Wisła bardzo nie chce wygrać – zaczęła nawet blokować własne strzały
Weszło

Wisła bardzo nie chce wygrać – zaczęła nawet blokować własne strzały

Kto z nas tego nie przeżywał: jak nie idzie, to już po całości. Najpierw budzik w magiczny sposób nie zadzwoni, potem samochód nie chce odpalić, następnie autobus się spóźnia, dalej w pracy wylewa się kawa na klawiaturę, po powrocie do domu żona robi awanturę, bo pełny kubeł śmieci nagle urósł do sprawy wagi państwowej. Tylko współczuć po takim festiwalu pecha. I cóż, tak jak wielokrotnie narzekaliśmy na grę Wisły, bo ta wołała o pomstę do nieba, tak dzisiaj wręcz już nie mamy siły i sumienia mocno po niej jechać.

Czy zasłużyła na choćby remis? Tak. Czy ma po spotkaniu z Lechią choćby ten jeden punkt? A gdzie tam.

Wszystko rozbiło się o skuteczność. Skowronek może mazać po swojej tablicy, pokazywać kto ma gdzie biegać i po co, siedzieć w klubie 24 godziny, przyjmować swoich piłkarzy z każdą pierdołą, ale co ma zrobić, gdy widzi tak fatalne pudło Jean Carlosa, jak dzisiaj?

Jedynie przeżegnać się nogą.

Przecież to jest jakaś abstrakcja, jak w takiej sytuacji niby zawodowy piłkarz może nie trafić w bramkę. Fila zachował się jak parodysta, prawda, bo w prostej sytuacji wybił futbolówkę prosto pod nogi Hiszpana, ale co powiedzieć właśnie o Carlosie? Patelnia tak wielka, że całe wojsko by się najadło i jeszcze by zostało na śniadanie. Alomerović bezradny, nie przemieści się przy dobrym strzale na tyle szybko, żeby to odbić. Tylko wykonać wyrok. Niestety Carlos to – okazało się – pacyfista. Puścił jakiegoś flaka, nawet nie trafił w bramkę. Koszmar.

Tutaj wyszedł brak umiejętności, ale co powiedzieć o sytuacjach Pawłowskiego? Przecież to już rzeczywiście był pech. Raz wydawało się, że po jego strzale piłka idzie między widły, natomiast nie mogliśmy tego sprawdzić na pewno, bo na jej drodze stanął… Błaszczykowski. Pawłowski się jednak nie zrażał, po jakimś czasie spróbował ponownie, ale znów został zablokowany. Przez… Maka.

Rany boskie – boisko jest całkiem duże, zmieści się na nim sporo osób, a Wisła dwa razy trafia w swojego. Futbol w złośliwości ma złoty medal. Ba, obsadza całe podium.

Naprawdę starali się Wiślacy, naprawdę nie odstawali od ligowego poziomu, bo potrafili zepchnąć Lechię do defensywy, kiedy ta podobno chce zdradzać mistrzowskie aspiracje. No, ale zawsze czegoś brakowało. Albo Carlos się kompromitował, albo pecha miał Pawłowski, albo Nalepa z Malocą rozpaczliwie blokowali kolejne próby. Nie było potrzebnych ułamków sekund, brakowało koniecznych centymetrów.

I niestety, ale zawstydzający licznik bije dalej. Wisła poniosła dziewiątą porażkę z rzędu. Wisła jest bez zwycięstwa w lidze od 31 sierpnia. Wreszcie: Wisła nie potrafi strzelić gola z gry od 12. kolejki (teraz graliśmy siedemnastą). Dzisiaj można więc pocieszać kibiców i piłkarzy Białej Gwiazdy, że nie było tak źle, głowa do góry, ale za miłe słowa nikt się jeszcze nie utrzymał.

A Lechia? Cóż, zrobiła to, czego nie potrafiła zrobić Wisła, czyli miała jedną-dwie patelnie i chociaż raz skierowała piłkę do siatki, za sprawą Paixao. Natomiast trudno nie odnieść wrażenia, że ten zespół stanął w miejscu i się nie rozwija. Owszem, ekipa Stokowca wygrała dwa ostatnie mecze, ale też z kim, z samym dołem tabeli. I dzisiaj po strzelonej bramce dostaliśmy ten sam scenariusz co zwykle. Czyli niby kontrujemy, ale bez ciśnienia. Lepiej się bronić, potem bronić, następnie bronić, ale już rozpaczliwie. Uff, dotrwaliśmy do końca meczu. Hurra!

Nie, panowie, uwierzcie – tak to wy daleko nie zajedziecie. Lechia ma przecież niezły arsenał ofensywny, ale od dłuższego czasu niezbyt potrafi z niego korzystać. Byle dojechać do skrzydła i wrzucić, co potem, zobaczymy. Co się dzieje z Haraslinem, który powoli staje się jednym z bardziej irytujących skrzydłowych ligi przez swoją nieskuteczność? Cóż, to tajemnica do rozwiązania na inną porę.

I tak wystarczająco głowiliśmy się nad tym, jak Wisła dzisiaj nie dała rady zrobić choćby punktu.

oceny2

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (22)