post Avatar

Opublikowane 16.07.2019 11:56 przez

redakcja

Przez całą karierę zawodniczą zaledwie cztery razy zdobył punkty do klasyfikacji Pucharu Świata. Kiedy odwieszał narty na kołek wyłącznie szaleńcy mogli zakładać, że za dekadę poprowadzi polskich skoczków do medali igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Chociaż dwukrotnie otrzymywał tytuł Trenera Roku (2013 i 2014), to w 2016 roku pożegnano go bez żalu. Po przygodzie z reprezentacją Włoch wraca nad Wisłę z zadaniem zbudowania silnej kadry kobiet.

Z Łukaszem Kruczkiem porozmawialiśmy o obecnym wyzwaniu, ale też o naradzie przed konkursem olimpijskim w Soczi, absurdach włoskiej federacji, odchudzaniu u nastolatek i relacji z Adam Małyszem.

***

CHCESZ SPRÓBOWAĆ SWOICH SIŁ? WYŚLIJ NAM TEKST NA [email protected]

Funkcję głównego trenera kadry A obejmował pan w wieku 33 lat. Był pan wtedy gotowy na takie wyzwanie?

Myślę, że w życiu trzeba zaryzykować. Ja zaryzykowałem, równie mocno zaryzykował prezes Tajner. W teorii byłem gotów. W aspekcie merytorycznym, kwestiach logistycznych miałem wszystko poukładane. Po kilku miesiącach pracy odkryłem jednak, że teoria i praktyka to dwie różne sprawy. Najtrudniejszym okazało się rozwiązanie tematu Adama Małysza…

Czyli byłego kolegi z kadry. W mediach pojawiały się opinie, że skoczek bez wyników ma teraz odpowiadać za jednego z najlepszych skoczków w historii.

Adam bardzo silnie oddziaływał na grupę. Kiedy skakał dobrze, to generalnie miałem łatwość pracy z pozostałymi zawodnikami. W momencie kiedy ten najlepszy zawodnik, już niekoniecznie Adam, bo później był nim Kamil, ma jakieś problemy, to przenosi się to na resztę grupy. Nerwowość pojawiała się nie tylko u zawodników, ale też u członków sztabu.

Ostatecznie Adam Małysz powrócił do pracy z Hannu Lepistoe, a pan pracował z resztą zawodników. Mając dzisiejsze doświadczenie byłby pan w stanie zapanować nad relacją trener-zawodnik z Małyszem?

Pewnie tak, ale do tego już nie wrócimy. Doświadczenia nie da się wyczytać z książek, to trzeba przeżyć. Elementy, które wtedy zawiodły już przepracowałem; rozmawiałem nawet ostatnio o tym z Adamem. Teraz to jest dla nas jasne co trzeba było zrobić, jednak decyzje trzeba podejmować na gorąco. Wtedy wydawały się one słuszne, ale nie przyniosły spodziewanych efektów.

Za dużo rozmawiał pan z Małyszem, a brakowało uderzenia pięścią w stół?

Nie, tu raczej chodziło o kwestię pełnego zaufania i mimo wszystko posiadania autorytetu u zawodnika. Mówimy o relacji obopólnej: czasami problem jest po stronie trenera, a czasami po stronie zawodnika. Problem nie wynika z tego, że skoczek nie chce lub nie wierzy w przyjęty plan. W sporcie czasami brakuje małego punkcika, który pozwala na pełne rozpędzenie maszyny.

Funkcję trenera kadry kobiet obejmuje pan mając w swoim dorobku medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. Chyba łatwiej od razu pociągnąć i przekonać grupę do realizacji wytyczonego planu?

Teraz za moim słowami przemawiają konkretne osiągnięcia. Wcześniej tego nie było. Oczywiście medale, które są w mojej historii, to zasługa całego sztabu. Podczas pracy z reprezentacją mężczyzn skompletowaliśmy świetny zespól ludzi, który dawał z siebie 100%. Bez wsparcia współpracowników, sam z zawodnikami nie zrobiłbym takich wyników. Skoczkowie uwierzyli w naszą wizję, co przyniosło wynik Teraz przychodzę z dużym bagażem doświadczeń. Muszę zbudować taką samą grupę zawodników i członków sztabu, którzy również uwierzą i pójdą tą samą drogą.

Co ważniejsze, nie musi pan już walczyć z tezą, że słaby zawodnik nie może być dobrym trenerem. Bolały pana takie opinie, które padały dziesięć lat temu?

Nie chciałem nic nikomu udowadniać. Myślę, że tego typu hasła, w ogóle jeżeli chodzi o różne dyscypliny sportu, rozpowszechniają mało inteligentni ludzie. Trzeba pamiętać, że zawodnik często nie jest słaby, bo nie wie lub czegoś nie potrafi, tylko dlatego, że ma pewne ograniczenia, których nie przekroczy. Możemy mieć skoczka ze świetną dynamiką, super psychiką, ale będzie miał kilka kilogramów za dużo, których fizjologia nie pozwoli mu zrzucić. Taki ktoś nigdy nie będzie mistrzem świata. Może się jednak okazać, że posiadaną wiedzę będzie potrafił w umiejętny sposób przekazać innym i zostanie znakomitym trenerem.

Miał pan okazję pracować z medalistami największych imprez, byli to jednak mężczyźni. Jak się pan odnajduje w relacji z grupą młodych dziewczyn?

Nie było większego problemu, by znaleźć wspólny język z dziewczynami. Mam córkę w podobnym wieku, która również jest sportowcem, więc wiele kwestii już w praktyce przerabiałem. Na bieżąco wychodzą nowe sprawy, którymi dziewczyny mnie zaskakują, jednak bardziej jako zawodniczki niż kobiety. Uważam, że nie powinniśmy szczególnie demonizować płci zawodnika. Chodzi raczej o charakter skoczka lub skoczkini. Niektórzy zawodnicy wymagają bardzo twardego prowadzenia, tylko tak można do nich dotrzeć. Są też tacy, których trzeba przysłowiowo głaskać  i to jest najskuteczniejsze. Dziewczyny trochę szybciej pokazują emocje, co może pomóc łatwiej zdiagnozować powstające problemy.

Krótko po rozpoczęciu pracy z kadrą kobiet mówił pan, że sztab jest jeszcze w budowie. Wiadomo już kto ostatecznie się w nim znajdzie?

Docelowo, w perspektywie nawet nie tego sezonu, ale kolejnych lat, sztab będzie rozbudowany. Chciałbym, żeby takie osoby jak fizjoterapeuta, który jest z nami na zasadzie współpracy, był na stałe w grupie.

Czyli na zawodach fizjoterapeuta nie będzie z wami?

Będzie, ale nie na wszystkich. Zdecydowanie więcej pracy do wykonania jest poza zawodami niż na samych konkursach. Trzeba popracować  nad postawą zawodniczek, żeby wykonywały poprawnie ćwiczenia. Dziewczyny mają braki nawet w tak elementarnych kwestiach, jak odpowiednie napięcie mięśni, co skutkuje problemami w locie.

Podsumowując kwestie sztabu: pan, jako kapitan tego okrętu, asystent Marcin Bachleda, fizjoterapeuta…

Jeżeli chodzi o kwestie trenerskie, to będzie nas wspomagał jeszcze Wojciech Tajner. Do tego dojdzie psycholog. Dziewczyny rozpoczęły też pracę z dietetykiem.

Dieta w skokach narciarskich kobiet to bardzo wrażliwa kwestia?

Dlaczego?

Trudno chyba powiedzieć nastolatce, że musi schudnąć 5 kilogramów.

Wiadomo, że żadna z dziewczyn nie ma nadwagi. Mają normalną, naturalną figurę. Skoki jednak nie zawsze są normalne. Nie chodzi o to, by powiedzieć zawodniczce, że musi obniżyć wagę i ją z tym zostawić. Trzeba dać jej racjonalne narzędzia, by zagwarantować jej pełnowartościowe posiłki, a jednocześnie by mogła kontrolować swoje kilogramy.

Pracę trenera kadry kobiet rozpoczął pan od wytypowania pięciu zawodniczek, które będą tworzyły kadrę na najbliższy sezon. W jaki sposób dokonał Pan selekcji?

Nie oszukujmy się, wybór był ograniczony. Generalnie patrzyłem jak dziewczyny prezentowały się w ostatnim latach i jak wyglądał ranking. Zależało mi na zawodniczkach, które w perspektywie dwóch sezonów będą wstanie skutecznie skakać na dużych skoczniach. Problem był taki, że większość zawodów, o które budowany był ranking, odbywało się na skoczniach o punkcie konstrukcyjnym K70. Wyniki tam osiągane nie muszę wcale przekładać się na skoki na obiektach K120. Będziemy zmuszeni na bieżąco to weryfikować. Ważnym elementem selekcji były też indywidualne rozmowy z zawodniczkami.

A jeżeli chodzi o konkretne liczby? Z ilu zawodniczek wybrał pan piątkę, która znalazła się w kadrze?

Selekcję można było poszerzyć, ale ograniczyliśmy się do zawodniczek z rocznika 2002. Jest fajna grupa dziewczyn w przedział 2004-2006, ale uznaliśmy, że są zbyt młode stażem i wiekiem, by objąć je szkoleniem centralnym. Dla nich priorytetem powinno być szkolenie w klubach i szkołach sportowych. Z tych zawodniczek jest stworzona tak zwana rezerwa. Jeżeli jednak, któraś z nich zacznie się szybko wybijać, to będziemy mogli je łatwo powołać na zawody lub zgrupowanie.

To skupmy się na tych, które potwierdziły, że są gotowe do rywalizacji w Pucharze Świata. Łatwiej pracuje się z Kamilą Karpiel, która jest wulkanem emocji i jest jej wszędzie pełno, czy z Kingą Rajdą, która jest bardzie zamknięta i skupiona?

Zgadza się, każda z nich to  zupełnie inna osobowość. Mówi się o budowaniu języka komunikacji, ale na razie komunikuje się grupa. Sprawa odpowiedniego bodźcowania poszczególnych zawodniczek, dotarcia do nich, to kwestia dla mnie do dopracowania. Pewne komunikaty i zachowania funkcjonują teraz, ale nie wiemy jak będzie, kiedy zacznie się sezon startowy i stres się nawarstwi.

Jako zawodnik i trener miał pan okazję podpatrywać wielu szkoleniowców. Od kogo najwięcej pan czerpie?

Wydaje mi się, że z każdej współpracy coś wyciągnąłem. Najpierw jako zawodnik pracowałem z Pavlem Mikeską, który był twardym trenerem, nieznoszącym słowa sprzeciwu. Nigdy nie było z nim dyskusji. Później przyszedł Apoloniusz Tajner, który jako pierwszy zbudował sztab szkoleniowy z prawdziwego zdarzenia. Nie opierało się to tylko o dwóch trenerów, ale był również fizjolog, psycholog, fizjoterapeuta. Pozwoliło mi to poznać skoki od strony naukowej.

Do zawodu trenera wprowadzał mnie Heinza Kuttina. Choć sam był młodym szkoleniowcem, to przychodził do nas mając doświadczenia asystenta w kadrze Austrii, która była wówczas numerem 1 na świecie. On pokazał mi jak istotne są kwestie logistyczne, organizacyjne i sprzętowe. Później pojawił się Hannu Lepistoe i to był powrót trochę do czasów Mikeski. Był to trener ze starej szkoły, którego zdanie też było niepodważalne. Jednak potrafił przekazywać informacje w trochę inny sposób. Każdy miał swoje plusy, ale również wady, które nie pozwalały na funkcjonowanie wszystkich zawodników.

Wróćmy na chwilę do czasów, kiedy był pan czynnym zawodnikiem. Jakie to uczucie jechać na igrzyska olimpijskie do Salt Lake City i nie wystartować w żadnym z konkursów? Miał pan o to żal do Apoloniusza Tajnera?

Na igrzyska jechało nas sześciu, więc z góry było przesądzone, że ktoś będzie w takiej sytuacji. Będąc w pięciu, jest jeszcze szansa się gdzieś kolokwialnie mówiąc wcisnąć, w szóstce było ciężko. Przez całe igrzyska brałem udział we wszystkich oficjalnych treningach i starałem się wykrzesać z siebie jak najwięcej.

A jako jeden z bardziej doświadczonych zawodników wierzył pan w występ w konkursie drużynowym?

Tam już była wtedy dwójka młodych zawodników: Tomasz Pochwała i Tomisław Tajner, którzy byli na podobnym, a może na lepszym poziomie niż ja i Wojtek Skupień. Sam jako trener, który ma dwóch zawodników na równym poziomie, wolę postawić na tego bardziej perspektywicznego, by dać mu szansę na nabranie doświadczenia, które może zaprocentować w przyszłości.

Takie rozmowy kiedy trzeba powiedzieć zawodnikowi, że nie wystartuje w konkursie są dla pana trudne?

Trudniejsze są same decyzje, niż późniejsze rozmowy z zawodnikami. Kiedy mamy skoczków o podobnych umiejętnościach, to zawsze podejmuje się ryzyko. Jeżeli konkurs pójdzie po naszej myśli, to wszystko jest dobrze. Kiedy jednak coś nie wyjdzie, zawsze kotłuje się w głowie taka myśl: „Co by było gdybym postawił na innego zawodnika?” Oczywiście nigdy się tego nie dowiem, więc trzeba z tym żyć.

Czyli wypisz wymaluj sytuacji z Soczi, gdzie mógł pan postawić na solidnego Dawida Kubackiego lub nieobliczalnego Piotra Żyłę.

W Soczi poszliśmy va banque. Długo dyskutowaliśmy w sztabie czy wybrać wariant bezpieczny i mieć bardzo duże szanse na brąz albo postawić na Piotra i walczyć o trzecie złoto. Teraz to brzmi szalenie, wtedy w sumie… jeszcze bardziej, ale my wybraliśmy taką drogę.

Po wielkim sukcesie Kamila Stocha w Soczi pojawiały się głosy, że u pozostałych zawodników chce pan kopiować jego styl, co ostatecznie nie przyniosło efektu. Faktycznie uznał pan, że styl Kamila to perpetuum  mobile i będzie pasował do każdego ze skoczków?

Nie do końca. Wszystkich zawodników od początku szkoliliśmy według podobnego systemu. Najtrudniej było przekonać do tego Piotrka Żyłę, który miał swoją wizję. W jego przypadku poszliśmy na kompromis i w pewnym momencie wszystko dobrze zagrało. Oczywiście nasz system nie miał 100% skuteczności, ale dawał rezultaty u wielu zawodników. W sezonie 2012/2013 chłopcy od Engelbergu skakali całą zimę dobrze. Mieliśmy wiele miejsc w dziesiątce, na podium, czy nawet zwycięstwa Janka Ziobry i Piotra Żyły. Oczywiście trzeba być elastycznym i indywidualnie podchodzić do zawodników, ale ogólna filozofia skakania musi być wspólna.

Jako to jest wykonywać zawód, w którym jest może 50 etatów na całym świecie, które dają gwarancję godziwego wynagrodzenia? Jest obawa, że po wypełnieniu kontraktu w jednym miejscu telefon może nie zadzwonić?

Skoki to sport niszowy. Szkoleniem nie jest objęte kilkadziesiąt tysięcy zawodników, nie mamy kilku lig czy poziomów rozgrywkowych. Ryzyko braku pracy jest wpisane w ten fach. Musimy się z tym liczyć, że w pewnym momencie trafimy na przymusowy dłuższy urlop. Jednocześnie z tego powodu, że etatów jest tak niewiele, to łatwo się rozeznać, że coś się będzie zwalniało. Zawirowania z tego sezonu związane z kadrą męską w światku trenerskim były wiadome już od około trzech lat. Jednak dopiero wraz z oficjalną decyzją jednego z trenerów następuję tzw. zwolnienie blokady i cała maszyna rusza.

To chyba nie jedyny minus tej pracy. Pamiętam jak po zwycięstwach Kamila w Soczi cały naród wpadł w euforię. Pan został wybrany trenerem roku i był przedstawiany przez media i kibiców jako twórca potęgi polskich skoków na kolejne lata. Ci sami ludzie nie mieli jednak problemu, by po kolejny słabszym sezonie twierdzić, że coś się wypaliło i pana czas się skończył. Łatwo odnaleźć się w takiej schizofrenii otoczenia?

To jest naturalna kolej rzeczy, że coś przestaje działać. My, trenerzy, po odniesieniu sukcesów czasami zbyt kurczowo staramy trzymać się naszego stanowiska. Jak popatrzymy na drużyny piłkarskie, to widzimy wielu wybitnych trenerów, którzy cały czas krążą między klubami. Poza paroma wyjątkami, jak Alex Ferguson, nikt nie zatrzymuje się na dłużej w jednym miejscu. Oni i tak mają ten komfort, że mogą wymieniać zawodników i w ten sposób odświeżać relacje w grupie i szukać nowych bodźców. W kadrze skoczków wypalenie prędzej czy później przychodzi; pewne metody, która sprawdzały się w przeszłości już nie przyniosą efektów. Wtedy potrzebny jest nowy czynnik, nowe paliwo, by napędzić drużynę. Już po odejściu z kadry doszedłem do wniosku, że mogłem szybciej podjąć tę decyzję.

Po odjęciu Stefana Horgnachera napisałem, że choć oczywiście okres jego pracy był złotym czasem dla polskich skoków, to jednak w większości doszlifował i odświeżył zawodników, którzy w przeszłości osiągali już duże sukcesy.

Złoty medal w Lahti zdobyła dokładnie ta sama drużyna, która stanęła na podium w Predazzo w 2013 roku. Jedyną zmianą w tej drużynie był Stefan Hula, który skakał na igrzyskach w Pjongczang. On jednak był też członkiem kadry A, kiedy ja pracowałem w Polsce. Jedynym całkiem nowym zawodnikiem jest Jakub Wolny, którego na dłuższy czas ze skakania wyłączyły kontuzje.

Czyli można powiedzieć, że zadziałał efekt nowej miotły?

Czasami wystarczy trochę odświeżyć metody treningowe, spojrzeć na system z boku i dostrzec to, czego ludzie wewnątrz nie byli już w stanie.  Sądzę, że mieliśmy duże szczęście, że udało się pozyskać Stefana. Wiele skoczków i osób ze środowiska miało bardzo dobre skojarzenia ze wcześniejszej pracy Horngachera z niższymi kadrami w Polsce. Skoczkowie spotkali się z nim na początku swojej drogi, a później dojrzeli pod opieką innych szkoleniowców. Nie był to dla nich człowiek całkowicie nowy. Pamiętam, że zanim objął kadrę A, to zawodnicy zawsze dobrze go wspominali i cenili jego warsztat trenerski. Kiedy związek postanowił na niego postawić, to zawodnicy od razu poszli za nim, bez potrzeby weryfikowania i sprawdzania jego kompetencji.

Po odejściu z kadry Polski objął Pan reprezentację Włoch. Lepiej pracuje się w kraju, gdzie skoki są na świeczniku, a Kamil Stoch jest dobrem narodowym, czy w miejscu gdzie nie ma presji, ale też możliwości i potencjał są zdecydowanie mniejsze?

Nie da się tego porównać. W Polsce presja społeczeństwa i Związku na osiągnięcie dobrego wyniku jest bardzo duża, z drugiej strony otrzymuje się wszystko. Nie na raczej sytuacji, by czegoś nie dało się zorganizować, gdzieś pojechać.

Będąc daleko od świecznika tę presję wyników narzuca się samemu. Chce się pokazać, że się potrafi. Jednocześnie trzeba walczyć o… właściwie nie ma rzeczy, o którą nie trzeba walczyć. Każda moja prośba we Włoszech spotykała się z pytaniem: „ale po co wam to?”. Dotyczyło to najbardziej podstawowych rzeczy. Praktycznie musiałem tłumaczyć, że narty są nam niezbędne do skakania. Do takich kuriozów dochodziło.

Pierwszy sezon we Włoszech był jednak zaskakująco dobry. Po krótkim okresie pracy Alex Insam został vice-mistrzem świata juniorów.

Tak, ale dużym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że przyszedłem i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ten chłopak zaczął skakać. Alex ukończył słynne gimnazjum w austriackim Stams. Po skończonych egzaminach został przez nas zabrany, kupiliśmy mu sprzęt i doszlifowaliśmy pewne elementy techniczne. Jednak on był już w dużej mierze ukształtowanym zawodnikiem. Myślę jednak, że trochę za szybko zaczął startować w Pucharze Świata. Mogliśmy go przetrzymać jeszcze jeden sezon w Pucharze Kontynentalnym, co dałoby mu więcej pewności siebie. Walka na granicy znalezienia się w pierwszej trzydziestce jest czasami bardziej stresująca niż walka o zwycięstwo. Skacząc piętro niżej regularnie plasował się w miejscach 1-6.

Na koniec może dotknijmy jeszcze pana obecnego zajęcia. Czy praca z tak młodymi zawodniczkami oznacza również częstsze kontakty z ich rodzicami? W skokach występuje Komitet Oszalałych Rodziców?

Na razie miałem tylko incydentalnie okazje do spotkań z rodzicami zawodniczek. Myślę jednak, że jeżeli dziewczyny dotarły do miejsca w którym są dzisiaj, w trochę nieprzyjaznym środowisku, bo my jako kraj nie byliśmy mocno przyjaźni kobiecym skokom, to w dużej mierze jest to zasługa rodziców. Dowozili oni dzieci na treningi, do szkoły, wychowali w atmosferze sprzyjającej sportowi.

Pokusi się pan o konkretną deklaracje na nadchodzący sezon?

Na wielkie deklaracje proszę nie liczyć. Chcę by dziewczyny wystartowały w konkursie drużynowym Pucharu Świata. Szanse na to będą w Zao i Ljubnie. Pamiętajmy jednak, że kadra składa się głównie z juniorek, więc imprezową docelową będę mistrzostwa świata juniorów w niemieckim Oberwiesenthal. Najlepsze zawodniczki mogą tam powalczyć o pierwszą dziesiątkę.

Rozmawiał Łukasz Szymura

Opublikowane 16.07.2019 11:56 przez

redakcja

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 0
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
Powiadom o
Weszło
22.09.2020

Michniewicz na tle poprzedników, czyli czy CV prawdę ci powie?

Kultowy niedźwiedź z wieloletnim doświadczeniem w rosyjskich klubach. Albańczyk, który w Belgii przewrócił się na piłkach. Mentor, który wychował tłumy młodych. Romantyczny twórca nowych definicji piłkarskich, który nie nadawał się na trenera. Jego efemeryczny następca. Awanturujący się wagabunda o wdzięcznym pseudonimie Ryszard Lwie Serce. Pan od zapieprzania. Oto poprzednicy Czesława Michniewicza na ławce trenerskiej Legii […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Kenny Saief, czyli nadzieja Lechii na choćby przyzwoity sezon

Lechia Gdańsk w ostatnich latach – delikatnie mówiąc – nie słynęła z obsady pozycji numer dziesięć. Cholera, być może trzeba się cofnąć aż do czasów Razacka Traore, by znaleźć naprawdę konkretnego piłkarza, a i on wędrował przecież na boisku w różne rejony, od skrzydła po napad. W każdym razie w kolejnych latach nikt lepszy się […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Legia z prezentem, a później pokrzywdzona. Wilusz zasłużył na wykluczenie

Czy Legia została skrzywdzona? A może tym razem zyskała na błędach sędziów? Czy Maciej Wilusz powinien pić meliskę przed meczami? No i co z tymi przeklętymi zagraniami ręką w polu karnym? Kolejny weekend znów przyniósł nam kilka weryfikacji w Niewydrukowanej Tabeli. Choć tak po prawdzie, to nie była łatwa kolejka do sędziowania. Zaczynamy od meczu […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Przeklęte Wyspy Owcze i technologiczny skok. Sukcesy i porażki Michniewicza w kadrze U-21

Czesław Michniewicz jest już jedną nogą poza reprezentacją Polski do lat 21. Odejdzie z niej raczej prędzej niż później. Ale co po sobie zostawi? Jaki bilans po trzech latach sprawowania stanowiska przez Michniewicza, mają biało-czerwoni? Co mu się udało, a co zawalił lub najzwyczajniej w świecie mógł zrobić trochę lepiej? Nie ma wątpliwości, że bilans […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Jeden klub, jeden trener. Klich i Kapustka od Tarnovii do kadry | KOPALNIE TALENTÓW

Ich pierwszy trener mówi o przypadku, twierdząc, że Mateusz Klich i Bartosz Kapustka poradziliby sobie gdziekolwiek by nie zaczynali, a on akurat miał szczęście, że na nich trafił. Większe zasługi niż sobie przypisuje rodzicom swoich najbardziej znanych byłych podopiecznych. Chyba jednak prowadzący ich za młodu Krzysztof Świerzb jakąś cegiełkę do tego dołożył, skoro nawet teraz […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Chodyna na radarze, Makowski cofa się w rozwoju

Za nami cztery kolejki nowego sezonu Ekstraklasy. Gdy patrzymy na ten okres przez pryzmat młodzieżowców, trochę brakuje nam odkryć. Jasne, poprzedni rok pokazał, że warto w tej kwestii trochę poczekać, bo choćby Michał Karbownik, Bartosz Białek czy Jakub Moder wypłynęli na szerokie wody dopiero z czasem, ale byli też tacy, którzy zaskoczyli od pierwszej kolejki […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Spokojnie, zaraz się rozkręci. Boruc jak film o facecie w łódce?

Powrót Artura Boruca do Legii Warszawa to bez dwóch zdań największe wydarzenie trwającego jeszcze okienka. Celowo nie użyliśmy w tym kontekście słowa „transfer”, bo ten ruch wykracza poza same kwestie sportowe, ale jedno trzeba wyraźnie zaznaczyć – to właśnie one wciąż powinny być na pierwszym planie. A na starcie tego sezonu nie ma co kryć […]
22.09.2020
Włochy
22.09.2020

Sfałszowany egzamin z włoskiego, czyli w co pogrywa Luis Suarez?

„Spoczywa na tobie wielka odpowiedzialność. Jeśli go oblejesz i gość nie dostanie obywatelstwa, to dopiero się zacznie. Rozpoczną atak terrorystyczny” – mówi na nagraniu rozmówca Stefanii Spiny. Czy to fragment filmu akcji? Nie. To konspiracyjna konwersacja uniwersytecka w sprawie językowego egzaminu Luisa Suareza, koniecznego do uzyskania włoskiego paszportu. Egzaminu, który Urugwajczyk podobno zdał z łatwością. […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Czereszewski: Holendrzy w Stomilu? Dzięki mnie klub zarobi na nich niemałe pieniądze

Temat Stomilu, dziwnych transferów do klubu i zmian, które w ciągu ostatnich dni zaszły w Olsztynie, nie schodzi z ust kibiców. Wczoraj przyjrzeliśmy się jednej stronie sprawy, o której rozmawialiśmy także w I-ligowej części „Weszłopolskich”. Dziś oddajemy głos drugiej ze stron, a konkretniej Sylwestrowi Czereszewskiemu, który nie stroni od mocnych słów. Doniesienia portalu stomil.olsztyn.pl nazywa […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Gdy rozum śpi, a Lewandowski zagrywa krzyżakiem, budzą się demony

Środkowy pomocnik przejmuje piłkę na środku boiska, zagrywa ją na prawo do skrzydłowego, ale nie zatrzymuje się, tylko biegnie na pełnej w pole karne. I słusznie, bo zaraz dostaje podanie zwrotne od kolegi, wystarczy dołożyć nogę i po wszystkim. Tak też się dzieje – pewny strzał i bramkarz nie ma szans. Ale co to? Kibice […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

„Ring cię zweryfikuje. Nie masz za kim się schować”

– Moja walka? Jakbyś Rocky’ego oglądał. Cały mój plan szybko poszedł w pieruny. Myślałem, żeby dużo tańczyć, atakować seriami i odskakiwać, tak miałem zaplanowane treningi. Ale walczyliśmy na najmniejszym możliwym wymiarze ringu, więc nie było za bardzo gdzie uciekać. Trener powiedział mi więc „Kamil, musisz się bić”. A że lubię się bić, to się biliśmy. […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

Pół roku transmisji sportowych za darmo – promocja specjalna PKO Banku Polskiego

Nasi partnerzy z PKO Banku Polskiego mają do zaproponowania kapitalną promocję dla wszystkich ekstraklasowych świrów. I nie tylko! Do zgarnięcia półroczny darmowy dostęp do transmisji sportowych lub filmów na platformie CANAL+ telewizja przez internet. Na czym polega cała akcja? Już tłumaczymy. Najpierw trzeba założyć PKO Konto za Zero z Oficjalną Kartą Ekstraklasy. Jedną z tych, […]
22.09.2020
KTS
22.09.2020

Podryw na zerwane więzadło i kolejny rekord! KS Bednarska 1:15 KTS Weszło

Idziemy jak burza. W rywalizacji z ostatnią w tabeli Bednarską wydatnie poprawiliśmy bilans strzelecki. Drużyna nie zawiodła i zaaplikowała rywalom aż 15 bramek. Łapcie obszerne kulisy ostatniego spotkania KTS-u Weszło.  fot. FotoPyk
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

PRASA. Strejlau: Legia robi błąd. To Jacek Zieliński powinien zostać jej trenerem

Temat dnia w prasie jest oczywisty – Czesław Michniewicz w Legii Warszawa. W „Przeglądzie Sportowym” o nowym szkoleniowcu wypowiadają się eksperci. Mocną tezę wysunął Andrzej Strejlau. – Zastanawia mnie, kto zdecydował o zwolnieniu trenera Vukovicia. Strategię klubu wyznacza prezes, wiceprezes albo dyrektor sportowy. Któryś z nich popełnił błąd, decyzja o zwolnieniu była tego dowodem. Uważam, […]
22.09.2020
Weszło
22.09.2020

„Bielsa uczy: największe błędy popełnia się w chwilach triumfu albo tuż po nich”

– Bielsa wychodzi z założenia, że największe błędy popełnia się w chwilach triumfu albo tuż po nich. Wtedy najłatwiej jest coś zepsuć. Trudniej wtedy spostrzec, że zespół potrzebuje zmian, żeby się rozwijać. Bo przecież jest wciąż wynik. A pewna formuła może się właśnie kończyć i trzeba nie lada geniuszu, by dostrzec ten moment nim będzie […]
22.09.2020
Anglia
21.09.2020

Wilki się nie położyły, ale na Citizens to i tak za mało

Nadspodziewanie dobrze zaprezentował się zespół Wolverhamptonu na tle Manchesteru City. A może raczej wypadałoby napisać – zaskakująco niewielki był opór Citizens przed powstrzymywaniem ataków Wolves. Oczywiście, Manchester City przeważał przez większą część spotkania. Oczywiście, utrzymał również korzystny wynik do 90. minuty. Ale chyba nikt nie przypuszczał po bramce Fodena na 2:0, że gospodarze zdołają jeszcze […]
21.09.2020
Weszło
21.09.2020

Jagiellonia ściągnęła Piasta na dno

Piast miał się podbudować meczem z Jagiellonią przed starciem z FC Kopenhaga, tymczasem tylko się dobił. Za nami już cztery ligowe kolejki, a gliwicki zespół ciągle czeka na premierowego gola. Na dodatek nie pomógł dziś Frantisek Plach i w efekcie „Jaga” przełamała passę czterech kolejnych porażek z podopiecznymi Waldemara Fornalika. To nie tak, że Piast […]
21.09.2020
Weszło
21.09.2020

WESZŁOPOLSCY: MICHNIEWICZ W LEGII WARSZAWA, WIELKI MECZ GÓRNIKA

Powiedzieć, że to gorący dzień w Ekstraklasie, to nic nie powiedzieć. I trzeba przyznać, że termin naszego programu zgrał się idealnie: ledwo Legia ogłosiła Czesława Michniewicza, a wjeżdżają Weszłopolscy w składzie Mateusz Rokuszewski, Jakub Białek, Paweł Paczul, Adam Sławiński, Szymon Janczyk, Samuel Szczygielski. Jaka będzie ta Legia? Co dalej z Vukoviciem? Kto w szatni Legii […]
21.09.2020