nie były szczytem jego marzeń. Genoa walczyła wprawdzie o awans, ale ujemne punkty za ustawiony mecz z Venezią skutecznie ciągnęły ją w dół. Pomimo powrotu do Messiny, kariera Ilieva zwolniła tempo. Może był za słaby, a może po prostu nie błyszczał jak cała drużyna, która tydzień w tydzień walczyła o ligowy byt, wreszcie kończąc zasłużonym spadkiem.

Po trzech latach na Sycylii, przeniósł się do gorących Salonik. – Był niezłym zawodnikiem, ale PAOK miał akurat bardzo kiepski okres. Nie szło całej drużynie. Skończyliśmy sezon w drugiej dziesiątce tabeli – opowiada Mirosław Sznaucner. Długo szuka w pamięci czegoś, co charakteryzowałoby Serba. Chwali, choć trudno stwierdzić czy szczerze, czy tylko z kurtuazji. – Myślę, że będzie dla Wisły wzmocnieniem. Pamiętam, że robił nam dużo karnych. Chyba cztery albo nawet pięć w sezonie. Wbiegał na szybkości między obrońców i nabierał ich tak, że sędziowie dyktowali „jedenastki” – dodaje Sznaucner.


NIEMIECKI DRIBBELKÖNIG

Każdy zapytany o Ilieva potwierdza, że akcje „jeden na jeden” to jego najmocniejsza broń. Jako piłkarz Energie Cottbuss został nominowany do nagrody „Dribbelkönig der Saison” (król dryblingu). W meczu z Werderem Brema najpierw czysto odebrał piłkę na skrzydle, po czym przebiegł dziesięć kroków między obrońcami i soczyście uderzył przy słupku.

W zespole spod polskiej granicy wywalczył sobie stałe miejsce. Zaczął się spłacać – zdobył trzy bramki, zaliczył pięć asyst, ale i tak nie utrzymał się w klubie dłużej niż rok. Podobnie, jak sezon wcześniej w PAOK-u i później w Maccabi Tel Awiw. Znów zaczął świetnie – regularnie strzelał lub asystował. Wydawało się, że zatrzymają go na dłużej i pewnie tak by się stało, gdyby nie kontuzja, która wyłączyła go na kilka dobrych miesięcy. Całą rundę wiosenną, zamiast grać, spacerował po galeriach handlowych w towarzystwie Andreja Komaca. Błyszczał w mediach, udzielał wywiadów, a nawet realizował ekskluzywne foto-sesje z rodziną.

– Wcale nie dziwię się, że się na nie zgadzał, bo Ivica to bardzo skromny i kontaktowy chłopak, który zupełnie nie potwierdza stereotypu butnego i charakternego Serba – uważa Rząsa. I choć we Włoszech jeździł wypasionym Chevroletem Corvette, rzeczywiście nie sprawia wrażenia gościa, któremu nadmiar kasy przewrócił w głowie.

Image and video hosting by TinyPic

– Jestem raczej taki „family-man”. Imprezy w dyskotekach czy wyjścia na miasto, to już nie ten czas –przytakuje sam Iliev. Ł»onaty od sześciu lat, z dwójką dzieci, nie wyobraża sobie, by rodzina nie towarzyszyła mu na każdym etapie kariery. Starszy syn – Leon urodził się we Włoszech. Córka Lara niedługo później w Grecji. Właśnie ze względu na rodzinę przed rokiem zdecydował się wrócić do Partizana. Tego samego, do którego ojciec, z pochodzenia Macedończyk, prowadził go na pierwszy trening. – Do dziś, gdy kibice śpiewają „Fudbalski to je hram”, przechodzą mnie ciarki po plecach. Po kilku latach za granicą zacząłem odczuwać brak rodziny i znajomych. A skoro już trochę zarobiłem, postanowiłem wrócić. Gdybym myślał tylko o pieniądzach, pojechałbym do Chin, skąd też miałem oferty – przekonuje.


NAJLEPSZA KAWA W MIEŚCIE

Po powrocie do Serbii kupił dom w miejscowości KoŁ¡utnjak pod Belgradem. Nieopodal mieszka jego brat Boban, który na co dzień dogląda wspólnych interesów. Od kilku lat prowadzi mały ośrodek sportowy z krytym boiskiem oraz kawiarnię… „Leon”. Od imienia syna, a jakże. – Bardzo lubię to miejsce. Myślę, że mamy najlepszą kawę w mieście – zachwala Iliev.

Po roku pobytu w Belgradzie, interesami znów będzie musiał zająć się brat. – Kiedy jesteś na topie, czasem potrzebujesz nowych wyzwań. Dlatego zdecydowałem się na Wisłę. Chciałbym znów zagrać w Lidze Mistrzów – tłumaczył podczas powitalnej prezentacji w Krakowie. Wisła nie zapłaciła za niego ani centa.

Być może Iliev nie zrobił dotąd oszałamiającej kariery. Nie przebił się do kadry Serbii, a jego CV w perspektywie walki o Champions League nie rzuca na kolana, ale na polską ligę może wystarczyć. Nawet jeśli sam przyznaje, że do zawieszenia butów na kołku bliżej mu już niż dalej.

– Ivica to taki „all-round attacker”. Zawodnik z doświadczeniem, jakiego potrzebowaliśmy – mówi dyrektor sportowy Stan Valcx. I w zasadzie, po transferach, jakie dotąd przeprowadził, nie ma zbyt wielu powodów, by mu nie wierzyć.


PAWEŁ MUZYKA